Legalni – nielegalni
Czasem w dyskusjach dotyczących imigracji warto zatrzymać się przy podstawowych terminach i znaczeniach, wyjaśnić je sobie i dopiero potem wrócić do rozmowy.
Czasem w dyskusjach dotyczących imigracji warto zatrzymać się przy podstawowych terminach i znaczeniach, wyjaśnić je sobie i dopiero potem wrócić do rozmowy.
Jedne z najgłupszych słów, które usłyszałem po tym, jak prezydent elekt Karol Nawrocki ogłosił, że szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego zostanie prof. Sławomir Cenckiewicz, był komentarz, który padł z ust marszałka Szymona Hołowni. Hołownia stwierdził bowiem: „Potrzebujemy wybitnego specjalisty od przyszłości, a nie specjalisty od przeszłości” i zaczął się zastanawiać nad kompetencjami prof. Cenckiewicza, potrzebnymi do sprawowania funkcji szefa BBN.
Ludzie związani z Donaldem Tuskiem czy Adamem Bodnarem są odpowiedzialni za rozhuśtanie emocji społecznych na olbrzymią skalę. I ponoszą za te emocje odpowiedzialność.
Obecnie na świecie dzieją się wydarzenia z gatunku starć cywilizacyjnych – odwołując się do słynnego eseju, książki Huntingtona „Zderzenie cywilizacji”.
Rzecz w tym, żebyśmy nie pozwolili na to, by Polska współczesna była Polską aparatczyków, władzy odbierającej nam suwerenność, godność i wolność. O to chodzi w tych wyborach.
Mija osiemdziesiąt jeden lat od chwili, gdy nad gruzami klasztoru na Monte Cassino załopotała biało-czerwona. Pierwszy w ruiny wszedł patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich pod dowództwem ppor. Kazimierza Gurbiela. W środku jeszcze znajdowali się Niemcy, którzy w ciągu nocy z 17 na 18 maja w pośpiechu opuszczali swe stanowiska, woląc poddać się Anglikom niż Polakom. Z kolei żołnierze niemieckiej 1 Dywizji Spadochronowej wymykali się zaciskanego przez Polaków pierścienia wokół klasztoru ścieżką w stronę Piedimonte San Germano.
Mija lat siedemdziesiąt odkąd uroczyście zakończono budowę Pałacu Kultury i Nauki. Ten najwyższy budynek w Warszawie (i w Polsce), dar Związku Sowieckiego dla Polski Ludowej, stał się swego rodzaju „pieczęcią” wyciśniętą na naszej stolicy. Do dzisiaj widnieje na nim, wykuty w marmurze napis – „Imienia Józefa Stalina”. Ma on swoich miłośników i wielbicieli, ale polscy patrioci znają jego prawdziwą historię i symboliczny wymiar: dlatego od dekad domagają się zburzenia tej stalinowskiej budowli, tak jak w II RP zlikwidowano sobór św. Aleksandra Newskiego stojący pośrodku placu Saskiego (obecnie Piłsudskiego).
Stara prawda mówi, iż każda rewolucja zjada swoje dzieci, niczym potworny Saturn. Tak też dzieje się z obozem władzy, który oparł cały swój sens istnienia na rozliczeniach ze „starym reżimem”. Niczym dla gawiedzi gromadzącej się na paryskich placach miejskich w czasie Wielkiej Rewolucji poustawiano, już od chwili, gdy Koalicja 13 grudnia przejęła państwo, polityczno-sądowe gilotyny zemsty.
„Szlaki Nadziei – Odyseja Wolności” – taki tytuł nosi wystawa multimedialna przygotowana przez Instytut Pamięci Narodowej, jeszcze przed okrągłymi, ważnymi drugowojennymi rocznicami: 80. rocznicą bitwy o Monte Cassino, 80. rocznicą walk 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka na froncie zachodnim czy przypadającą w tym roku 80. rocznicą wyzwolenia Bolonii przez 2. Korpus Polski gen. Władysława Andersa. Wystawa okazała się wielkim światowym sukcesem. Tymczasem znalazła się pod ostrzałem zarówno mediów wspierających rząd Donalda Tuska, jak i inspektorów NIK, którzy od miesięcy prowadzą w Instytucie drobiazgową, uporczywą kontrolę. Jej powód jest oczywisty – prezes IPN dr Karol Nawrocki jest kandydatem opozycji na urząd prezydenta.