Po celebrytach walkę o głosy wyborców dla Bronisława Komorowskiego rozpoczęła również jego małżonka. Zdumiona wynikami pierwszej tury wyborów, najwyraźniej nie mogła przełknąć przegranej męża, przekonując, że przecież cały czas jest on taki sam. Idąc w ślady swojego męża, Komorowska przekonywała też, że Polacy powinni być wręcz wdzięczni za możliwość... emigracji.

- Świat stał się bardzo bliski. Ja bym emigracji za pracą nie traktowała w kategorii dramatu. To jest też jakaś szansa. Zależy, jak się człowiek urządzi i czy nie jest to akt desperacji - przekonywała Anna Komorowska.

Głównym punktem dyskusji Moniki Olejnik z Anną Komorowską na antenie Radia ZET był wizerunek ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Komorowska mocno obruszyła się na sugestię, że wiele osób widzi w Komorowskim „strażnika żyrandola”, który jest nieczuły na problemy obywateli.

- Nie zgadzam się z tym. Łatwo jest przypiąć łątkę i to idzie jak lawina. Znam mojego męża, wiem, na ile on jest empatyczny i na ile go obchodzą sprawy ludzi. Myślę, że to jest niesłuszna i nieuprawniona opinia. (...) Myślę, że się zrobiła moda na bombardowanie urzędującego prezydenta. Proszę się zastanowić, racjonalnie do tego podejść, rozumowo. Nic takiego się nie stało w ciągu ostatnich trzech miesięcy... Mój mąż nie stał się innym człowiekiem w ciągu trzech miesięcy. Może ludzie zaczęli inaczej na to patrzeć... - żaliła się Komorowska.

Po zwróceniu uwagi, że może dzieje się tak, ponieważ Andrzej Duda pokazał Polakom, że kampanię można prowadzić inaczej, a przyszły prezydent może być faktycznie zaangażowany w sprawy obywateli, Komorowska oburzyła się i ostro zaatakowała kandydata PiS.

- Ja mam nadzieje, że do tego nie dojdzie. Bo dotychczasowe doświadczenie pana Dudy nie daje nam podstaw, żeby tak myśleć, że za tymi słowami idą kompetencje – mówiła Anna Komorowska.

W rozmowie pojawił się również wątek suflerki Bronisława Komorowskiego i aroganckich odpowiedzi, których udzielał osobom spotkanym podczas wyborczego spaceru po Warszawie. Komorowska przekonywała, że jej mąż nikogo nie obrażał, a wręcz zachęcał do aktywnego działania i kreatywności.

- Zachęcanie do dzielności, do rozejrzenia się nie jest jeszcze niczym złym. Trudno w takiej rozmowie krótkiej wszystko wyjaśnić. (...) Jak się idzie w tłumie i jest się zaczepianym z różnych stron, to te dźwięki się zbiegają. W takim tłumie jest się bombardowanym bodźcami. Łatwo czegoś nie zauważyć, więc dobrze, że jest taka osoba – chwaliła obecność suflerki Anna Komorowska.
 
Odnosząc się do zaangażowania w spocie wyborczym dzieci Bronisława Komorowskiego, jego żona tłumaczyła, że dzieci nigdy nie chciały eksponować się w polityce. Co w takim razie się zmieniło?

- Gdy mąż został prezydentem, nasze dzieci były już dorosłe i są one trudno sterowalne. Nie można ich do niczego zmusić. One muszą być przekonane do jakiegoś działania (...) Mamy piątkę dzieci i piątkę wnuków. To wielka radość, ale nie były eksponowane w polityce, bo nie chciały się eksponować – mówiła Komorowska.