Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Bartosz Bartczak,
14.10.2020 17:00

Kolejna pała na Polskę

Bruksela, ambasadorowie i globalne koncerny − co ich wszystkich łączy? Chodzi o LGBT. Wszyscy popierają ten ruch w Polsce. Wydaje się, że LGBT w Polsce nie ma poparcia tylko z jednej strony − ze strony większości Polaków.

Czasem można odnieść wrażenie, że kwestia LGBT jest w Polsce sprawą najważniejszą. Mówią o niej dyplomaci, brukselscy urzędnicy, przedstawiciele międzynarodowych koncernów i media lewicowo-liberalne. Tylko jedna grupa o tym nie mówi, zwyczajni Polacy. Ten temat nie pojawia się często w mediach społecznościowych, w czasie rozmów w autobusie czy w memach – papierku lakmusowym postaw młodych Polaków. Tematem LGBT zajmuje się niewielka subkultura lewicowej młodzieży. I tyle. Skąd więc takie zamieszanie z LGBT? Po co ono lewicowym mediom, skoro już widać, że nie wyciąga tłumów na ulicę i nie przyciągnęło dużej części młodzieży? Po co ono Brukseli, skoro i tak nie można Polsce nic w kwestii prawa człowieka zarzucić, a temat zaognia tylko stosunki z tak ważnym partnerem, jakim stała się Warszawa?

LGBT jak KOD

LGBT miało chyba być dla opozycji i wrogich Polsce elit brukselskich nowym KOD. Rzekoma dyskryminacja mniejszości seksualnych miała zastąpić pozorne łamanie praworządności, jako uzasadnienie ataku „ulicy i zagranicy” na rząd Zjednoczonej Prawicy. LGBT miało dać totalnej opozycji tę przewagę nad KOD, że miała wciągnąć młodzież do walki z PiS. Jak się przecież okazało, „łamanie praworządności” przyciągnęło na demonstracje Komitetu Obrony Demokracji raczej starszych ludzi. A temat LGBT był popularny wśród części, przede wszystkim wielkomiejskiej, młodzieży. Temat „dyskryminacji” był też poręczniejszy od „praworządności” dla elit brukselskich w ataku na Polskę.

Wygląda jednak na to, że LGBT „zadziałało” tak samo jak KOD. Na protesty w obronie LGBT wyszło nawet mniej ludzi i wygasły nawet szybciej niż protesty KOD. W kwestii LGBT totalna opozycja zdaje się popełniać ten sam błąd, co w kwestii KOD. Z „walki z dyskryminacją” uczyniono ten sam totem walki z PiS, co z „walki o praworządność”. A na walkę z PiS nie daje się nabrać zbyt wielu ludzi. Zwłaszcza że tej dyskryminacji nie widać w normalnym życiu, jak nie było widać łamania praworządności. Nikt nie zamyka sklepów czy urzędów przed gejami i lesbijkami, tak jak nikt nie wsadzał do więzień za krytykę PiS. W dodatku szybko wyszło na jaw, że za „obroną” LGBT stoją interesy finansowe działaczy gejowsko-lesbijskich, zbierających grube sumy na internetowych zbiórkach. Tak samo było z KOD − chodziło o wyłudzenia pieniędzy przez jej liderów i obronę interesów kilku sędziów z majątkiem zdobytym w niejasny sposób. Nie mówiąc już o tym, że niektóre postulaty ruchu LGBT, jak uczenie małych dzieci o masturbacji, rozjuszają Polaków tak jak rozjuszały ich niektóre postulaty KOD, takie jak domaganie się braku społecznej kontroli nad sędziami.

Unijna kolonizacja

O ile w kwestiach „walki z dyskryminacją” i „obrony demokracji” nie zadziałała „ulica”, o tyle nadal aktywna w tych obszarach pozostaje „zagranica”. Brukselskie elity nie ustają w krytyce Polski z powodu „braku praworządności”, starając się nawet uzależnić od niej przydział funduszy unijnych. Równie ochoczo unijni biurokraci atakują Polskę za rzekomą dyskryminację osób LGBT. Jednak w obu tych obszarach Polsce nie da się nic udowodnić.

W kwestii praworządności chodzi o stworzenie ustroju sądów bliższego niemieckiemu czy hiszpańskiemu. W kwestii LGBT natomiast o obronę dzieci i młodzieży przed lewicową indoktrynacją związaną z płcią i seksualnością. Na podobne działanie zdecydowała się niedawno Wielka Brytania. A pamiętajmy, że w kwestie światopoglądowe, tak jak w kwestie organizacji sądów, Bruksela nie ma prawa ingerować. O co więc chodzi w walce o „praworządność” i „prawa LGBT”?

