MON rozbraja polską flotę
Jeśli poszukać analogii do buńczucznie zapowiadanej modernizacji Polskiej Marynarki Wojennej, to nasuwa się niestety jedna. Verdun.
Resort obrony od czasu do czasu wysuwa kolejne pomysły na podniesienie naszej floty ze stanu upadku. Każda kolejna koncepcja jest coraz bardziej absurdalna i śmieszna. Tak jak w wypadku wspólnego zakupu okrętów podwodnych z Norwegią i Holandią. Można odnieść wrażenie, że w MON zasiedli godni potomkowie Andersena i braci Grimm, którzy snują bajki z mchu i paproci. Gdzie w tym wszystkim jest interes Rzeczypospolitej?
Dziwna niemoc
Ktoś przesądny mógłby rzec, że nad zakupem okrętów podwodnych dla naszej Marynarki Wojennej zawisło fatum. Sprawa nie do załatwienia – a jak już ktoś próbuje ją załatwić, to w sposób albo nieudolny, albo wręcz szkodliwy.
Przypomnijmy sobie ważniejsze z perypetii wokół planów zakupu tego strategicznego sprzętu. Najpierw media doniosły o niejasnych działaniach ówczesnego szefa MON Bogdana Klicha, który ponoć skłaniał się ku sprezentowaniu naszej flocie „pływającej trumny”. Chodzi rzecz jasna o osławiony okręt niemieckiej produkcji „Papanikolis”, którego za wszelką cenę starali się pozbyć Grecy. Po burzy, jaka rozpętała się w naszych środkach przekazu, resort obrony wycofał się ostatecznie z pomysłu na obdarzenie Marynarki Wojennej felerną jednostką, w dodatku produkowaną i serwisowaną w Niemczech.
Eksperci, związkowcy i opozycyjni politycy domagają się, rozsądnie zresztą, by okręty podwodne dla Polskiej Marynarki Wojennej powstawały w Polsce – przynajmniej w takiej części, na jaką pozwala posiadana przez nas technologia. Polski przemysł zbrojeniowy jest na tyle nowoczesny, że poradzi sobie z tym zadaniem. Nie musimy być jedynie montażownią, jak to zaplanowano w wypadku kontraktu na francuskie śmigłowce. Ba, nie możemy pozwolić sobie, by być zdanymi na łaskę i niełaskę zagranicznego dostawcy. I mniejsza o to, czy będą nim Niemcy, czy Francja, a może Korea. Produkcja i serwisowanie sprzętu poza Polską oznaczają, że dostawca de facto będzie mógł decydować o naszej flocie i dyktować własne warunki cenowe.
Punkt dla Niemiec
Z tych właśnie powodów krytykowano pomysł zakupu okrętów produkowanych w niemieckiej Kilonii – bez uwzględnienia potencjału polskich stoczni, chociażby gdyńskiej Stoczni Marynarki Wojennej. A politycy Platformy i wysocy urzędnicy MON czuli miętę do niemieckich producentów. Przypomnę, że jednym z gwoździ do politycznej trumny byłego wiceministra obrony Waldemara Skrzypczaka było publiczne przyznanie, że zamierza tak zmienić specyfikację postępowania na zakup okrętów podwodnych, by załapała się na nią oferta niemiecka. Co ciekawe, zawiadomiona przez posła PiS Jacka Sasina prokuratura do tej pory – a minęło już kilkanaście miesięcy – milczy. Czyżby pochylenie się nad sprawą mogło oznaczać kłopoty dla dygnitarzy PO?
Urzędnicy MON zapewniają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale tak naprawdę sprawa zakupu okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej RP nie posunęła się ani o milimetr. I to w sytuacji, gdy morski potencjał odstraszania i posiadanie okrętów mogących przenosić pociski manewrujące stają się kluczowe dla bezpieczeństwa polskiego państwa. Nie ma decyzji, nie ma nawet jasno określonej perspektywy, kiedy niezbędne i oczekiwane decyzje mogłyby zapaść. Są za to plany, które budzą śmiech.
Fantastyczne plany resortu
Takim ni to planem, ni to żartem jest garść pomysłów, zaprezentowanych przez wiceministra obrony Czesława Mroczka. Warto się nad nimi pochylić, by pokazać, jak odrealnione jest podejście poważnych urzędników resortu obrony do priorytetów polskiej obronności.
Pierwszy z tych pomysłów to wspólny zakup okrętów podwodnych z innymi państwami – Norwegią lub Holandią. Dlaczego nie pójść dalej i nie zdecydować się na wspólny zakup, dajmy na to, z Argentyną albo Republiką Południowej Afryki? Satyryk Jan Pietrzak w swoim skeczu z lat 80. żartował: „Kupiliśmy wspólnie ze szwagrem kanapę, pojutrze moja kolej…”. Niestety w tej sytuacji trudno nie szukać pewnej analogii. Przecież w obu wypadkach kupowane okręty nie będą miały jednakowych parametrów, albowiem każde państwo przeznacza dla nich inne zadania. Norwegowie myślą o ochronie przejścia północnego i swoich złóż naftowych i nie przewidują tego, co dla Polski jest kluczowe, czyli wykorzystania jednostek podwodnych do wystrzeliwania pocisków manewrujących. Przy tak zasadniczej rozbieżności za szczegół można uznać rozbieżność harmonogramów modernizacji floty, przewidzianych przez Polskę i Norwegię. W latach 2022–2023, kiedy polski MON zamierza wprowadzać okręty do służby, plany norweskie zakładają rozpoczęcie budowy. Finalnie mielibyśmy zatem około pięcioletnie opóźnienie wprowadzenia morskiego komponentu systemu odstraszania, opartego na wykorzystaniu pocisków manewrujących.
Zachowanie obecnego harmonogramu dostaw okrętów dla naszej marynarki pozwoli polskim firmom zaangażowanym w ich budowę na zdobycie odpowiednich kompetencji. Te zaś będą mogły być wykorzystane (natychmiast po ukończeniu budowy jednostek) do uczestnictwa w kolejnych europejskich zamówieniach – w ramach podwykonawstwa dla któregokolwiek wybranego dostawcy okrętów podwodnych. Gdyby MON opóźnił program o kilka lat, tym samym poważnie ograniczyłby możliwości rozwoju eksportu dla polskiego przemysłu, w tym spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Jak to się ma do powtarzanych nieustannie zapewnień, że Ministerstwo Obrony Narodowej aktywnie wspiera rozwój działalności eksportowej PGZ, upatrując w nim szansy na zachowanie przez jej firmy odpowiednich zdolności dostaw dla polskiej armii?
Przejdźmy teraz do wymienionej przez ministra Mroczka Holandii. Holendrzy planują kupić okręty o dwa razy większej wyporności niż przyszłe polskie jednostki. Wiąże się to m.in. z wykorzystaniem ich do obrony holenderskich terytoriów na Karaibach. Ba, perspektywa dostawy okrętów jest jeszcze bardziej odległa niż w wypadku Norwegii. Pomysł zatem można śmiało zaliczyć do kategorii science fiction.
Bałtyk bez obrony
Trudno oprzeć się wrażeniu, że dziwaczne koncepcje resortu obrony zmierzają do jednego celu: rozdzielenia zakupu okrętów i pocisków manewrujących. Jest to pomysł bardzo kosztowny i ryzykowny. Oddzielny zakup w oczywisty sposób zwiększy koszty integracji systemów i niesie ze sobą ryzyko, że w wypadku komplikacji okręty nie będą w stanie wykorzystywać pocisków. Swoją drogą chciałbym usłyszeć, czy minister Mroczek wyraźnie weźmie na siebie odpowiedzialność za taką decyzję i jej konsekwencje. Nie tylko polityczną, ale i prawną. Pamiętajmy, że okręty podwodne mają stanowić element systemu odstraszania. A do tego konieczna jest zdolność wystrzeliwania pocisków.
Jednym z ważniejszych zadań dla nowego kierownictwa MON będzie dokładne przyjrzenie się modernizacji polskiej floty wojennej. Na razie o bezpiecznym Bałtyku możemy mówić tylko czysto teoretycznie. Bez dobrego, nowoczesnego sprzętu pozostaną nam tylko słowa, w których tak bardzo się lubuje obecne kierownictwo resortu obrony. Polska Marynarka Wojenna zbyt długo czeka na konkretne decyzje. Nie łudźmy się – nasz północno-wschodni sąsiad dostrzega to kunktatorstwo i wyciąga odpowiednie wnioski. Paraliż decyzyjny w MON jest na rękę rosyjskim planom. Przyczynia się także do osłabienia wiarygodności Polski jako sojusznika w ramach NATO. Żądamy solidarności w ramach Paktu – a więc sami pokażmy, że jesteśmy w stanie solidarnie bronić Bałtyku.
Autor jest ekspertem Narodowego Centrum Studiów Strategicznych, samorządowcem, był dyrektorem w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego