Był rok 1992. Gracze na całym świecie jak zahipnotyzowani wpatrywali się w ekrany swoich komputerów. To, co na nich widzieli, było prawdziwą rewolucją. Premiera „Wolfenstein 3D”, gdyby przyrównać gry do lotnictwa, to wydarzenie na miarę wprowadzenia w samolotach silników odrzutowych. Pierwsza w historii gra uznawana za pełnoprawny FPS – „First-person Shooter”, czyli gra polegająca na strzelaniu z perspektywy pierwszoosobowej (tzw. strzelanka).
Obserwuj nas w Google News. Kliknij w link i zaznacz gwiazdkę
Najpierw był „Wolfenstein”
W przypadku „Wolfenstein 3D” było to strzelanie do Niemców, fabuła gry opowiadała bowiem o przygodach amerykańskiego żołnierza B.J. Blazkowicza (zresztą z pochodzenia polskiego Żyda), który przebija się przez tajne niemieckie bazy, zabijając przy tym setki Niemców, łącznie z Hitlerem. Zastosowane w grze mechanizmy są używane do tej pory, a sam „Wolfenstein 3D” jest nadal grywalny, w odróżnieniu od większości gier z początku lat 90. Pierwszoosobowe strzelanki stały się zaś najpopularniejszym rodzajem gier.
Tu należy się wyjaśnienie – gry komputerowe są popularną rozrywką już od lat 80. Już wówczas, ponad 40 lat temu, gry zaczęły się dzielić na rozmaite podgatunki: przygodowe, strategiczne, symulacyjne. Rodzaje dostępnych gatunków gier zaczęły się mnożyć wraz z rozwojem komputerów, umożliwiającym stosowanie coraz lepszej grafiki. Pojawiły się też urządzenia przeznaczone tylko do gier, czyli konsole. Produkcja gier stawała się gigantycznym biznesem, a ich królem stały się właśnie zapoczątkowane przez „Wolfenstein 3D” strzelanki. To w nie chciało grać najwięcej ludzi, to na nich najwięcej zarabiano (i nadal się zarabia).
Naturalnym entourage’em dla tego typu gier jest konflikt zbrojny, ale początkowo producenci gier woleli fabuły oparte na fantastyce. Dlatego symbolem gier lat 90. stały się takie tytuły, jak „Doom”, „Quake” czy „Half Life”. Kosmici, potwory, obce planety – to zaczęło dominować w grach. Aż nadszedł całkiem niespodziewany przełom – za sprawą słynnego reżysera i jego równie słynnego filmu.
W 1998 r. premierę miał „Szeregowiec Ryan” Stevena Spielberga. Film zrobił ogromne wrażenie na publiczności, a sposób przedstawienia wojny (zwłaszcza słynna scena desantu na plażę Omaha) zmienił sztukę filmową na zawsze. A Spielberg, zafascynowany tematem II wojny światowej, stworzył kolejne genialne dzieła – serial „Kompania braci” oraz… grę komputerową „Medal of Honor”.
Wielki boom na gry wojenne.„Medal of Honor”
Spielberg uznał, że jeśli chce opowiadać współczesnemu odbiorcy o historii, to musi to zrobić także poprzez grę. Najpierw postanowił przełamać opór samej branży. Producenci gier zapierali się, że temat II wojny światowej na komputerach nie ma sensu, bo gracze wolą „lasery i kosmitów”. Entuzjazm Spielberga jednak przeważył i okazało się, że to on miał rację. Gra „Medal of Honor” miała premierę jesienią 1999 r. i okazała się wielkim sukcesem. Była to pierwsza strzelanka FPS z w pełni realistyczną fabułą, opartą na historycznych wydarzeniach. Zyski z gry okazały się tak duże, że natychmiast zaczęto tworzyć jej kolejne części, wszystkie opowiadające o wydarzeniach na różnych frontach II wojny światowej.
Temat II wojny światowej stał się w pierwszej dekadzie XXI w. tak modny, że oprócz „Medal of Honor” zaczęły powstawać całe kolejne serie strzelanek FPS umieszczanych w tych realiach historycznych. Największy sukces osiągnął cykl gier „Call o Duty”. Temat II wojny światowej dał też początek innej gigantycznej franczyzie, która miała podbić serca graczy, czyli „Battlefield”.
Wraz z prawdziwą inwazją gier o wojnie zaczęły się pojawiać głosy, że należy je cenzurować. W pamiętnym „Wolfenstein 3D” częścią oprawy dźwiękowej były niemieckie marsze wojskowe, łącznie z „Horst-Wessel-Lied”, hymnem NSDAP. A na ścianach komnat, przez które wędrował gracz, wisiały liczne portrety Adolfa Hitlera oraz flagi ze swastykami. Taki wystrój niemieckich kwater podczas II wojny światowej nie mógł dziwić. Tak to po prostu wyglądało, co zresztą potwierdzają liczne fotografie z tamtego okresu. Jednak w kolejnych latach twórcy gier o II wojnie światowej zaczęli odchodzić od realistycznej scenografii. Uznano, że nazistowska symbolika w grach może sprawiać kłopoty prawne oraz biznesowe.
Lepiej wypierać niemiecki nazizm
Szczególnie aktywne w zwalczaniu realiów historycznych w grach było państwo niemieckie. Dystrybucja „Wolfenstein 3D” została zakazana w Niemczech na mocy słynnego art. 68a kodeksu karnego, penalizującego promocję nazizmu, komunizmu oraz terroryzmu. Stworzyło to precedens na kolejne dekady. Niemcy konsekwentnie zabraniali sprzedaży gier osadzonych w realiach II wojny światowej. Tworzyli przy tym „etyczną” narrację, że gry – które przecież co do jednej opowiadały o walce z Niemcami, Hitlerem i nazizmem – promują skrajną ideologię. Trudno nie odnieść wrażenia, że Niemcom po prostu nie podobało się, że codziennie miliony osób grających w różne gry strzelają do wirtualnych Niemców służących Hitlerowi.
Niemcom, jak zresztą w wielu innych kwestiach związanych z polityką historyczną, udało się narzucić światu swoje spojrzenie. Wiele państw zaczęło traktować gry o II wojnie światowej, jakby z automatu miały one służyć pronazistowskiej propagandzie. Jedna z pierwszych polskich wysokobudżetowych gier „Mortyr” została w roku 2000 wykluczona ze sprzedaży przez amerykańskie sieci handlowe, ponieważ jej fabuła dotyczyła podróży w czasie do III Rzeszy.
Obawa przed historią w grach
W tym samym czasie na amerykańskich półkach sklepowych leżały płyty z „Medal of Honor”, wkrótce potem z „Call of Duty” i w nich już III Rzesza nie przeszkadzała. Lecz i w tych grach dokładnie wycinano wszelką nazistowską symbolikę (ale nie sowiecką, ta nikomu nie przeszkadzała, jest tak zresztą i do tej pory). Z czasem jednak z gier osadzonych w czasach II wojny światowej zaczęto „gumkować” też wszelki historyczny realizm. Bez wątpienia miała na to wpływ ideologia politycznej poprawności. W przypadku gier o II wojnie światowej absurd politycznej poprawności został doprowadzony do skrajności. Oto bowiem środowiska woke zaczęły protestować, że w oddziałach Wehrmachtu w grze „Battlefield V” nie ma kobiet i postaci czarnoskórych.
Niektórzy twórcy gier próbowali spełniać żądania fanatyków politycznej poprawności i w ten sposób w 2021 r. pojawiła się gra „Call of Duty: Vanguard”, teoretycznie opowiadająca o siłach specjalnych aliantów w II wojnie światowej. Liczba absurdów w fabule gry była jednak tak duża, że gracze mieli tego po prostu dosyć. Gra się nie sprzedała, ale w efekcie z gamingowych superprodukcji temat II wojny światowej praktycznie zniknął.
Czy doczekamy się powrotu do dobrych gier o historii? Na razie nic na to nie wskazuje. Historia – II wojny światowej, ale nie tylko – to temat, którego twórcy gier zaczęli się bać.
Karol Nawrocki nie dał się zastraszyć. Prezydent zawetował wiatraki. Zapowiedział złożenie własnej ustawy obniżającej ceny prądu. Mogłaby ona zostać przyjęta przez parlament do 24 września...
— GP Codziennie (@GPCodziennie) August 21, 2025
Więcej ℹ️ » https://t.co/EDVldJkeHO
📰📲https://t.co/fzu0qGvJ8U pic.twitter.com/9LM4cYvgBi