Przysłowie mówi, że kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Próby powiązania nieokreślonej „praworządności” z unijnymi funduszami mogą świadczyć o tym, że Bruksela po prostu nie chce dawać nam już pieniędzy. Po pierwsze dlatego, że z powodu kolejnych kryzysów ma ich coraz mniej. Po wtóre, że większych pieniędzy domagają się wciąż bogatsze od nas, ale pogrążone w kryzysie kraje Europy Południowej. Pamiętajmy jednak, że fundusze unijne wcale nie były za darmo. W zamian za nie Polska otworzyła swój rynek na zachodnie produkty i zachodnie banki, zapewniła zachodnim koncernom preferencje podatkowe i tanią siłę roboczą, a także pozwoliła na drenaż mózgów. Unijne elity, chcąc odebrać Polsce korzyści z członkostwa w UE, nie zabierając jednocześnie korzyści dla Niemiec i Francji wynikających z tej integracji, postanowiły obwarować „polskie korzyści” warunkami, których Polacy nie będą chcieli spełnić. Takimi jak brak społecznej kontroli nad sędziami czy nauką małych dzieci o masturbacji.

Scheda roku 1968

Poza naciskiem totalnej opozycji i elit brukselskich temat LGBT ma jeszcze i inne podłoże. Chodzi o rewolucję, która narusza fundamenty naszej cywilizacji, czyli rewolucję seksualną, która na Zachodzie zaczęła się w 1968 r., a do Polski chce się wedrzeć właśnie teraz. O co w niej chodzi? O zmianę natury człowieka. Człowiek jest stworzeniem, które w okresie dziecięcym wymaga kilkunastu lat opieki. Naturalnym więc obszarem rozwoju człowieka jest monogamiczna rodzina, składająca się z ojca i matki. Taki właśnie charakter stosunków społecznych miały wszystkie znaczące cywilizacje. Dotyczyło to zwłaszcza cywilizacji zachodniej, która osiągnęła największy sukces. Rewolucja 1968 r. chce te relacje rodzinne zmienić. Zamiast monogamicznej rodziny pragnie wprowadzić zasady swobody seksualnej. Zamiast życia rodzinnego ludzie mieliby „życie seksualne”, z dowolną swobodą zmiany partnerów, preferencji seksualnych, a nawet płci. Cele rewolucji 1968 r. widać lepiej, jeśli przyjrzymy się, skąd ona się wzięła. Jej propagatorami w latach 60. byli działacze ruchów marksistowskich i maoistowskich. Byli oni w większości finansowani przez mocarstwa wrogie Zachodowi – ZSRS i komunistyczne Chiny. Osłabienie instytucji rodziny na Zachodzie i opętanie dużej części zachodniego społeczeństwa przez obsesje seksualne powodowało osłabienie cywilizacyjne geopolitycznego rywala. Tymczasem ZSRS upadł, a Chiny włączyły się w proces globalizacji, ale przecież nikt nie zrezygnuje z osłabiania przeciwnika, nawet jeśli nawiązał z nim korzystne, ekonomiczne relacje. A do gry dołączył jeszcze świat islamu. Muzułmanie w Europie Zachodniej i Ameryce wchodzą z lewicą obyczajową w sojusze taktyczne, aby osłabić Zachód. Polska też jest na celowniku.

Polska kontrrewolucja

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że rewolucja seksualna ma globalny zasięg i jest czymś naturalnym. Ale takie stwierdzenie dalekie jest od prawdy. Jej postępy nie wszędzie są tak zaawansowane, a gdzieniegdzie nawet się ona cofa. To, że Zachód jest osłabiany cywilizacyjnie przez Chiny, Rosję czy świat islamu, nie oznacza, że sam Zachód nie próbuje cywilizacyjnie osłabić innych. Szczególnie, jeśli widać, że metoda rewolucji seksualnej w Ameryce, a zwłaszcza w Europie Zachodniej, okazała się wyjątkowo skuteczna. W taki to więc sposób cały świat stał się ofiarą „infekcji 68”. Zwycięsko z tego boju powinny wyjść te organizmy, które najlepiej się przed infekcją obronią. I tu pojawia się kwestia Polski i Węgier. Te dwa kraje nie tylko rozpoczęły walkę z samą infekcją, na nowo odbudowując rodzinę, lecz także podjęły działania służące ochronie przed nawracaniem choroby, ograniczając lewicowe wpływy w szkołach i mediach. Sukces takich działań może zachęcić inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej do podobnej drogi i, w konsekwencji, wzmocnienia naszego regionu oraz powstania silnej konkurencji dla Niemiec czy Rosji. Dlatego Polska i Węgry są tak wściekle atakowane.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane