Tych wszystkich protestów pod hasłem „Occupy” nikt właściwie nie pamięta. Czemu, całkiem ciekawie wykłada Rafał Ziemkiewicz w swojej „Strollowanej rewolucji”, kto nie chce czytać całości, może sobie na kanale autora na YouTube znaleźć omówienie i rozwinięcie tez książki. Protest tamten, jak to zawsze, miał swoje racje i swoje szaleństwa, a ktoś już o to zadbał, by górę wzięły te drugie, zwłaszcza gdy już gniew ulicy udało się od banków i giełd odwrócić w stronę pomników i pomniejszych wystaw sklepowych, tym razem pod sztandarem wartości czarnego życia. A jednak warto sobie przypomnieć i te czasy rebelii przeciw największym pieniądzom świata, ponieważ jedno z jej haseł: „Nie będziemy płacić za wasz kryzys”, jest niesamowicie uniwersalne. Gdy piszę te słowa, właśnie to hasło powinniśmy rzucić w twarz miotającym się liderom niemieckiej klasy politycznej. Ci zaczynają obwiniać Polskę, ale i kilku naszych sąsiadów, za swoje problemy z migrantami. Nagle okazuje się, że to my – Polacy, Czesi, a wcześniej już Austria – odpowiadamy za to, że pradziadek Helmut, który w młodości mógł w złotych zębach przebierać, teraz czeka w kolejce do dentysty, a w jego ulubionym fotelu siedzi imigrant i miejsce mu zajmuje. Tyle że to nie my i nie Czesi zapraszaliśmy serdecznie, lecz pani kanclerz Merkel. My to nawet zdaje się kary jakieś płaciliśmy i tylko Słowacja wykpiła się, przyjmując najmniejszą akceptowalną dla UE liczbę uchodźców. Oczywiście przy okazji ma to uderzać w PiS, tylko czy Polacy lubią, gdy na nich krzyczeć po niemiecku? Kilku pewnie tak, ale nie wszyscy. Nie będziemy płacić za wasz kryzys. Na wasz kryzys też nie.
Nie będziemy płacić
Ponad 10 lat temu przez świat przetoczyła się antyestablishmentowa rebelia, z której zostało zaskakująco mało – nadużywanie masek Guta Fewkesa, fajny kawałek amerykańskiego zespołu Ministry – „99%”, wspomnienie o Ryszardzie Kaliszu na marszu oburzonych, i to tyle.