Rozmowa „GPC”: Chrześcijanom nie wolno wejść do kuchni. Są „nieczyści”!

  

Najgorzej jest podczas ramadanu. Całymi nocami chrześcijanie muszą wysłuchiwać recytacji Koranu, a o czwartej nad ranem muezin idzie korytarzami i wszystkich zrywa na równe nogi. Kto nie posłucha, będzie miał kłopoty - mówi dr Gottfried Martens, pastor ewangelickiego kościoła Trójcy Świętej w berlińskiej dzielnicy Steglitz, w rozmowie z Olgą Doleśniak-Harczuk.

Wspólnota na Steglitz jest ewenementem już nawet nie na skalę Niemiec, ale całej UE. Należą do niej głównie konwertyci – muzułmanie, którzy przyjęli chrześcijaństwo. Większość z nich Pastor sam ochrzcił. Od czego się zaczęło?

Osiem lat temu do moich drzwi zapukali dwaj irańscy chrześcijanie. W 2011 r. latem po raz pierwszy ochrzciłem Irańczyka, który porzucił islam, a już dwa lata później pod swoją opieką miałem 150 głównie afgańskich i irańskich chrześcijan. Nasza wspólnota bardzo się rozrosła, wcześniej należała do niej garstka osób i to w podeszłym wieku. Dziś jest nas 600 i wciąż zgłaszają się nowi. W przyszłą niedzielę chrzest przyjmie u nas kolejne siedemnaście osób.

Jak Pastor odróżnia tych, którzy szczerze chcą się nawrócić, od tych, którym się wydaje, że dokonując konwersji, zwiększają swoje szanse na azyl w Niemczech?
Chrzest nie przyspiesza przyznania prawa do azylu. Bundesamt dokładnie sprawdza, czy ktoś, kto wybiera chrześcijaństwo, naprawdę wie, co robi i jakie są jego pobudki. Samo bycie chrześcijaninem niczego nie gwarantuje. Moi podopieczni nieraz skarżyli się, że są w Niemczech latami, a i tak odmawia się im prawa do stałego pobytu. W mojej wspólnocie najwięcej jest Irańczyków. Wielu z nich w swoim kraju należało do kościoła katakumbowego, byli wyznawcami Chrystusa już w swojej ojczyźnie. Byłoby absurdem twierdzić, że przyjechali do nas i przyznają się do chrześcijaństwa, bo zależy im na azylu. Oni niejednokrotnie wyrzekli się swoich majątków właśnie dlatego, że chcieli praktykować chrześcijaństwo. Co do pozostałych – obserwuję, kto przychodzi, jak się zachowuje, czy uczestniczy w nabożeństwach. Większość z tych, którzy dołączyli do wspólnoty w latach 2011–2012, wciąż jest z nami, to dla mnie też sygnał, że ich konwersja była szczera, że oni naprawdę pragnęli zmiany. A mogliby odejść, nie trzymam nikogo na siłę.

Jacy są podopieczni Pastora?
Zazwyczaj bardzo dobrze wykształceni i łatwo się integrują.

W przeciwieństwie do muzułmańskich uchodźców, którzy się integrować nie zamierzają
Niestety. W ośrodkach dla uchodźców dzieją się straszne rzeczy. Bywa, że muzułmanie zabraniają chrześcijanom korzystać z kuchni, ponieważ dla nich są oni „nieczyści”. Najgorzej jest podczas ramadanu. Całymi nocami chrześcijanie muszą wysłuchiwać recytacji Koranu, a o czwartej nad ranem muezin idzie korytarzami i wszystkich zrywa na równe nogi, każdy ma wtedy opuścić pokój, kto nie posłucha, ma problemy.

Ale przecież jesteśmy w Niemczech, a nie w państwie arabskim. Dlaczego państwo pozwala na takie zachowanie?
Sam nie wiem. Członkowie naszej wspólnoty mówią zrozpaczeni „my uciekliśmy przed islamem, aby nie musieć znosić takiego traktowania, a spotyka nas ono w Niemczech”.

Jaka jest sytuacja kobiet w ośrodkach dla uchodźców, zwłaszcza chrześcijanek?
Wyjątkowo dramatyczna. Niedawno mówiłem o tym w telewizji. Kiedy obecna ze mną w studiu Julia Klöckner z CDU zaczęła się skarżyć, że imam nie podał jej ręki, miałem na końcu języka: „niech się pani cieszy, nasi ludzie byliby przeszczęśliwi, gdyby nikt ich nie chciał dotykać”.

