Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
17.11.2022 14:00

Aleje Jerozolimskie w listopadzie (cz. 2)

W pierwszej części tego tekstu pozwoliłem przemówić świeżym emocjom po piątkowym Marszu Niepodległości. Jednak spisane na gorąco impresje zakończyłem stwierdzeniem, że przed najważniejszą imprezą patriotyczną rozgrywającą się w jednym miejscu i czasie rysują się kłopoty. Jest bowiem dość prawdopodobne, że na wygląd i przebieg Marszu Niepodległości w 2023 r. duży wpływ będą mieć wybory parlamentarne, które odbędą się kilka tygodni wcześniej. Ale nawet utrzymanie się przy władzy Zjednoczonej Prawicy nie jest gwarancją zachowania dotychczasowej formuły. Nadziei natomiast, jak zawsze, upatrywać należy przede wszystkim w uczestnikach tej manifestacji.

Pierwszym i moim zdaniem najgroźniejszym dla Marszu Niepodległości ryzykiem jest wygrana w przyszłych wyborcach formacji politycznych, które zawsze były wobec tej inicjatywy nastawione wrogo – z wzajemnością zresztą. 

Wydarzenie cykliczne do 2023 i co dalej?

Tak samo jak marsz był od pewnego momentu manifestacją odrzucenia III RP, tak i III RP z całą swoją reprezentacją polityczną odrzucała zarówno marsz, jak i maszerujących. Dla liberalnego salonu byli oni ucieleśnieniem najgorszych strachów, wyjętych z ostrzeżeń i obsesji Adama Michnika, tak trafnie przed laty ukazanych w „Michnikowszczyźnie” Rafała Ziemkiewicza. Dla lewicy narodowcy i nacjonaliści, do których zapisywano wszystkich maszerujących, to zaś wręcz archetypowy, wynikający z samej definicji doktryny politycznej wróg. 

Z politycznego głównego nurtu jedynie PiS, choć imprezy nie przejęło i nie w pełni potrafiło zdyskontować, marsz doceniło i kilka razy od strony formalnej uratowało przed przebiegiem nielegalnym, a więc narażonym na brutalną interwencję policji i władz miasta. Te, o czym już wspominałem, z organizatorami MN prowadziły od lat regularną wojnę za pomocą środków sądowo-administracyjnych, kończącą się przed 2015 r. używaniem policyjnej przemocy, a już za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy stałą groźbą rozwiązania zgromadzenia w trakcie jego trwania. 

Władze stolicy próbowały też odebrać marszowi status imprezy cyklicznej, co jednak zablokował w tym roku Sąd Najwyższy. Teoretycznie więc jeszcze przez dwa lata pozycja imprezy powinna być niezagrożona, tyle że zagrożona i kwestionowana przez opozycję jest również legalność Izby Kontroli Nadzwyczajnej, więc w przypadku zmiany władzy jej decyzje, zwłaszcza takie, będą na pewno podważane.

Scenariusz, gdy Platforma przejmie władzę 

Niezależnie jednak od tego skończy się zapewne czas pokojowej koegzystencji uczestników manifestacji i ochraniających ich służb porządkowych państwa. Wrócą latające kamienie i tajemniczy faceci w kominiarkach, zaskakująco łatwo przebijający się przez policyjne kordony; wrócą też łapanki na pojedynczych przechodniów i inne represje, a oliwy do ognia doda naturalna po przegranych wyborach frustracja zebranych na ulicach Warszawy tłumów. 

Trudno wyobrazić sobie natomiast sytuację, w której upojona świeżym odzyskaniem upragnionej władzy dzisiejsza opozycja daje przejść swoim największym wrogom bez żadnych problemów i nieprzyjemności. Przecież nie takich obrazków będą potrzebować media u progu zapowiadanego radykalnego, być może nawet siłowego „porządkowania” Polski. 

Do tych rozważań dodajmy jeszcze jeden element. W ostatnim czasie, zwłaszcza po skandalicznej de facto antysemickiej wypowiedzi Tuska na temat propagandy i Jarosława Kaczyńskiego, odwołującej się do rzekomego antysemityzmu drugiej strony, powróciły spekulacje, że lider PO chciałby jakiegoś ułożenia się z Konfederacją. O to samo podejrzewają go, co ciekawe, zarówno niektórzy kojarzeni z obozem władzy publicyści, jak i przedstawiciele młodszego pokolenia Lewicy. Moim zdaniem jednak Platforma może zwyczajnie próbować sięgnąć po część wyborców tego ugrupowania, wzmacniając liberalny pierwiastek swego przekazu, bez potrzeby kokietowania wrogich sobie dużo bardziej narodowców. 

