Przypomina to karę dla małego dziecka, które ma napisać na kartce 10 razy: „nie będę bazgrał po stole”. W tym wypadku chodzi o to, by nic złego nie pisać o sędziach. Czyli „pamiętaj, redaktorze, pisz o sędziach dobrze, bo sędziowie zawsze mają rację” (to oczywiście moja interpretacja). I mniej więcej tak trzeba napisać na całą stronę trzydzieści osiem razy. Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie to, że sprawa ta jest ogromnym straszakiem na wolne media. Gdybym miał wydrukować sprostowanie każdego sędziego, bo napisałem o jakimś jego koledze, nie mógłbym w ogóle wydawać gazety. Wyobraźmy sobie tekst o paru nieuczciwych hydraulikach i sprostowanie tysięcy hydraulików, każdego z osobna. Gazeta musiałaby liczyć z tysiąc stron i składałaby się wyłącznie ze sprostowań. Do takiego absurdu doprowadziła nadzwyczajna kasta. Chce pokazać, że może wszystko, może, nawet łamiąc prawo, zatkać usta wolnej prasie.
Sprawa, jakiej nie było
Dzisiaj w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbędzie się sprawa, jakiej jeszcze nie było. Trzydziestu ośmiu sędziów sądu z Krakowa podało mnie… do sądu. Chcą, żebym sprostował autoryzowany wywiad z premierem Mateuszem Morawieckim. Mam to zrobić trzydzieści osiem razy.