Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
28.01.2021 16:00

Slajdolotem do nieba

W piątek 22 stycznia dzień przywitał nas wiadomością o śmierci Henryka Jerzego Chmielewskiego, znanego jako „Papcio Chmiel”. Nestora i weterana polskiego komiksu, twórcę postaci Tytusa de Zoo, uczłowieczanego wciąż na nowo szympansa, towarzyszących mu Romka i A’Tomka oraz prof. T. Alenta, autora kilkudziesięciu tomów ich przygód i człowieka, który ubarwił życie kilku pokoleń Polaków.

Zaryzykuję tezę, że na wielu młodych miał kiedyś większy wpływ niż rodzice, szkoła czy podwórko. Ukształtował w sumie kilka pokoleń! To on w szarych czasach uczył absurdalnego humoru i umiejętnie prowadził politykę historyczną. Żegnaj Wielki Papciu!” – napisał w piątek rano na swoim Twitterze dziennikarz Krzysztof Ziemiec. W tej krótkiej charakterystyce mieści się niemal wszystko. Humor Chmielewskiego bywał wręcz montypythonowski, osuwając się często w farsę, a równocześnie pełen był czujnej obserwacji społecznej. Z drugiej strony „Tytus...” musiał, lecz i chciał przecież, ucząc – bawić, a bawiąc – uczyć, i wychodziło to znakomicie. Czytelnik oglądał swoje własne przygody lub też śledził, jak bohaterowie, niespętani ograniczeniami finansowymi, formalnymi, niekiedy nawet czasem, przeżywają je w jego, najczęściej tkwiącego w PRL-owskiej szarości nastolatka, imieniu.

Realia wydawnicze PRL odciśnięte w „Tytusie...”

We wspomnieniach zamykających reedycję oryginalnej pierwszej księgi, wydanej w 2009 r., „Papcio Chmiel” pisze, że przed narysowaniem książeczki wraz ze zleceniem dostał z wydawnictwa listę zaleceń i wątków, które muszą być poruszone w opowieści. To realia rynku PRL wymusiły zrobienie z chłopców harcerzy, ponieważ pierwszy wydawca nie mógł zajmować się inną tematyką. Chmielewski całość opatrzyć musiał tak dużą dawką dydaktyki ZHP, że tylko cudem i olbrzymim talentem zdołał zmieścić w niej jeszcze żarty i przygody. Komuniści mieli wpływ również na wygląd komiksu. Spokojna kolorystyka nie jest efektem stosowania marnych farb, lecz partyjną dyrektywą. Kolorystyka bardziej krzykliwa zbyt kojarzyłaby się z Zachodem. A przecież już sam komiks jako gatunek był wystarczająco podejrzany…

Gdy chłopcy ruszają w podróż dookoła świata, Sztokholm, Londyn i Paryż ukazane są karykaturalnie, lecz neutralnie, Ameryka już jednak jest mniej sympatyczna. Widzimy kraj wszechobecnej komercji i rasizmu. Komercja dopada też chłopców na Saharze, czemu zawdzięczamy kultowe słowa: „Życie ludzkie jest ważniejsze niż czyjeś małe interesy”, później cytowane w utworach zespołów Armia i Luxtorpeda. Przyjaciół spotykają na Kubie i w Związku Sowieckim. Coraz więcej koloru, swobody i szaleństwa widzimy w zeszytach z lat 70. i 80., gdy trwa najlepszy chyba czas „Papcia Chmiela”. Fantastyka naukowa (czy raczej jej satyryczne wykoślawienie) miesza się tu z fantazją wręcz psychodeliczną, a niektóre obrazy w Wysp Nonsensu (księga XIII) okazują się wręcz profetyczne.

Wspólna lektura dziadka, ojca i syna

Pierwsze przygody Tytusa światło dzienne ujrzały jeszcze w 1957 r. na łamach „Świata Przygód”, później przekształconego w „Świat Młodych”, ostatnia regularna książeczka to rok 2010, a w kolejnych latach ukazywały się jeszcze historyczne albumy tematyczne. I choć świat stopniowo się zmieniał, a publiczność starzała się szybciej od Papciowych bohaterów, zaryzykować można stwierdzenie, że co najmniej przez trzydzieści kilka lat Chmielewski bawił i wychowywał kolejne pokolenia Polaków, by przez kolejne lata wciąż jeszcze je wzruszać. Wychowani na „Tytusie...” zdążyli jeszcze podsunąć go swoim dzieciom do nauki czytania, a może trochę i świata, choć świat zmienił się przecież tak bardzo. Najstarsi może wciskali książeczki nawet wnukom. „Tytus...” musiał mieć inne znaczenie dla czytelnika z roku 1957, inne – 1964 czy gdy pierwszy raz ukazał się w formie samodzielnego zeszytu. Dla urodzonych w latach 80. był już trochę wytworem z innego świata, choć wciąż mógł być zabawny i atrakcyjny. „Papcio Chmiel” próbował ten świat gonić, w późnych tomach czyniąc Tytusa grafficiarzem, internautą, kibicem, a nawet narkomanem.

Jednak los autora komiksów tworzącego przez tak długi czas przypomina trochę los legendy rocka z podobnym stażem, której fani wciąż przychodzą na koncerty, by śpiewać wraz z nią stare przeboje, lecz niespecjalnie śledzą ukazujące się wciąż płyty z nowym materiałem. Wychowani w PRL czytelnicy musieli rzucić się w wir dorosłego życia, a ich dzieci stopniowo ogarniała fala coraz lepiej dostępnej zachodniej i odtwórczej pop­kultury. Tezę, że po 1989 r. więcej emocji budziły historyjki starsze niż nowsze, potwierdza choćby zawartość Wikipedii. Strona o twórczości Chmielewskiego jest opracowana bardzo starannie, ale tylko starsze książeczki mają również poświęcone sobie oddzielne hasła. Prawie każda opowieść miała swój własny pojazd, którym chłopcy podróżowali ku kolejnym przygodom, jednak i tu pojazdy kultowe i powszechnie kojarzone urywają się gdzieś w końcówce lat 80.

„Papcio” tworzył do końca

Każdy czytelnik ma swoje ulubione i kultowe dialogi czy sytuacje, nie ma sensu próba zebrania ich w jednym, niezbyt przecież długim tekście, zawsze bowiem któryś zostałby pominięty. Ich przegląd widzieliśmy w social mediach po śmierci autora. Ciekawe, że wiele miejsca zajęły obrazki z tomiku wyśmiewającego pracę dziennikarzy, dziś bardziej aktualnego niż w chwili powstania. Poznański zespół Epileptic Walk swą nazwę zawdzięcza stylowi tańca z księgi, w której Tytus uczłowieczany jest przez umuzykalnienie. Z tej samej książeczki Starzy Singers pożyczyli sobie frazę: „Żuj makówę, wpuść księżyc przez okno”, by po zmianie pierwszego słowa wpleść ją w depresyjny, gniotący jak walec utwór „O losie”.

Gdy w 1991 r. „Tytus...” pod opieką „Papcia Chmiela” zaczyna nowy rozdział przygód już w warunkach kapitalistycznego rynku wydawniczego, wydawnictwo Prószyński zamawia XIX księgę, jednak jeszcze w trakcie prac nad nią wydaje szóste, zmienione wydanie pierwszej części przygód trójki bohaterów. Z opublikowanego na końcu listu do czytelników dowiadujemy się, że Chmielewski wreszcie dostał kogoś do pomocy – dwie dziewczyny, z których jedna wprowadzała teksty do dymków, a druga odpowiadała za kolory, o co wcześniej nie szło się doprosić. Na końcu tekstu, podpisanego przez „prof. T. Alenta”, pojawia się statystyczne podsumowanie obecności „Tytusa” na komunistycznym rynku wydawniczym. 18 książeczek wydanych przed 1991 r. sprzedało się do tego czasu w nakładzie prawie 8 mln egzemplarzy. W normalnych warunkach autor zostałby przez każdego wydawcę ozłocony, jednak nie były to bynajmniej normalne warunki. Chmielewski płacone miał z góry za dostarczenie kolejnego zeszytu, a że polityka władz wobec komiksów bardzo długo pozostawała nieufna, równocześnie narzucono kolejne ograniczenie – rysownik nie mógł publikować następnej części przez co najmniej rok od ukazania się tomiku. Lata 90. i późniejsze to czas licznych reedycji i nowe komiksy, mniej znane, czasem jednak całkiem udane, jak „Druga wyprawa na wyspy nonsensu” – pierwszy „Tytus...” napisany od podstaw po 1989 r., czujny wobec nowych trendów (wyspa skejtów), zarazem ciekawe rozliczenie z komunizmem.

Pod koniec życia „Papcio” skupił się bardziej na dydaktyce, współpracując z Muzeum Powstania Warszawskiego, sam przecież z piękną, powstańczą kartą, i rysując nienumerowane już księgi, umieszczające chłopców w różnych historycznych realiach. Tworzył właściwie do końca, zapewne rysuje nadal gdzieś w raju, do którego trafił, a który musi być o wiele ciekawszy niż ten, z którego jego podopieczni zwiewali we wspomnianej już „Drugiej wyprawie na wyspy nonsensu”.

 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane