– Poproszono rodzinę, było nas kilkadziesiąt osób. Ustawiliśmy się w kondukcie, ustawiono trumnę, modliliśmy się. Po godzinie podeszła do nas pani Bożena Mikke i mówi do mnie w ten sposób: Andrzejku, tu jest mój mąż Stanisław Mikke, Stefcio jest kilkadziesiąt metrów dalej. Tak wyglądało przywiezienie ciał i taka była organizacja – mówił Andrzej Melak, przypominając mało znany incydent, do którego doszło na lotnisku Okęcie w kwietniu 2010 roku.

Poseł Andrzej Melak, brat śp. Stefana Melaka, mówił w czasie konferencji prasowej o potrzebie przeprowadzenia ekshumacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej.

Rosjanie nie przeprowadzili wszystkich sekcji zwłok. Strona polska, po powrocie ciał do Polski, nie dokonała tego z urzędu. Po zapoznaniu się z protokołem sekcyjnym mojego brata, Stefana Melaka, wnioskowałem, że nie dotyczy osoby i ciała mojego brata 

– opowiadał Andrzej Melak.

Jak dodawał, w protokole nie zgadzał się ani wzrost, ani waga.

Wiele szczegółów, które przypisywano mojemu bratu, a które mogłem stwierdzić przy identyfikacji, było niezgodnych z moimi wiadomościami i tym, co widziałem w Moskwie. Wystąpiłem o przeprowadzenie ekshumacji i dokonanie powtórnej sekcji zwłok. Na decyzję o tym, że taka ekshumacja się nie odbędzie, czekałem pięć lat. Odpowiedziano mi, że ze względu na stwierdzenie instytutu Sehna i potwierdzenie DNA, nie będą przeprowadzać ekshumacji i sekcji zwłok. Jedynym dowodem na to, który pokazano mi w prokuraturze, że to ma być trumna ze zwłokami mojego brata, był ciemny worek położony na trumnie i tabliczka, która informowała, że w tej trumnie są zwłoki Stefana Melaka 

– opowiadał.

Przypomniał też wstrząsające zdarzenie, do którego doszło po przywiezieniu części trumien z ciałami ofiar do Polski.

Był taki incydent na lotnisku Okęcie 15 kwietnia, gdy przywieziono kilkadziesiąt trumien. Wywołano i wyczytano: Stefan Melak, przewodniczący Komitetu Katyńskiego. Poproszono rodzinę, było nas kilkadziesiąt osób. Ustawiliśmy się w kondukcie, ustawiono trumnę, modliliśmy się. Po godzinie podeszła do nas pani Bożena Mikke i mówi do mnie w ten sposób: Andrzejku, tu jest mój mąż Stanisław Mikke, Stefcio jest kilkadziesiąt metrów dalej. Tak wyglądało przywiezienie ciał i taka była organizacja. (…) Do dzisiaj nie jesteśmy pewni, gdzie są złożone zwłoki mojego brata 

– podkreślił Andrzej Melak.

Tego, czego nie dokonali sześć i pół roku temu prokuratorzy z urzędu, teraz prokuratura i komisja ma obowiązek wykonać. Chcemy wszyscy poznać okoliczności swych bliskich. Badania sekcyjne i ekshumacje są, w moim przekonaniu, niezbędne 

– zaznaczył.

Dziennikarze dopytywali Andrzeja Melaka o dokument ujawniony dziś przez „Gazetę Polską”. Wynika z niego, że eksperci, którzy w 2010 r. pojechali do Rosji, w ogóle nie badali wraku Tu-154M!

Byliśmy od samego początku karmieni stekiem kłamstw i oszustw w wykonaniu najwyższych czynników państwa. Pani Ewa Kopacz w Moskwie informowała nas o udziale polskich prokuratorów i polskich lekarzy w sekcjach zwłok. To było kłamstwo. Informowała nas także o tym, że teren w Smoleńsku został przekopany na głębokość metra i wszystkie szczątki zostały wydobyte. To było drugie kłamstwo – powtarzała je przed członkami Sejmu i Senatu. Podawano, że cztery razy podchodził do lądowania polski samolot, co było kłamstwem. Nie podano właściwej godziny wydarzenia. Nie przestrzegano absolutnie procedur, które obowiązują w cywilizowanym świecie – nie ogrodzono terenu, nie zgromadzono wszystkich szczątków samolotu i ludzkich, nie przeprowadzono badań, nie zwrócono Polsce wraku i czarnych skrzynek 

– przypomniał Andrzej Melak.