Michał Rachoń, prowadzący program "Minęła dwudziesta", zaskoczył Dworaka cytatem z... raportu KRRiT
W samej treści dokumentu znajduje się następujące zdanie: „Ze względu na niewielką próbę badawczą oraz wynikające stąd niewielkie liczebności poszczególnych kategorii uwzględnionych w badaniu nie ma podstaw do wyciągania zbyt daleko idących wniosków co do formuły redakcyjnej każdego z analizowanych programów”. Jaki jest sens publikowania raportu, w którym sami autorzy piszą takie zdanie?
Zdziwiony Dworak odpowiedział, ale niezbyt przekonująco:
My nie kryjemy warsztatu, ten warsztat jest w raporcie dostępny dla każdego czytelnika. Wiadomo, jakimi kryteriami się posługiwali badacze. A ta mała próba, przypomnę, to osiem dni wybranych w lutym. Można powiedzieć, czy to jest dużo, czy mało. Oczywiście to jest mało, jak się popatrzy na ilość godzin programów informacyjnych. Natomiast jeśli chodzi o odczucia przeciętnego telewidza, to dla mnie ta próbka jest wiarygodna.
Rachoń dopytywał: To dlaczego sami autorzy piszą, że nie można wyciągać zbyt daleko idących wniosków?
A Dworak odpowiadał: Zostały wyciągnięte wnioski na podstawie tego tygodnia, na podstawie analizy jakościowej i ilościowej tych informacji.
Michał Rachoń przytoczył też inny fragment raportu, jeszcze bardziej ośmieszający jego autorów. Zarzucili oni bowiem "Wiadomościom" TVP, że te poświęciły więcej uwagi w programie "mało znanemu" Tomaszowi Arabskiemu, byłemu szefowi kancelarii premiera Tuska, niż... Kajetanowi P. W dodatku jako punkt odniesienia w raporcie wskazano na programy informacyjne TVN i Polsatu, które o Kajetanie P. informowały bardzo szeroko, a wywiad Tomasza Arabskiego o jego roli w organizacji lotu do Smoleńska pominęły.
Dworak tłumaczył się też z tego, że TVP za rządów PO nie pokazała przesłuchania Bronisława Komorowskiego w procesie dotyczącym korupcji wokół aneksu do raportu WSI. Zdaniem Dworaka, przyjaźniącego się notabene z Komorowskim, telewizja publiczna pominęła wówczas to zdarzenie, bo Komorowski - ówczesny prezydent RP - był... tylko świadkiem. Samą sprawę sądową zaś - z udziałem oficerów WSI i dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego - nazwał "błahą".