Obżarstwo rewolucji
Ponieważ Barbara Kurdej-Szatan finalnie rozstała się nie tylko ze swoimi serialami, lecz także kontraktem reklamowym z Play, podniosły się z lewej strony glosy o polskiej wersji „cancel culture”, czyli kultury wykluczenia.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Ponieważ Barbara Kurdej-Szatan finalnie rozstała się nie tylko ze swoimi serialami, lecz także kontraktem reklamowym z Play, podniosły się z lewej strony glosy o polskiej wersji „cancel culture”, czyli kultury wykluczenia.
Widok sędziów, oklaskujących wystąpienie polityka i skandujących „zjednoczona opozycja” na fecie antyrządowego ugrupowania, bulwersuje. W teorii mamy prawo do uczciwego procesu, w praktyce bywa z tym… różnie
W ostatnich latach o rocznicach powstania Komitetu Obrony Demokracji mało kto pamiętał, dlatego huczne obchody z udziałem Donalda Tuska były dla wielu osób zaskoczeniem. Nie mniejszym niż sam fakt, że KOD w ogóle jeszcze istnieje. Ciekawe, ilu śledzących polską politykę, nawet z ponadprzeciętnym zainteresowaniem, wie, jak nazywa się obecny lider Komitetu Obrony Demokracji? Tusk, opromieniając KOD swoim blaskiem, odwołuje się do wyobrażenia czegoś, czego dawno już nie ma, pokazując przy tym, jak mocno tkwi w roku 2015. Coraz bardziej widać, że zmianę polityczną sprzed sześciu lat uważa on za niezawiniony przez tracących władzę wypadek przy pracy.
Komentarze, że będziemy jeszcze tęsknić za Angelą Merkel, pisane były nie z troski o Polskę, a ze skrajnego lizusostwa, jakie wobec pani kanclerz w ślad za Tuskiem przejawiali niektórzy komentatorzy. Nie znaczy to oczywiście, że w niemieckiej polityce może się cokolwiek zmienić z punktu widzenia Polski na lepsze, wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że możliwe zmiany akcentów w politycznych planach naszego sąsiada bynajmniej nie są nie po myśli po-Merkelowych płaczek.
W poniedziałek zapadł wyrok w sprawie Krystiana O., który w 2019 r. na warszawskiej ulicy Sokratesa śmiertelnie potrącił mężczyznę, jadąc 135 km/h. Bandzior zza kółka skazany został na 7 lat i 10 miesięcy więzienia, a prawo kierowania pojazdami stracił na lat 15.
W czwartek w Warszawie odbyć miało się widowisko słowno-muzyczne „Chopin też był uchodźcą”. Zapowiedziano udział kilku weteranów polskiej estrady, aktorek i muzyków, a dochód obiecano przeznaczyć na pomoc dla koczujących w pobliżu polskiej granicy. Wydarzenie w poprzedzających je dniach było dość mocno promowane przez media, które wpisują się w doktrynę Iwony Hartwich („przyjmować jak leci”) i równie mocno krytykowane przez przeciwników wpuszczenia do Polski turystów z białoruskiego tranzytu. Tak czy inaczej, o koncercie było bardzo głośno, nim się odbył.
Pamiętają jeszcze Państwo na pewno brawurowe wejście Henryki Krzywonos do świata wielkiej polityki.
Sytuacja na granicy coraz wyraźniej przypomina wojnę, przebraną w kostium zamieszek. UE deklaruje pomoc, również finansową, jednak w parze z deklaracjami idzie skok na naszą kasę w postaci decyzji TSUE i kolejnych prób podważenia polskiego porządku prawnego.
Od początku zeszłego tygodnia nie da się już uciec od prostego stwierdzenia, że mamy do czynienia z pełzającą wojną. Oczywiście wciąż opisywać można ją przymiotnikiem „hybrydowa”, jednak jest to ryzykowne, ponieważ dla dużej części odbiorców wytrych ten pozwala odsuwać od siebie myśl o powadze sytuacji.
We wtorek, niemal w ostatniej chwili, doszło do kolejnego zwrotu akcji w sprawie Marszu Niepodległości. Kilka tygodni temu sugerowałem, by imprezę – jak w 2018 r. – patronatem objął prezydent RP.
Pojawienie się w Warszawie ronda Romana Dmowskiego nie powinno dziwić w kontekście historycznym, jednak był to fakt trochę zaskakujący. Przez większość czasu po 1989 roku w stolicy rząd dusz i władzę w Ratuszu sprawowały środowiska ukształtowane przez „Gazetę Wyborczą”, a dla tej Dmowski był symbolem zła, co gorsza – zła odradzającego się.