Tu warto przypomnieć niedawne badania, cytowane przez portal Oko.press, wykazujące ku zdziwieniu opisujących je dziennikarek, że elektorat Konfederacji w sprawach obyczajowych jest dużo bardziej liberalny zarówno od swojej politycznej reprezentacji, jak i od wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Co więcej (i co gorsza), widać to nawet w najnowszych sondażach, dotyczących poparcia dla aborcji do 12. tygodnia. 

Ponieważ jednak ugrupowanie to jest wielonurtowe, można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że ta otwartość na społeczne nowinki i lewicowe postulaty nie dotyczy środowisk narodowych, lecz odłamów liberalnych i libertariańskich. Co więcej, w przypadku jakiejś formy współpracy części Konfederacji z nową, liberalną władzą, doszłoby do ostrego rozdźwięku między emocjami podwójnie w takim przypadku niezadowolonych uczestników marszu i wchodzących w układy z PO przedstawicieli tego klubu (lub koła) parlamentarnego.

Siła oddolnej potrzeby i przyzwyczajenia

Jednak czy w przypadku utrzymania władzy los marszu jest pewny? Jeśli czynnikiem decydującym miałaby pozostać chęć do uczestnictwa w pochodzie wszystkich współtworzących go środowisk, nie powinno być z tym problemu. Jak pisałem wcześniej, tłum idący w marszu tylko w niewielkiej części przychodził tam dla organizatorów, często nie zastanawiając się nawet nad tym, który z odłamów prawej strony sceny politycznej będzie chciał zapisać frekwencyjny sukces na swoje konto. 

Zresztą również dla takich powodów od lat organizacją imprezy zajmuje się stowarzyszenie Marsz Niepodległości, dotychczas dowodzone przez Roberta Bąkiewicza. W ostatnich miesiącach Bąkiewicz zbliżył się (choć nie tak bardzo, jak jest to przedstawiane przez jego przeciwników) do PiS, zarazem stając się kolejnym wrogiem publicznym salonu III RP. I to właśnie, co mimo wszystko zaskakuje, to medialne ekspozytury III RP do swoich rozgrywek postanowili wykorzystać oponenci Bąkiewicza, którzy ujawnili się w kojarzonych z imprezą środowiskach, najwyraźniej nie mając problemu z tym, że czas antenowy udostępniają im te same media, które wcześniej robiły z nich bandytów i faszystów. 

W efekcie marsz, choć wspólny, szedł pod dwoma, ogłoszonymi przez różne grupy, oficjalnymi hasłami, a pomiędzy zainteresowanymi stronami trwa od wielu dni publiczne pranie brudów i rzucanie oskarżeń. Pojawiła się wreszcie zapowiedź odebrania Bąkiewiczowi wpływu na marsz, on sam zaś widzi w tym chęć uczynienia z tej imprezy partyjnego pochodu Konfederacji. To jednak zabiłoby wielonurtowość listopadowego spotkania, a więc i jego największy atut. Lub zostało zwyczajnie zignorowane przez większość idących. 

Tak czy inaczej, atmosfera wokół tegorocznej edycji wydarzenia, choć nie przełożyła się szczęśliwie na jego przebieg w sposób odczuwalny dla maszerujących, ukazała konflikty w środowisku organizatorów ogniskujące się wokół podejścia do Ukrainy i otwarcia na wchodzenie w relacje z obozem władzy, przy czym mam wrażenie, że obie te sprawy zostały w wypadku oskarżeń wobec Roberta Bąkiewicza wyolbrzymione i były raczej pretekstem do jakiegoś, znanego przede wszystkim zainteresowanym sporu personalnego. Jakkolwiek przed tymi problemami marsz może uratować się swoją własną siłą – przyzwyczajenia, potrzeby manifestowania patriotyzmu i sprzeciwu wobec antypatriotycznych elit (przypominam o przywołanej w pierwszej części tekstu piosence rapera Karata NM „Marsz przeciw mediom”, która najlepiej oddaje fenomen tego zjawiska), wreszcie – jego tradycyjnej różnorodności. 

Większym problemem może być jednak zmiana sił w polityce, niechęć ze strony ewentualnej przyszłej władzy, wreszcie możliwa z jej strony prowokacja, mająca posłużyć jako pretekst do brutalniejszego zwalczania prawicy jako takiej.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane