Obchody, choć ważne i znaczące na poziomie uroczystości państwowych, jako wydarzenie społeczne w pewnym stopniu zostały niestety utracone i stało się to jeszcze przed pandemią.
Rocznica przygaszona, smutna, deprecjonowana
Najpiękniejsze obchody odbyły się w latach 2015 i 2016, gdy towarzyszyła im nadzieja, najpierw na zmianę władzy, więc i klimatu wokół śledztwa, rok później – na szybkie i ostateczne dojście do prawdy. W kolejnych latach ten nastrój prysł, uroczystości przybrały formę państwową i ceremonialną, a zwykli coroczni uczestnicy padli ofiarą zadymiarzy z różnych opozycyjnych grupek, którzy odnieśli swoje zwycięstwo.
Obywatele RP i inne agresywne grupy wymusiły bowiem nową organizację ceremoniału ograniczającą mocno udział zwykłych Polaków. Później dzieła dokończyła pandemia, w efekcie czego 10. rocznicę w pewnym stopniu udało się mediom przykryć narracją o nierównym traktowaniu obywateli i rządzących. Potem zaowocowało to piosenką Kazika i związanymi z nią wydarzeniami wokół radiowej Trójki.
Opozycja (poza chlubnymi wyjątkami, takimi jak niektórzy politycy PSL) nie zmieniła swojego podejścia do Smoleńska. W jej przekazie wciąż dominują żarty, wybrzmiewa pogarda, a największe oburzenie wywołał w tym roku Leszek Miller dzielący ludzi, którzy zginęli w tupolewie, na niewinne ofiary i decydujących o ich i swoim życiu wszechmocnych sprawców.
Wciąż też nie ma ul. Lecha Kaczyńskiego w Warszawie, nie od dziś wiemy, że Rafał Trzaskowski nie zamierza spełnić tej wyborczej obietnicy. Nie oczekują tego od niego wyborcy, choć nie jest to na szczęście stanowisko wszystkich warszawiaków. 10 kwietnia tabliczki przy ul. Armii Ludowej na chwilę znów zaklejone zostały tymi z imieniem Lecha Kaczyńskiego, które ta arteria przez wiele miesięcy już przecież nosiła. Ta interwencja oddolna miała miejsce nie pierwszy raz, jednak sam fakt, że musi dochodzić do takich działań, przypomina, jak bardzo Lech Kaczyński jest znienawidzony przez „elity” III RP i ich wychowanków.
Koszmar „człowieka Merkel i Putina w Warszawie”
W ostatnich tygodniach poznaliśmy nieznane wcześniej nagrania rozmów z narady z udziałem ówczesnego premiera Donalda Tuska, jego ministrów i Edmunda Klicha, wysłanego przez polski rząd do Rosji w celu wyjaśnienia przyczyn tragedii. Nagrania potwierdziły to, co większość z nas wiedziała od dawna. Głównym motorem działań Donalda Tuska po 10 kwietnia 2010 r. był strach. Strach przed Rosjanami i wynikający z niego lęk przed pojawieniem się w Polsce wymierzonej w nich społecznej emocji. Za nią poszłyby przecież oczekiwania konkretnych działań skierowanych w administrację Putina i tak koszmar Tuska by się spełnił.
Pamiętajmy o tym, że jeszcze przez kilka lat trwać miała przecież sielanka w relacjach Moskwy z Berlinem, pozwalająca służyć jednym panom, a przymilać się równocześnie i drugim. „Człowiek Putina w Warszawie” mógł być przecież i „człowiekiem Angeli Merkel w Warszawie” i aż do agresji na Ukrainę oraz zajęcia Krymu żadnego konfliktu, żadnego rozdarcia w tym nie było.
W sferze praktycznej usłyszeliśmy, że Klich de facto był od początku zostawiony sam sobie, nie miał nawet tłumacza do swojej dyspozycji i nie mógł doprosić się o żadną pomoc. Niskiej rangi urzędnik, wysłany na obcy, wrogi (choć nikt tego ostatniego nie przyzna) teren, od którego nie odbiera się nawet telefonów. Potraktowany został jak natrętny petent, który znalazł się na łasce i niełasce Rosjan.
Czy jest to jednak zaskakujące? Nie – wystarczy przypomnieć sobie świadectwa rodzin, choćby Małgorzaty Wassermann, na temat tego, jak wyglądało podejście do nich polskich władz. Tu również kluczowe było dobre samopoczucie Rosjan, bliscy byli zaś zwodzeni i manipulowani, w czym bardzo istotna była rola Ewy Kopacz, wówczas członkini polskiej delegacji rządowej do Moskwy, lecz przede wszystkim minister zdrowia. To przecież tamtych czasów dotyczyła jej wypowiedź o przekopaniu ziemi na metr w głąb, tak skandaliczna i kompromitująca, że posunięto się nawet do bezprecedensowego sfałszowania stenogramów sejmowych, byśmy o słowach tych zapomnieli.
Nie zapomnieliśmy. O tym, że nic się od tamtej pory nie zmieniło w mentalności ówczesnych rządzących, świadczy reakcja Tuska na ujawnione materiały. Komunikat do wyznawców, wygłoszony w zaprzyjaźnionej stacji telewizyjnej i pójście w zaparte – wszystko jest od dawna jasne, a śledztwo nie zostało oddane Rosjanom. Oczywiście w wywiadzie z Tuskiem pojawiły się i inne wątki warte uwagi (m.in. wątek Nowaka, który okazał się posłusznie wykonanym poleceniem dla sądu), ale nie im poświęcony jest ten artykuł.
Poważny akt oskarżenia i co dalej?
Trochę z zaskoczenia poznaliśmy 10 kwietnia film, w którym zebrano kluczowe ustalenia podkomisji do spraw katastrofy smoleńskiej kierowanej przez Antoniego Macierewicza. I znów można powiedzieć, że nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, ponieważ podstawowe tezy dokumentów pojawiały się już w przestrzeni publicznej, choć niektóre z nich (ślady materiałów wybuchowych) zostały w ostatnim czasie udowodnione bardziej i z udziałem instytucji oraz ekspertów zagranicznych.
Jednak główna moc wyemitowanego filmu płynie z trzech czynników – tak gęstego nagromadzenia dotychczas pojedynczo dawkowanych informacji w jednym dokumencie, faktu firmowania go przez Antoniego Macierewicza, oficjalnego przedstawiciela państwa polskiego, wreszcie sama emisja na antenie Telewizji Polskiej, a więc nadawcy państwowego.
Pytanie o ciąg dalszy jest więc jak najbardziej na miejscu, ponieważ mamy prawdopodobnie do czynienia z najmocniej sformułowanym aktem oskarżenia ze strony państwa polskiego od 10 kwietnia 2010 r. Zauważmy, że dotychczas podejście do tematu Smoleńska po 2015 r. nie było tak jednoznaczne. Tak jakby PiS trochę za bardzo uwierzyło suflerom, podpowiadającym odejście od tematu jako kłopotliwego i nieprzysparzającego politycznych punktów. Wielokrotnie pojawiające się informacje, z których każda miała potencjalnie olbrzymią siłę rażenia, dość szybko ginęły w medialnym zgiełku, a ich konsekwencje były niewielkie lub żadne.
Na pewno również niewystarczające z punktu widzenia środowisk zainteresowanych prawdą, stanowiących zarzewie politycznej zmiany, które narodziło się na Krakowskim Przedmieściu oraz sąsiednich ulicach i placach tuż po katastrofie. Dziś coraz mocniej skonfliktowanych i sfrustrowanych. PiS nie może nie dostrzegać narastającego w szeregach wyborców rozczarowania brakiem sprawiedliwości i prawdy dla ofiar i ich bliskich. Jest to istotne, tym bardziej że sytuacja na polskiej scenie politycznej jest dziś mocno skomplikowana. Chaos, dotychczas będący głównie problemem opozycji, coraz częściej obserwujemy również po stronie Zjednoczonej Prawicy. Trzecia kadencja jej rządów nie jest dziś pewna, więc rządzący muszą mieć świadomość, że jeśli naprawdę chcą wyjaśnić katastrofę smoleńską, mogą mieć na to już tylko dwa lata. Ten zegar tyka coraz szybciej.