Niektóre media zachłysnęły się wiadomością, jakoby amerykański Kongres dyskutować miał o zagrożeniach demokracji w Polsce i na Węgrzech. Co więcej, konkluzja tej dyskusji miała być taka, że może warto zastanowić się nad sankcjami wobec Polski, w tym wycofania z naszego kraju wojsk amerykańskich, a nawet – wyrzucenia naszego kraju z NATO. Oczywiście prawda jest dużo mniej spektakularna.
Wszystkich Świętych bywało nieraz nie tylko świętem refleksji, lecz także odsłoną walki o prawdę i pamięć. U kogo na Powązkach Wojskowych będzie więcej zniczy i kwiatów, które groby otoczy wstydliwe zapomnienie, domknięte czasem jednym samotnym zniczem od rodziny?
Przez lata konserwatywne media zbyt łatwo szafowały określeniami typu „szokująca wypowiedź”, rzucanymi beztrosko wtedy, gdy osobom z drugiej strony barykady zdarzało się powiedzieć coś całkowicie zgodnego z ich światopoglądem, lecz kontrowersyjnego dla naszej strony. Ta gra na emocjach przekładała się na utrzymywanie odbiorcy w odpowiednim stanie zaangażowania. Skutkiem ubocznym jest jednak wytworzenie sytuacji znanej z mądrej przypowieści o chłopcu ostrzegającym przed wilkami. Gdy kolejna granica zostaje przekroczona, zaczyna brakować odpowiednio mocnych określeń. Tak jest w przypadku niedawnej wypowiedzi byłego RPO Adama Bodnara.
W czwartek kolejny sędzia, z doświadczeniem bardziej politycznym niż orzeczniczym, jednoosobowo wydał decyzję o nałożeniu na Polskę sankcji finansowych. Tym razem rabusie z TSUE chcą od nas milion euro dziennie, dopóki nie zlikwidujemy Izby Dyscyplinarnej.
Do Polski zawitała delegacja szwedzkich liberałów, w której składzie znalazła się pani Nyamko Sabuni. Niedawno deklarowała się ona jako zwolenniczka wyrzucenia z Unii Europejskiej państw autorytarnych, czyli Polski i Węgier. Oczywiście – w ostateczności, gdy inaczej się już z nami nie da.
Wybory nowych szefów Platformy Obywatelskiej miały być dniem chwały i triumfu dla Donalda Tuska i całej jego partii. Swoją pozycję potwierdzić miał przecież wyczekiwany przez lata zbawca, człowiek, który zagubioną w ostatnich latach siłę polityczną poprowadzić miał wprost do zwycięstwa. Jaki kształt przywództwa w Platformie i kondycję samego ugrupowania zobaczyliśmy minionej soboty?
Elity III RP miały zawsze pewien antytalent, który w czasach gdy były one u władzy, objawiał się całkowitym niezrozumieniem społecznych emocji, a dziś skutkuje paleniem nawet tych tematów, które mogą być niebezpieczne dla nielubianej przez nie władzy.
Wysłany do przywódców UE list i wczorajsze przemówienie w Parlamencie Europejskim to dwa bardzo mocne wystąpienia premiera Mateusza Morawieckiego, które mogą zaważyć nie tylko na politycznej przyszłości naszego kraju, lecz i samego premiera. Morawiecki był konkretny, asertywny i stanowczy, w pełni oddał obawy nie tylko swojego elektoratu, lecz wszystkich zaniepokojonych kierunkiem, w jakim zmierza dzisiejsza Unia.
W sobotę w RMF, w poniedziałek w tygodniku „Sieci”, a w środę u nas, w „Gazecie Polskiej” – prezes Jarosław Kaczyński udziela kolejnych wywiadów, w których bardzo ważne miejsce zajmują tematy relacji z UE i reformy wymiaru sprawiedliwości. Dziś premier Mateusz Morawiecki przedstawi stanowisko Polski w Parlamencie Europejskim, występując w ramach debaty po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, potwierdzającego wyższość polskiej konstytucji nad wyrokami TSUE w dziedzinach nieobjętych traktatami. „Czy liberalno-lewicowa większość coś z niego zrozumie?” – pyta na Twitterze europosłanka PiS Beata Mazurek. Problem jednak nie w zrozumieniu słów premiera, a w tym, że role w tej sztuce rozpisane są od 2015 r.