Major Adam Hodysz, były esbek, a później oficer Urzędu Ochrony Państwa, miał dysponować kopiami dokumentów agenturalnych TW "Bolka". W bloku, w którym mieszkał w 1995 roku wybuchł gaz, w wyniku katastrofy zginęło kilkadziesiąt osób. W archiwalnych numerach "Gazety Polskiej" znaleźliśmy wywiad dziennikarza tygodnika z Hodyszem przeprowadzony dwa lata przed tragedią.

„Upozorowali wybuch gazu żeby wyprowadzić później wszystkich mieszkańców i wejść do mieszkania płk. Adama Hodysza, którego ekipa prezydenta Lecha Wałęsy z delegatury UOP w Gdańsku podejrzewała o przetrzymywanie kopii dokumentów agenturalnych Wałęsy/”Bolka”. Przesadzili, budynek się zawalił i zginęli ludzie. Ale do mieszkania i tak weszli”. Wskazywał ( pewien funkcjonariusz b. SB, - red) na ekipę wałęsiarzy z UOP w Gdańsku opisaną w książce „SB a Lech Wałęsa”… Prezydent Wałęsa i jego ludzie czyścili wówczas archiwa ze wszystkich komprmateriałów” – napisał na Facebooku Sławomir Cenckiewicz.

CZYTAJ WIĘCEJ: Morderstwo, aby zatrzeć ślady TW Bolka? Sensacyjne dokumenty ujawnia Cenckiewicz

Dzisiaj także informowaliśmy, że Adam Hodysz to postać niezwykle interesująca. W latach 1964-1974 oficer kontrwywiadu, a w 1975-1984 oficer Wydziału Śledczego KW MO w Gdańsku. W 1978 roku nawiązał kontakt z opozycją przez zatrzymanego i przesłuchiwanego Aleksandra Halla, którego następnie informował o metodach działania SB, planowanych zatrzymaniach prewencyjnych, agentach w strukturach opozycji i „Solidarności”. To właśnie dzięki jego informacjom w ciągu 6 lat udało się zdemaskować wielu tajnych współpracowników SB w szeregach opozycji antykomunistycznej. W grudniu 1981 roku ostrzegał, że należy się liczyć „z operacją nadzwyczajną”.  

CZYTAJ WIĘCEJ: To jego mieszkanie przeszukiwał UOP po wybuchu w Gdańsku. Kim jest Adam Hodysz?

W archiwalnych numerach "Gazety Polskiej" odkryliśmy wywiad z Hodyszem. Poniżej prezentujemy jego fragmenty

Długie ręce Belwederu. Rozmowa z mjr. Adamem Hodyszem – byłym szefem UOP w Gdańsku, odwołanym 3.09.1993, „Gazeta Polska”, 15 IX 1993.

GP: Prezydent Lech Wałęsa nakazał zwolnić Pana z zajmowanej funkcji. Stwierdził, że pomoc opozycji była "zdradą instytucji" (SB). Ma to Pana - w wolnym kraju - dyskwalifikować jako funkcjonariusza UOP. Czy poczuwa się Pan do zdrady?

Adam Hodysz: Poczuwam się do zdrady dawnych mocodawców. Tak, zdradziłem ich. Sprawa walki o niepodległość była ważniejsza od wierności. Ale czy to oznacza, że zdradzam każdego? Jeśli jestem zdrajcą, powinno być wszczęte postępowanie przeciwko mnie. Inaczej nie można tego wyjaśnić. 

GP: Jak Pana odwołano?

AH: W piątek około 11 sekretarka poinformowała mnie, że przyjechali do mnie jacyś panowie z Warszawy. Usłyszałem nazwisko zastępcy szefa UOP - Gromosława Czempińskiego. (...) Do gabinetu weszli: Czempiński i Mordaszewski - dyrektor Biura Kadr UOP. (...) Czempiński powiedział: "Z dniem dzisiejszym został pan odwołany przez Koniecznego". 

(...)

GP: Podobno po tym jak do ministra Macierewicza dotarły, znalezione w Gdańsku przez oddelegowanych z Warszawy funkcjonariuszy UOP, dokumenty tajnego współpracownika SB o pseudonimie "Bolek", notowania pańskie zaczęły spadać. Spadły zupełnie, gdy do Urzędu przyszedł Konieczny...

AG: Gdy panowie Macierewicz i Naimski byli ministrami, traktowałem ich jako swoich legalnych przełożonych i wykonywałem ich polecenia. Nie poczuwam się do winy za to, że robiłem to, co powinienem. Uważałem że tak powinno być. Na moim stanowisku nie były mi potrzebne większe kontakty z Belwederem. Uważałem, że jeżeli płyną stamtąd jakieś sugestie, to powinny iść przez mojego szefa bądź na piśmie. Nic takiego nie było.