Opisałam przypadek Klöckner w polskiej prasie, odezwały się głosy, że to niemożliwe.
To, że imam nie podał kobiecie ręki, to jeszcze mały problem, gorsze jest to, że dla muzułmanów chrześcijańska kobieta jest niczym zwierzyna łowna.

Kobiety powinny więc być zakwaterowane w osobnych ośrodkach?
Oczywiście, ale nie ma miejsca. Przybyszów kwateruje się gdzie popadnie i są to niewyobrażalnie prowizoryczne warunki. Hale sportowe, magazyny, kobiety kwaterowane razem z mężczyznami, bywa, że dwie wrzuca się na halę z 80 mężczyznami! To jest dla nich horror. Dla dzieci też. Władze z kolei nie wiedzą, co z tym ludźmi począć. A będzie jeszcze gorzej, bo idzie zima. Nawołuję do tego, aby odseparować kobiety od mężczyzn i chrześcijan od wyznawców islamu. Gdy pani pojedzie do jakiegoś ośrodka dla uchodźców, zobaczy pani, że tam już prawie nie ma chrześcijan, bo oni są przez muzułmańską większość wyganiani. Wcześniej myślałem, że jak ktoś ucieka np. z Syrii, to ma dość islamu, ale szybko wyzbyłem się złudzeń, kiedy zobaczyłem, że przybywają przede wszystkim najbardziej konserwatywni muzułmanie.

To może jednak Niemcy powinny pomyśleć, aby w pierwszej kolejności pomagać chrześcijanom. Mieliśmy w Polsce taki plan.
Tak, ale to nie jest proste. Mamy chrześcijański obowiązek udzielać pomocy ludziom różnych kultur i wyznań, przykład dobrego Samarytanina nie jest przypadkowy, sam Chrystus nam to nakazał… Nie możemy wyciągnąć ręki wyłącznie do chrześcijan. Choć czujność w relacjach z muzułmanami jest wskazana. Tylko co my zrobimy z tymi ludźmi? Część z nich nie ma dokąd wracać. Gdzie ich wyślemy? Podnoszą się głosy, że „skoro muzułmanie atakują chrześcijan, to ich wszystkich wyrzućmy” i ja to rozumiem, tylko jak w ramach państwa prawa mielibyśmy to teraz zrobić? Kiedy 50 muzułmanów w ośrodku dla uchodźców blokuje dostęp do kuchni dla chrześcijan, nie można ich tak po prostu odesłać.

Ale to jest absurdalne i nie do pomyślenia właśnie w państwie prawa, o którym Pastor mówi…
My nie możemy traktować muzułmanów tak, jak ich państwa traktują chrześcijan. U nas w ten sposób się nie postępuje. Rozprawianie przy knajpianym stoliku o tym, że trzeba zamknąć granice i nikogo nie wpuszczać, też mija się z celem. Zamkniemy granice, a oni znajdą sposób, aby przepłynąć rzekę, będziemy kontrolowali rzekę, to wedrą się od strony pól etc.

A kończy się na tym, że ci, którzy zaryzykowali konwersję, wracają do swoich ośrodków i nie wolno im przekroczyć progu kuchni…
To jest część ceny. Oni się nie kryją z chrześcijaństwem, noszą krzyżyki. Każdego tygodnia przychodzą do mnie członkowie naszej wspólnoty i opowiadają o kolejnych szykanach. Boją się wracać do ośrodków i trzęsą się ze strachu na myśl, co tam zastaną. Tylko co z tego, jeżeli nawet wyciągnę kogoś z takiego miejsca, skoro w innym spotka go to samo? Znam człowieka, który chciał sobie w ośrodku odebrać życie, bo nie wytrzymywał ciągłych upokorzeń. Znalazłem ośrodek, do którego mógłbym go odesłać, ale dostałem telefon, że doszło tam do kolejnego incydentu, syryjskiemu chrześcijaninowi zerwano krzyżyk z szyi. Dlatego uważam, że chrześcijanie i muzułmanie muszą być kwaterowani osobno. Długo broniłem się przed tym odczuciem, bo widziałem to jako kapitulację przed islamem. Kapitulację. Bo to tak, jakbyśmy stwierdzili: OK, są takie ośrodki, w których panuje prawo szariatu i chrześcijanie nie mają tam czego szukać.
 

Cały wywiad ukaże się już w następnym numerze miesięcznika „Nowe Państwo”. Gorąco polecamy!
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie


Wczytuję komentarze...

Lisiewicz: Jan Olszewski to człowiek, który zdefiniował epokę. Testament AK w III RP

śp. premier Jan Olszewski / @prezydentpl

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

„Dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć” – te słowa premiera Jana Olszewskiego z nocy z 4 na 5 czerwca 1992 zdefiniowały najważniejszy spór w III RP na ponad ćwierćwiecze. Należy je uznać za kontynuację „Ostatniego rozkazu dziennego dowódcy Armii Krajowej”, w którym „Niedźwiadek” pisał: „Nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim”. 4 czerwca Olszewski przerwał taniec polskiego chochoła i wyznaczył, czym jest realizacja testamentu Armii Krajowej w nowych czasach – pisze w najnowszym numerze „Gazety Polskiej” Piotr Lisiewicz.

Kazimierz Wierzyński w wierszu „Na rozwiązanie Armii Krajowej” tak pisał o rozkazie generała Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”:

Zwinąć chorągiew z masztu. Krepą jest zasnuta
Za dywizję Rataja, Okrzei. Traugutta.
Pociąć sztandar w kawałki. Rozdać śród żołnierzy,
Na drogę, niech go wezmą. Na sercu niech leży.

„Każdy z Was musi być dla siebie dowódcą” – pisał w cytowanym rozkazie „Niedźwiadek”. Można powiedzieć, że Jan Olszewski, ówczesny nastolatek z Szarych Szeregów, pseudonim „Orlik”, całym życiem wypełniał tamten testament. To było naturalne także dlatego, że był krewnym wymienionego przez Wierzyńskiego patrona jednej z ostatnich powstańczych dywizji z 1944 r. - Stefana Okrzei. Okrzeja, działacz niepodległościowy i socjalistyczny, był jednym z założycieli Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Został powieszony na stokach Cytadeli Warszawskiej.


Ale w 1992 r. Olszewski nie był już dowódcą tylko dla siebie, a dla narodu. I zdefiniował, czym jest realizacja testamentu AK na odmienionym polu bitwy. Od której uczciwy Polak nie ma prawa zdezerterować.


Spadek komunizmu: rozległy, straszny, zagrażający narodowi

Zdania, które padły w przemówieniu z 4 czerwca 1992 były słowami politycznego wizjonera, któremu los pozwolił wcześniej, jako obrońcy prześladowanych w komunistycznych procesach, lepiej niż innym poznać mechanizmy działania bezpieki. Olszewski w czasie dramatycznej nocy z 4 na 5 czerwca zdefiniował je jako zagrożenie dla interesu narodowego, dla programu odbudowy niepodległości, dla egzystencji państwa:

„(…) nikt lepiej ode mnie nie wie, jak straszliwy jest ten spadek, jak rozległy, jak wielki, jak straszne może pociągać skutki dla losów jednostek w niego wplątanych, wtedy, kiedy te jednostki biorą udział w kierowaniu życiem politycznym. W warunkach, w których my działamy – jak tragiczne może mieć to skutki dla interesu już nie publicznego, dla interesu narodowego”.

Amen! – możemy dodać znając dalsze losy III RP. Brak rozliczenia Jaruzelskiego i Kiszczaka, sądowa bezkarność komunistycznych zbrodni, posmoleńska bezradność polskiej wspólnoty, fasadowa scena polityczna i medialna zdominowana przez ugrupowania mające powiązania z dawną bezpieką, zdrada wielkiej części inteligencji ukształtowanej przez komunizm, sprowadzenie gospodarczej konkurencji do fikcji, masowa emigracja tych, którzy nie dostali w III RP szans bo byli z niewłaściwych rodzin – wszystko to znamy na pamięć. (…)


Jan Olszewski umarł młodo

Gdy Jan Olszewski wypowiadał historyczne słowa „Czyja jest Polska”, wygłaszał je może nie w politycznej próżni, ale w sytuacji, gdy dla większości Polaków, w tym ówczesnego młodego pokolenia, były to tezy niezrozumiałe, dalekie od jego emocji  i wyobrażeń. A i pamięć o tradycji, której wyrazicielem był przegrywający premier czy nawet o samym Powstaniu Warszawskim, zaprzątała głowy nielicznych.


Minęło prawie 27 lat i dziś spór o to, czyja będzie Polska, któremu strona będąca w defensywie nadaje różne obraźliwe nazwy, jest pierwszoplanowy. A ofensywa obozu, który wziął za swój postulat Olszewskiego, dokonała się przy kluczowym udziale młodego pokolenia. Dodajmy, że w ukształtowaniu wyobraźni politycznej tego pokolenia porzucone ćwierć wieku temu symbole z czasów Powstania Warszawskiego odegrały rolę decydującą.


W tym sensie także Olszewski z 1992 r. okazał się wizjonerem, mężem stanu, bo postawił na program trudny, ale perspektywiczny. Można powiedzieć, że gdy miał 62 lata i był odwołanym premierem, mógłby czuć się człowiekiem starym, reprezentującym dawny świat, po którego przegranej zapowiadano szumnie tryumf „depczącej przeszłości ołtarze” młodości.


Odchodząc z tego świata w 2019 r., mając lat 88, mógł Olszewski czuć się człowiekiem młodym, bo to jego idea porwała miliony wnuków i prawnuków. Młodość wzięła sobie na sztandary - mówiąc Asnykiem - nie deptanie owych ołtarzy, a czerpanie z ich „świętego ognia”. I w 2019 r. odpowiedź na pytanie „Czyja Polska”, jest dziś nieporównywalnie bliższa tej, że właśnie Jana Olszewskiego i wszystkiego, co było mu bliskie.


Zło kontra dobro, wolność kontra niewolnictwo


Co takiego było w owym „Ostatnim rozkazie dziennym dowódcy Armii Krajowej”, że stał się on programem obozu niepodległościowego? Podpisany pseudonimem „Niedźwiadek” generał Okulicki pisał 19 stycznia 1945 rozwiązując Armię Krajową:

„Polska, według rosyjskiej receptury, nie jest tą Polską (…) dla której popłynęło morze krwi polskiej i przecierpiano ogrom męki i zniszczenie Kraju (…) nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim”.


To był rozkaz na dziesięciolecia: „Obecne zwycięstwo sowieckie nie kończy wojny. Nie wolno nam ani na chwilę tracić wiary, że wojna ta skończyć się może jedynie zwycięstwem jedynie słusznej Sprawy, tryumfem dobra nad złem, wolności nad niewolnictwem”.


„Jedynie zwycięstwo”, „jedynie słusznej sprawy”, „tryumf zła nad dobrem”, „wolności nad niewolnictwem” – to był katechizm pokolenia, a nie partyjny postulat. Zwalniając żołnierzy AK z przysięgi Okulicki wydał im jasną instrukcję także na czas pokoju: „Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą”. (…)


„Nowa Rzeczpospolita” kontra „Polska nie całkiem nasza”


Jan Olszewski w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 wyszedł na sejmową mównicę jako reprezentant obozu realizującego testament Armii Krajowej, który tak mówił o niepełnej jego realizacji: „Jest Polska, była Polska przez czterdzieści parę lat – bo to jednak była Polska – własnością pewnej grupy. Własnością z dzierżawy, może nawet raczej przez kogoś nadanej. Po tym myśmy w imię racji, własnych racji politycznych, zgodzili się na pewien stan przejściowy. Na kompromis, na to, że ta Polska jeszcze przez jakiś czas będzie i nasza, i nie całkiem nasza”.


Można więc powiedzieć, że Olszewski tłumaczył się jakby przed Okulickim i brał na siebie odpowiedzialność za zgodę na „stan przejściowy”, w czym tak naprawdę udziału nie miał (…)


To właśnie jego stanowisko, bezpośrednio wynikające z testamentu Armii Krajowej, czyli likwidacja ustroju przejściowego spotkało się z oporem, o którym mówił:

„I zdawało się, że ten czas się skończył. Skończył się wtedy, powinien się skończyć, kiedy uzyskaliśmy władzę pochodzącą z demokratycznego, prawdziwie demokratycznego wyboru. A dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć”.


Nienawiść


To te słowa spowodowały największe oburzenie mediów III RP. No bo jak to: Polska ma być „czyjaś”? To już nie wspólna? Znowu ktoś sobie uzurpuje prawo do niej? To nie możemy demokratycznie spierać się „jaka”, tylko mamy ją sobie wyrywać z rąk, wykluczać niektórych?


Właśnie dlatego przemówienie Olszewskiego było kluczowe: wykluczało ze sceny politycznej niepodległego państwa formacje oparte na zdradzie, z których udziałem owego państwa budować się nie da. Nie prawicę, nie lewicę (to z lewicowej tradycji wywodził się Olszewski), nie centrum, tylko agenturę.


Program ten błyskawicznie nazwano programem nienawiści – tak wiersz swój zatytułowała na czołówce Gazety Wyborczej przyszła noblistka Wisława Szymborska, twarz Olszewskiego ze słowem „Nienawiść” straszyła z okładki tygodnika „Wprost”, o ludziach chorych z nienawiści mówił Jacek Kuroń. (…)


Wola wielkości, a nie małości


Ale dla pełnego obrazu sytuacji dodajmy, że obóz który miał zrealizować program Jana Olszewskiego, wielokrotnie go porzucał bądź głosił w wersji częściowej, niepewnej, wręcz skarlałej. Bo był za trudny, zbyt ambitny, wymagający wielkości, a nie małości. Wymagał podjęcia ryzyka, co pokazały „Nocna zmiana”, obalenie pierwszego rządu PiS w 2007 r., wreszcie najbardziej dramatycznie Smoleńsk. Ale także przeżywanie codziennych medialnych ataków.


Da się wskazać niemały zastęp publicystów konserwatywnych, którzy nierzadko wprost, wymieniając nazwisko Olszewskiego, odrzucali jego program - uznając zarysowany przez niego podział za niesłużący racjonalnemu definiowaniu naszych problemów i reformowaniu Polski. W tekście „Salon, Przedpokój, Ulica” nazwałem ich obozem „Przedpokoju”.


Czym usiłowano zastąpić program Okulickiego/Olszewskiego? Lista takich pomysłów była długa, począwszy od ekonomizmu i technokratyzmu, po ich przeciwieństwo – samoograniczenie programu do kwestii socjalnych. A więc jak najmniej o niepodległości, wystarczy samo „sprawiedliwie urządzone społecznie” państwo. Takie myślenie pojawiało się choćby za rządów AWS-UW, w czasie których reformowano postkomunizm, natomiast postulaty niepodległościowe zrealizowane zostały w stopniu niewielkim.

Nie mam śladu wątpliwości, że ile razy nasza strona lub jakaś jej część odrzucała niepodległościowy program, tyle razy samodegradowała się. Zwolennicy wolnego rynku czy obyczajowi konserwatyści, nie głoszący niepodległościowego programu kończyli żałośnie, jako element rosyjskiej układanki partii prawicowych w Europie. Z kolei sama realizacja programu prorodzinnego i socjalnego programu AWS, przy jednoczesnym układaniu się z postkomunistyczną oligarchią, skończyła się zniknięciem tego ugrupowania ze sceny politycznej.


Ale był też błąd inny – głoszenie hasła niepodległości w oderwaniu od potrzeb zwykłych Polaków. Prawdziwą syntezą, stawiającą za Okulickim postulat państwa „całkowicie suwerennego, niepodległego i sprawiedliwie urządzonego społecznie” stał się dopiero program PiS.


Elementem każdej skutecznej polityki, w tym także tej prowadzonej przez obóz niepodległościowy, jest atak i obrona, czas prowadzenia polityki zdecydowanej i bardziej kompromisowej. Ona musi korzystać z nowoczesnych narzędzi PR-u, ba, czasem musi kłaniać się współczesnym czasom. Ale nie wolno jej strategicznie odejść od programu sformułowanego w 1992 r. z sejmowej mównicy przez Jana Olszewskiego i przemówienie Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi w roku 2008. Tylko wtedy testament pokolenia AK będziemy mogli uznać za zrealizowany.

Cały tekst w tygodniku „Gazeta Polska”, dostępnym w kioskach do wtorku.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl