Sensacyjna książka o Janie Kulczyku Piotra Nisztora i Cezarego Bielakowskiego

Cezary Bielakowski

Kontakt z autorem

Piotr Nisztor

Dziennikarz śledczy „Gazety Polskiej i „Gazety Polskiej Codziennie”. W Telewizji Republika jest gospodarzem programu „Rozmowa ściśle jawna”.

Kontakt z autorem

  

Prywatyzacja TP SA i zgoda, żeby spółkę kupili Francuzi, były częścią ceny, jaką zapłaciła Polska za przystąpienie do Unii Europejskiej. Ale do czego był potrzebny Jan Kulczyk?

12 października 2000 r. na walutowym koncie Ministerstwa Skarbu został zaksięgowany szczególny przelew. Płatnikiem była francuska firma. Kwota wpłaty była imponująca – stan rachunku powiększył się o ponad 4 mld dolarów. Sprzedaż Telekomunikacji Polskiej była faktem dokonanym. France Telecom i Kulczyk Holding stali się właścicielami 35 proc. akcji telekomunikacyjnego monopolisty. Francuzi objęli 25 proc. udziałów, Kulczyk 10 proc. (później ich konsorcjum dokupiło jeszcze 12,5 proc.).

Nie ma wątpliwości, że zgoda na sprzedaż przedsiębiorstwa była decyzją polityczną. Zapadła na najwyższym szczeblu, z udziałem prezydenta Francji Jacques’a Chiraca, premiera Jerzego Buzka i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Rola Kwaśniewskiego była tytularna. To Solidarność była przy władzy, Kwaśniewski nie miał wielkiego wpływu na prywatyzacyjne decyzje, ale zapewne miał swoje interesy we wspieraniu poczynań rządu. Jan Kulczyk wyraźnie waży słowa, lakonicznie opowiadając o swojej wizycie w Paryżu u boku prezydenta. Jak się potem okazało, była ona kluczowa dla całej transakcji.


– Wspieranie własnego biznesu za granicą to obowiązek i premiera, i prezydenta. Tak to funkcjonuje w innych krajach, a szczególnie we Francji. Mogę powiedzieć, że podczas tej wizyty rozmawialiśmy o wejściu Polski do Unii Europejskiej i do NATO. Francuzi byli konkretni

– wspomina.

O kulisach prywatyzacji TP SA wiadomo niewiele, informacje i anegdoty nakładają się na siebie, nie tworząc ostrego obrazu, jest wiele wersji. Ale ta rekonstrukcja zdarzeń wydaje się bardzo wiarygodna. Przy Rue du Faubourg Saint Honore 55, w historycznej rezydencji Madame Pompadour, metresy króla Ludwika XV, rozpoczyna się spotkanie na szczycie. Gospodarz Pałacu Elizejskiego, prezydent Francji Jacques Chirac spogląda ciekawie na prezydenta Polski Aleksandra Kwaśniewskiego. Przy stole w salonie przyjęć siedzą też premier Lionel Jospin, ówczesny szef France Telecom Michel Bon i Jan Kulczyk. Chirac zwraca się do Kwaśniewskiego:

– Mon ami Aleksander. Wiemy, jaką wagę przywiązujecie do wejścia do UE. Ty wiesz, że my taką samą wagę przywiązujemy do tego, żeby France Telecom kupił TP SA.


Na to Kwaśniewski:

– Mon ami Jacques. Ja też jestem prezydentem dużego państwa, ale moja kohabitacja z premierem Buzkiem zdecydowanie gorzej wypada niż twoja z premierem Jospinem. Proszę, lepiej porozmawiaj z panem Janem Kulczykiem. Przypuszczam, że premier Jerzy Buzek będzie go bardziej słuchał niż mnie.


Wtedy prezydent Chirac zwrócił się do Bona: – Michel, to ty się musisz z panem Kulczykiem zaprzyjaźnić.

Prezydent Francji był z Bonem po imieniu, łączyła ich bliska znajomość. Po chwili prezes France Telecom wstał od stołu i podszedł do Kulczyka: – Michel jestem. Kulczyk odpowiedział: – Jan.

Człowiek wszystkich

Jeżeli rzeczywiście tak wyglądało to spotkanie, wniosek jest jednoznaczny. Prywatyzacja TP SA i zgoda, żeby spółkę kupili Francuzi, były częścią ceny, jaką zapłaciła Polska za przystąpienie do Unii Europejskiej. Ale do czego był potrzebny Jan Kulczyk? Zaproszenie do Paryża musiały poprzedzić rzeczowe negocjacje. Ktoś Kulczyka musiał wskazać i rekomendować. Kwaśniewski? Wątpliwe. Inicjatywa musiała wyjść z okolic rządu. Kulczyk miał bardzo dobre relacje nie tylko z prezydentem. Bardzo dobrze znał także salony ówczesnej władzy wykonawczej, czyli rządu Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności. Miał świetne kontakty z wpływowymi politykami UW – Hanną Suchocką czy Januszem Lewandowskim. Ciepło spoglądali na niego politycy AWS. Premierem rządu był Jerzy Buzek, ale z tylnego siedzenia rządził szef Akcji Wyborczej Solidarność Marian Krzaklewski, który równocześnie był przewodniczącym Solidarności. W swoich kalkulacjach politycznych widział w Kulczyku sprzymierzeńca.

Całkiem nieźle się znali. Na dowód znajomi Kulczyka przytaczają jedną z zasłyszanych anegdot. Krzaklewski poprosił Kulczyka o spotkanie, jak doktor z doktorem. Szef Solidarności przyjechał do firmy Kulczyka na obiad. Przebieg tej rozmowy to oczywiście luźna rekonstrukcja, ale mniej więcej wyglądała tak: Krzaklewski chwalił Kulczyka, że ma dobre relacje z Kościołem, z Jerzym Buzkiem. Ale nieoczekiwanie zapytał, dlaczego zatrudnia u siebie komuchów? Kulczyk się zdziwił. Jakich komuchów? Wtedy Krzaklewski przeszedł do rzeczy: – Pracuje u pana w Warcie żona Leszka Millera. Kulczyk przeprosił wtedy Krzaklewskiego, wyszedł na chwilę do pokoju obok i zadzwonił do swojego współpracownika w Warcie z pytaniem, jak ocenia pracę Millerowej. Usłyszał, że jest jednym z najlepszych pracowników. Wrócił więc do stołu i pyta Krzaklewskiego jak doktor doktora: Panie doktorze, a ile pan ma udziałów w Warcie? Krzaklewski się oburzył: – No jak to, nie mam żadnego! Kulczyk się uśmiechnął: – To dobrze, wrócimy do rozmowy, jak będzie pan miał 10 proc.

Kilka tygodni później do Kulczyka zadzwonił Miller. To nie była jeszcze ugruntowana znajomość. Poznali się na jednym z corocznych przyjęć urodzinowych Aleksandra Kwaśniewskiego. Miller nalegał na spotkanie. Umówili się na obiad. Polityk SLD przyniósł Kulczykowi prezent – niebieskiego Johnnie Walkera, z podziękowaniami, że uratował od utraty pracy jego żonę Aleksandrę. Kulczyk miał wtedy powiedzieć:

– Ja jej nie uratowałem. Przyszedł facet, który nie ma ani jednej akcji w spółce i mówi, że mam wymieniać kadry. To go pogoniłem.


Tego dnia Miller zadeklarował, że kiedyś się odwdzięczy. Był rok 1998. SLD tkwiło w głębokiej opozycji, Miller znaczył niewiele. Nikt nie mógł nawet przypuszczać, że za trzy lata zostanie premierem. Kulczyk zapytany o tę anegdotę, odpowiada jak zawodowy dyplomata:

– Od tego czasu miałem sympatyczną nową znajomość.


Kelner, minister i utrata pamięci

Gdy w 2001 r. Miller został premierem, Kulczyk zadzwonił do niego: – Jadę z lotniska, wypijemy kawę? Miller odparł: – Przyjedź. Mam Radę Ministrów, ale zrobię przerwę.

– To były normalne relacje. Nigdy nic mi w życiu nie załatwił. Nic. Na energetyczną Grupę G8 wygrałem przetarg. Unieważnili go, premierem był wtedy Miller. Od Millera nigdy nic nie otrzymałem – przekonywał Kulczyk.


W czasie, gdy trwała prywatyzacja Grupy G8 (skupiała osiem zakładów energetycznych zaopatrujących w prąd północną Polskę), na czele Ministerstwa Skarbu stał Wiesław Kaczmarek. Twierdzi, że Miller wspierał ofertę Kulczyka. – Któregoś dnia zostałem wezwany do kancelarii premiera. Wchodzę do gabinetu szefa rządu, a tam oprócz Millera czeka Kulczyk – opowiadał Kaczmarek. – Wówczas Leszek pyta mnie: „Dlaczego nie chcesz Jankowi sprzedać G8?”. „Bo nie ma pieniędzy” – odpowiadam. Wówczas Kulczyk zaczął na mnie krzyczeć. Podał mi jakąś kartkę i zaczął przekonywać, że pieniądze ma, o czym świadczyć ma wydana przez jeden z niemieckich banków gwarancja. Patrzę na kartkę i widzę, że to żadna gwarancja, ale deklaracja władz banku, że wejdą w transakcję po przeprowadzeniu procedury przetargowej. Mówię więc Kulczykowi: „OK, dam ci miesiąc na przedstawienie czeku bankowego, ale co będzie, jeśli po tym okresie powiesz mi, że coś ci wypadło i potrzebujesz jeszcze czasu? Czy na podstawie tego dokumentu będę mógł pójść do banku i podjąć pieniądze?”. Zaczął coś kręcić, tłumaczyć, aż wreszcie przyznał, że nie ma takiej możliwości. Wówczas rzuciłem: „Janek, mam nadzieję, że w mojej obecności nie będziesz już oszukiwał premiera”. Kulczyk zaczął coś mówić, że jak przychodzi do knajpy, to kelner na wejściu nie woła o pieniądze na zapłacenie rachunku. Wtedy mu odparłem: „Nie jestem kelnerem, ale ministrem skarbu”.

Kulczyk pytany przed komisją śledczą o tę rozmowę, odpowiedział: „Nie przypominam sobie takiego zdarzenia”.

Śledztwo utknęło w martwym punkcie

Formalnie o przejęcie G8 starała się wówczas kontrolowana przez Kulczyka spółka El-Dystrybucja. Resort skarbu przez kilka miesięcy dawał jej wyłączność na negocjacje w sprawie zakupu grupy. Ostatecznie zakończyły się fiaskiem, a sama prywatyzacja została unieważniona. Powodem był skandal korupcyjny z udziałem łódzkiego barona SLD Andrzeja Pęczaka. Ze zgromadzonego przez ABW materiału wynikało, że przyjmował on łapówki od znanego lobbysty Marka Dochnala. W zamian, na jego prośbę, umówił zainteresowanych przejęciem G8 przedstawicieli rosyjskiego koncernu RAO JES z ówczesnym ministrem skarbu Zbigniewem Kaniewskim.

Dochnal za swoje niepowodzenia zaczął obwiniać Kulczyka. Zeznał więc, że ministrowie Kaczmarek, a potem Kaniewski faworyzowali ofertę miliardera przy prywatyzacji G8. Na podstawie jego słów katowicki prokuratur Ireneusz Kunert 10 marca 2006 r. wszczął w tej sprawie śledztwo. To był początek jednego z największych i najbardziej skomplikowanych postępowań prokuratorskich w Polsce. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Apelacyjną w Katowicach bardzo szybko oprócz G8 zaczęło obejmować inne duże prywatyzacje. W tym Telekomunikację Polską. O ile katowiccy śledczy nie znaleźli dowodów na prawdziwość zeznań Dochnala, o tyle kulisy sprzedaży państwowego molocha telekomunikacyjnego zakończyły się postawieniem zarzutów. Po sześciu latach od momentu wszczęcia śledztwa wydane zostały dwa nakazy zatrzymania. CBA zatrzymała pracowników Kulczyk Holdingu – Jana W. i Wojciecha J. Aby mogli odpowiadać z wolnej stopy, musieli wpłacić kaucje. Pierwszy 1 mln zł, drugi 1,5 mln zł. Prokuratura uznała, że są odpowiedzialni za duże nieprawidłowości finansowe na kwotę 1,1 mln dolarów. Pieniądze te trafiły z Kulczyk Holdingu na konto firmy BMF (BRE Corporation Finance) za usługi podczas prywatyzacji TP SA. Według prokuratury, doradztwo to było fikcyjne. Śledczy podejrzewali, że zapłata mogła być ukrytą formą łapówki. Ze zgromadzonych podczas postępowania dokumentów wynika, że część tych pieniędzy miała potem trafić do Georga Storożyńskiego, wiceszefa warszawskiego oddziału ING Bank, doradzającego Ministerstwu Skarbu przy sprzedaży TP SA. Kulczyk Holding twierdził, że udostępnił wszystkie posiadane dokumenty, a sprawa dotyczy jednego brakującego raportu. Spółka broniła się, że nie miała obowiązku tak długo trzymać dokumentacji. Śledztwo do dziś nie zostało zakończone.

Kulczyk bagatelizował tę sprawę. – Zarzut nie dotyczył korupcji, tylko działania na szkodę spółki, bo nie znaleźli u nas raportów z wykonanej pracy. Osobiście nie miałem z tą sprawą nic wspólnego – twierdził miliarder.

Albo maszty, albo nic

We wtorek, 25 lipca 2000 r., w biurach Kulczyka w Warszawie było tłoczno już od wczesnego poranka. Przedstawiciele France Telecom z prezesem Michelem Bonem na czele przyjechali do siedziby firmy prosto z lotniska Okęcie. Na podpisanie umowy sprzedaży TP SA oczekiwało w napiętej atmosferze kilkanaście osób. Nerwówka miała swoje powody. Okazało się, że transakcja nie może być sfinalizowana. Brakowało podpisów pod załącznikiem nr 11. Prośbę o zaakceptowanie tego dokumentu France Telecom przekazał doradcy Ministerstwa Skarbu dzień wcześniej – 24 lipca.

O problemie szybko został powiadomiony premier. Jerzy Buzek bezzwłocznie polecił ministrowi łączności Tomaszowi Szyszko i płk. Zbigniewowi Tadeusiakowi, dyrektorowi Departamentu Obronności, aby stawili się w siedzibie Kulczyka. To właśnie ich podpisów brakowało na załączniku.

Załącznik 11 dotyczył zadań na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa. Zgodnie z umową, France Telecom otrzymywało kontrolę nad liniami telefonicznymi łączącymi jednostki wojskowe. Niektóre z nich były niejawne. Za ich pośrednictwem prowadzono rozmowy, których treść była objęta klauzulą tajności. Teoretycznie francuskie służby specjalne, jeśli chciałyby podsłuchiwać polskich wojskowych, miałyby ułatwione zadanie.

Ale to nie był główny powód przeciągania finału transakcji. Rząd w ostatniej chwili chciał w ten sposób wymusić zgodę na wyłączenie z umowy prywatyzacyjnej spółki Emitel. Posiadała ona ponad 350 obiektów nadawczych (tzw. masztów), które umożliwiały przesyłanie sygnału radiowo-telewizyjnego.

Przedstawiciele TP SA oświadczyli, że chcą wyłączyć z umowy maszty, bo to jest dobro państwowe – opowiada jeden z negocjatorów. Kulczyk był gotów się zgodzić. Francuzi się zaparli, nie chcieli nic zmieniać. Ich stanowisko było jasne: albo maszty, albo nie ma umowy.

Na kłopoty – Kulczyk

Sytuacja była dziwaczna. Płk Tadeusiak nie chce złożyć podpisu pod załącznikiem, który blokuje umowę. W gabinecie Kulczyka czeka poirytowany prezes France Telecom, a u premiera trwa narada, co dalej. Między siedzibą Kulczyka a Kancelarią Prezesa Rady Ministrów kursuje Alicja Kornasiewicz. – Michel Bon się uparł, nie było z nim żadnej dyskusji, chciał już wracać do Paryża – wspominał Kulczyk. To on powstrzymał Bona przed wyjazdem i zerwaniem transakcji. Poprosił dyskretnie swoją asystentkę, żeby co chwilę dolewała do kieliszków koniaku. Prezesowi France Telecom coraz bardziej się to podobało, alkohol wprowadził go w błogi nastrój. – W końcu było mu wszystko jedno, czy podpiszemy umowę o godzinie 15, czy 17 – mówił Kulczyk.

Premier Buzek ustąpił. Płk Tadeusiak i min. Szyszko złożyli swoje podpisy pod spornym załącznikiem złotym piórem należącym do Kulczyka. Dzięki temu około godziny 18 udało się podpisać umowę prywatyzacyjną. Wszyscy mogli otwierać szampana i świętować. Nikt nie miał wątpliwości, że brak podpisów na załączniku 11 był tylko grą, która miała wydłużyć negocjacje. „Gazeta Wyborcza” przytoczyła później wypowiedź jednego ze swoich informatorów.

„Pułkownik Tadeusiak [...] doszedł do wniosku, że umowa prywatyzacyjna nie zabezpiecza należycie podległych mu spraw. Nagle dochodzą nas głosy, że podobne zdanie w sprawach obronności ma Krzaklewski, ludzie z kancelarii premiera, nawet sam premier. Wszyscy mieliśmy wrażenie, że opór Tadeusiaka ma wymusić na Francuzach dalsze negocjacje”.


Przyznał to sam płk Tadeusiak:

– Kwestia załącznika 11 faktycznie była tylko pretekstem. Zostaliśmy wysłani do Kulczyk Holding, aby przeciągnąć negocjacje i czekać na decyzję rządu w sprawie Emitela. Po dwóch godzinach min. Szyszko dostał telefon, że mamy jednak podpisać załącznik.


Dlaczego premier Buzek zmienił zdanie?

– Nie wiem – stwierdził emerytowany już dziś pułkownik.

Ta część umowy do dziś budzi kontrowersje. Zgodnie z punktem 5 załącznika Francuzi zostali zobowiązani do przekazania Ministerstwu Obrony Narodowej i Ministerstwu Łączności części infrastruktury istotnej z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Do dokumentu nie wpisano jednak daty, kiedy ma to nastąpić. W efekcie do dziś Francuzi nie wywiązali się z tego zapisu.

_________________

Fragment książki „Jan Kulczyk. Biografia niezwykła”. Wydawnictwo Fronda 2015. Śródtytuły i tytuł pochodzą od redakcji „Gazety Polskiej”
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Dzieci cudzoziemców uczą się w polskich szkołach. Ich grupa wzrosła w ostatnich latach

zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com/congerdesign

  

W roku szkolnym 2018/2019 w polskich szkołach uczyło się 44 tys. dzieci cudzoziemskich - poinformowało Ministerstwo Edukacji Narodowej. Dane za ten rok szkolny będą dostępne na przełomie października i listopada. Po raz pierwszy znajdzie się w nich informacja o narodowości ucznia.

W ostatnich latach liczba dzieci cudzoziemskich w polskich szkołach znacząco wzrosła. W zeszłym roku szkolnym było to 44 tys. dzieci uczących się w ponad 7 tys. szkół, rok wcześniej - 30 tys. dzieci w prawie 6 tys. szkół, a w roku szkolnym 2015/16 - 14 tys. dzieci w ponad 3 tys. szkół. Według danych z 2018 r. najwięcej cudzoziemców uczyło się w szkołach w województwach: mazowieckim, dolnośląskim i małopolskim.

Dane gromadzone są w Systemie Informacji Oświatowej prowadzonym przez MEN. Od tego roku szkolnego zbierane będą też informacje o narodowości uczniów.

Jak informuje ministerstwo edukacji, podstawą przyjęcia ucznia cudzoziemskiego do szkoły w Polsce są dokumenty wydane przez szkołę za granicą, w której uczeń spełniał obowiązek szkolny. Uczeń cudzoziemski ma prawo do co najmniej dwóch godzin lekcyjnych nauki języka polskiego w tygodniu. Przez 12 miesięcy może także korzystać z dodatkowych zajęć wyrównawczych z innych przedmiotów, jeśli taką potrzebę stwierdzi nauczyciel prowadzący. Łączny wymiar dodatkowych zajęć z języka polskiego i dodatkowych zajęć wyrównawczych nie może przekroczyć 5 godzin w tygodniu - podał resort.

Urząd ds. Cudzoziemców gromadzi tylko dane na temat dzieci, które są w trakcie procedury uchodźczej. Obecnie jest to ok. 850 dzieci w wieku szkolnym (w poprzednich latach liczby wahały się między 1,2 tys. w 2016 a 900 w 2018). Uczęszczają do 110 szkół publicznych na takich samych zasadach jak dzieci polskie. Większość mieszka obecnie w 10 ośrodkach dla cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową.

Najwięcej przebywa w placówkach w Łukowie, Czerwonym Borze i Lininie. Przeważają wśród nich obywatele Rosji (w większości narodowości czeczeńskiej), Ukrainy i Tadżykistanu.

Dzieci w trakcie procedury uchodźczej są, tak jak wszystkie dzieci w Polsce, objęte obowiązkiem szkolnym. Kwalifikują się głównie do nauki w szkołach podstawowych. Urząd ds. Cudzoziemców zastrzega jednak, że dzieci ubiegające się o ochronę międzynarodową nie zawsze są uczniami klasy, do której kwalifikują się według wieku.

"Związane jest to z indywidualną historią dziecka np. lukami w edukacji" - poinformował PAP urząd.

Czas pobytu w polskich szkołach dzieci, które są w trakcie procedury uchodźczej, jest bardzo różny, od tygodnia do - w skrajnych przypadkach - kilku lat. "

Procedura uchodźcza bywa wykorzystywana w celu dostania się do Strefy Schengen, więc cudzoziemcy przyjeżdżają na pewien okres, są w trakcie procedury uchodźczej, ale w około połowie przypadków nie czekają na jej zakończenie i wyjeżdżają z Polski, najczęściej do krajów Europy Zachodniej. Jeśli cudzoziemiec zostanie w kraju i otrzyma decyzję negatywną, ma prawo wnieść odwołanie i skargę do sądu administracyjnego. Wykorzystanie całej odwoławczej ścieżki prawnej wpływa na łączny czas postępowania i ewentualnego pobytu dziecka w szkole"

- powiedział rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców, Jakub Dudziak.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl