Setki ofiar kłamstw Ewy Kopacz. Chorzy na grypę nie musieli umierać

  

W 2009 r. w Polsce, liczba zgonów spowodowanych ostrą niewydolnością oddechową wzrosła o 360 procent. Z powodu grypy, niewydolności oddechowej i zatrzymania oddechu w samym tylko 2009 r. zmarło o 961 osób więcej niż rok wcześniej. Prawda jest szokująca: większość z nich mogłaby żyć, gdyby nie decyzje minister Ewy Kopacz – pisze „Gazeta Polska”.

Rządy PO-PSL z lat 2007–2014 przejdą do historii w cieniu całego szeregu afer: hazardowej, informatycznej czy Amber Gold, w wyniku których Polska i Polacy stracili miliardy złotych. Jednak wszystkie one są absolutnie nieporównywalne z tym, co wydarzyło się w czasie pandemii grypy w roku 2009. Tu bowiem wchodziło w grę ludzkie życie.

Niemal zapomnieliśmy już o epidemii „świńskiej grypy” z 2009 r. Nikt nie rozliczył rządu i ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz z ich decyzji. Co więcej, do dziś większość Polaków jest przekonana, że – jak twierdził rząd, a powtarzały zaprzyjaźnione media – władze świetnie sobie wtedy poradziły i był to niewątpliwy sukces minister Kopacz.

Tymczasem z informacji uzyskanych przez „Gazetę Polską” wynika, że prawda jest zupełnie inna. Miał wówczas miejsce prawdziwy dramat. Do dziś szokujące fakty są jednak ukrywane przed opinią publiczną. Twarde dane statystyczne pokazują bowiem, że w 2009 r. zmarło z powodu wirusa przynajmniej 1000 osób, w dużej części młodych. A najstraszniejsze jest to, że większość ofiar mogłaby żyć do dzisiaj, gdyby nie decyzje minister Ewy Kopacz.

Spowodowanie śmierci tak wielu osób to bardzo poważny zarzut. Stawiam go jednak świadomie, po głębokiej analizie potwierdzających go faktów. Oto dowody na to, że ówczesne władze – jakkolwiek drastycznie to zabrzmi – odpowiadają za śmierć setek pacjentów.

Pandemia 2009

Przypomnijmy przebieg wydarzeń. Pierwsze zachorowania wywołane przez nowego wirusa o symbolu H1N1 odnotowano w Meksyku w kwietniu 2009 r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła wówczas wstępny alarm pandemiczny. Kolejne przypadki „świńskiej grypy” pojawiły się w USA. W maju wirus był już obecny na wszystkich kontynentach, a szybkość, z jaką się rozprzestrzeniał, była tak niepokojąca, że w czerwcu WHO ogłosiła najwyższy poziom globalnego zagrożenia.

Choć zgonów było mniej niż w czasie poprzedniej pandemii grypy „Hong-Kong” w 1968 r., to jednak groźba była bardzo poważna. Podczas corocznych epidemii sezonowych ponad 90 proc. zmarłych stanowiły bowiem osoby starsze, mniej odporne. Natomiast nowy wirus charakteryzowały dwie szczególne cechy. Pierwsza to niezwykła zdolność do wywoływania u młodych i zdrowych pacjentów ciężkiego zapalenia płuc, prowadzącego często do nieodwracalnego uszkodzenia płuc i śmierci. Drugą była nieprzewidywalność przebiegu infekcji: nawet po łagodnym początku mogła ona w ciągu doby zamienić się w chorobę zagrażającą życiu, co bardzo utrudniało poprawne diagnozowanie i leczenie.

W Polsce szczyt zachorowań trwał od listopada 2009 do lutego 2010 r. Władze oficjalnie stwierdziły, że z powodu grypy zmarły 182 osoby. W rzeczywistości jednak zgonów było znacznie więcej, a większość zmarłych pacjentów można było uratować. Jak doszło do takiej tragedii?

Wyspa szczęścia?

Gdy świat zmagał się z nowym wirusem, polski rząd przyjął linię całkowicie odmienną niż władze innych krajów. Zamiast alarmować lekarzy i społeczeństwo, ostrzegać przed grożącym niebezpieczeństwem i podejmować rozmaite działania zapobiegawcze, rząd PO-PSL postanowił „świńską grypę” zbagatelizować. Jego przedstawiciele wielokrotnie twierdzili, że… wirus nam nie zagraża. Donald Tusk 6 listopada mówił np. o „zwykłej grypie sezonowej, nie pandemicznej”. „Dzisiaj w Polsce mamy zachorowania na grypę sezonową, biorąc pod uwagę rok i jeszcze poprzedni, na poziomie pół miliona. Na grypę H1N1 choruje 200 osób, dwieście słownie” – powiedziała równie lekceważąco minister Ewa Kopacz 9 listopada, gdy z powodu powikłań umierał już pierwszy pacjent, a setki tysięcy było zainfekowanych.

Czy w ogóle możliwe było, by twierdzenia premiera i minister zdrowia były zgodne ze stanem faktycznym, skoro nowy wirus odpowiadał za 95–99 proc. zachorowań w krajach z nami sąsiadujących? Czy jakimś cudem pandemia mogła ominąć akurat Polskę?

Oczywiście nie. Podobnie jak w innych krajach, H1N1 stanowiła u nas przytłaczającą większość wśród ponad 200 testowanych przypadków grypy.

Pacjentów rzadko poddaje się testom. Jednak również wśród wszystkich zakażonych – podobnie jak wśród wyrywkowo testowanych – dominował wirus „świński”. Minister znała te fakty, co znaczy, że kłamała świadomie, mówiąc o „słownie dwustu” zachorowaniach na nową grypę.

W żadnym kraju w Europie nie dezinformowano w podobny sposób lekarzy i opinii publicznej. To właśnie nieodpowiedzialne bagatelizowanie epidemii miało przynieść śmiertelne żniwo. Twierdzenia minister Kopacz o rzekomej przewadze zwykłego wirusa sezonowego i nikłej obecności znacznie bardziej podstępnego H1N1 miały bowiem daleko idące skutki. Ministerstwo Zdrowia, zgodnie z jej stanowiskiem, ukierunkowało bowiem błędnie lekarzy, którzy wskutek tego sądzili, że wystarczy stosować tradycyjne terapie antygrypowe, jak przy corocznej, zwykłej epidemii: aspiryna czy paracetamol i leżenie w domu. Jednak leczenie grypy H1N1 powinno być zupełnie inne.

W całej Europie już od początku czerwca wirus pandemiczny wyparł niemal całkowicie inne szczepy grypy. Jednak inaczej niż w Polsce, w innych krajach europejskich lekarze zostali o tym poinformowani przez władze i dzięki temu mogli skutecznie leczyć infekcję.

Jak nas okłamywano

Co ciekawe, podlegające Ewie Kopacz instytucje przekazywały do WHO zupełnie inne informacje niż te publikowane w Polsce. Na stronach organizacji międzynarodowych dane dotyczące Polski nie odbiegają od średniej europejskiej – według nich cały czas dominowała u nas, jak wszędzie, grypa H1N1. Tymczasem polscy lekarze poddawani byli przez Ministerstwo Zdrowia systematycznej dezinformacji i ukrywano przed nimi, podobnie jak przed całym społeczeństwem, podstawowe dane o sytuacji.

Działo się tak, mimo że już na długo przed szczytem pandemii – od lipca – niemal wszystkie testowane w Polsce wirusy okazały się „świńskie”. Przedstawiciele rządu i Ministerstwa Zdrowia zapewniali jednak cały czas, wbrew znanym im faktom, że dominuje grypa sezonowa. Na przykład na początku listopada zastępca Ewy Kopacz, wiceminister Adam Fronczak, zachęcając do szczepień na zwykłą grypę, twierdził, że „tak naprawdę mamy więcej przypadków grypy sezonowej”. Podobnie wprowadzała w błąd sama minister Kopacz: „W tej chwili mamy do czynienia przede wszystkim z grypą sezonową i znacznie mniej licznymi przypadkami grypy spowodowanej wirusem H1N1”.

Taka dezinformacja powodowała narażanie zdrowia i życia pacjentów na ogromne ryzyko. Aby bowiem leczyć skutecznie, lekarze muszą mieć prawdziwe i dokładne informacje o epidemii, z którą przychodzi im walczyć. W 2009 r. powinni więc przede wszystkim zostać przez rząd poinformowani o zdecydowanej dominacji nowych wirusów. Całe społeczeństwo powinno także się dowiedzieć o nietypowych, szczególnie groźnych cechach nowej grypy.

Tymczasem lekarze nie znali rzeczywistego stanu epidemiologicznego kraju. Nie wiedzieli, że niemal każdy pacjent ma grypę H1N1v. A przecież jej objawy w początkowej fazie nie różniły się niczym od zwykłej infekcji.

Utajniona terapia

W poprzednich latach prawie nie stosowano lekarstw przeciwwirusowych (których nie należy mylić ze szczepionkami; są to leki niszczące wirusy, analogicznie jak antybiotyki zwalczają bakterie), gdyż grypa sezonowa była na nie odporna. Społeczeństwo nie zostało natomiast poinformowane, że stanowią one skuteczną terapię właśnie przy wirusie „świńskim”, który jest na nie wrażliwy, i w związku z tym powinny być stosowane na szeroką skalę. Przeciwnie – zastępca Ewy Kopacz, wiceminister Jakub Szulc, zapewniał, że w przypadku obu typów grypy należy stosować takie same, tradycyjne metody.

Wprowadzeni podwójnie w błąd przez resort zdrowia lekarze stosowali więc powszechnie znaną, standardową terapię, nieskuteczną wobec H1N1. Konsekwencje były tragiczne. Pierwszą ofiarą śmiertelną epidemii był 37-letni mężczyzna z Pucka. Lekarz, który go przyjął, zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia nie wziął pod uwagę grypy H1N1 jako najbardziej prawdopodobnej przyczyny choroby. W konsekwencji chory na żadnym etapie leczenia nie otrzymał leku antywirusowego, który mógł uratować mu życie. Bezpośrednią przyczyną zgonu była niewydolność oddechowa, spowodowana zapaleniem płuc.

Śmiertelnie błędne instrukcje

Lekarze kilkakrotnie otrzymali w czasie trwania epidemii wprowadzające w błąd wytyczne ministra zdrowia. Na przykład „Informacja dla lekarzy w sprawie postępowania w związku z przypadkami grypy H1N1” Ewy Kopacz mówiła wprost, że „leczenie antywirusowe nie jest zalecane osobom, u których choroba ma niepowikłany lub łagodny przebieg”. Było to sprzeczne ze stanowiskiem Światowej Organizacji Zdrowia, która zalecała, by każdemu pacjentowi z grupy ryzyka aplikować lek przeciwwirusowy natychmiast po rozpoznaniu grypy. A zatem lekarze, którzy chcieli skutecznie pomagać pacjentom, zapisując im już przy pierwszych objawach preparaty antywirusowe, zmuszeni byli łamać jednoznaczne wytyczne ministra zdrowia.

Wczesne podanie leku przeciwwirusowego skracało chorobę, obniżało ryzyko powikłań i ograniczało zarażanie kolejnych osób, czyli zmniejszało zasięg epidemii. Aby leki te mogły w pełni zadziałać, musiały jednak być zaaplikowane natychmiast, gdyż po 48 godzinach od pojawienia się objawów grypy traciły w znacznym stopniu skuteczność. Nie można było zatem czekać na rozwój choroby, jak wynikało z zalecenia Ewy Kopacz. Znaczne – w porównaniu z innymi krajami – opóźnienia w podawaniu leków przeciwwirusowych przyczyniły się więc do poważnego zwiększenia zasięgu epidemii i liczby zgonów w Polsce.

Po potwierdzeniu dominacji wirusa H1N1 resort Ewy Kopacz powinien – tak jak się to działo w innych krajach – wyraźnie poinformować lekarzy, że prawie wszystkie przypadki są grypą świńską. Tak działał np. brytyjski system walki z pandemią. Wydawano tam masowo leki przeciwwirusowe (otrzymało je ponad milion chorych), dzięki temu zminimalizowano śmiertelność. Gdyby pacjenci w Polsce otrzymywali leki antywirusowe częściej i wcześniej, zgonów byłoby znacznie mniej.

Rodzi się jednak pytanie, dlaczego Ministerstwo Zdrowia tak uporczywie wydawało błędne wytyczne? Dlaczego minister Kopacz zataiła rzeczywistą skalę zagrożenia? Wszystko wskazuje na to, że motywem była chęć zaoszczędzenia na walce z pandemią. Rząd zataił dominację wirusa H1N1, aby usprawiedliwić niekupowanie szczepionek, na które inne kraje przeznaczyły znaczne środki. Tą decyzją była minister zdrowia chwali się zresztą do dziś, przedstawiając ją jako swój ogromny sukces. Tymczasem w rzeczywistości za jej manipulacje opinią publiczną, które miały tę oszczędność usprawiedliwić, płacili życiem chorzy.

Kłamstwa mają konsekwencje

Oficjalne statystyki GUS stwierdzają w okresie pandemii 2009 r. 182 zgony spowodowane grypą, podczas gdy w 2008 r. odnotowano ich 16. Jednak prawda jest znacznie bardziej dramatyczna. Klucz do odkrycia manipulacji kryje się bowiem w słowach: „zgon z powodu grypy”. Przytłaczająca większość chorych zmarła bowiem z powodu powikłań pogrypowych, a nie w wyniku samej grypy. Ich zgony kwalifikowano zatem jako zgony z innych przyczyn i umieszczano w innych rubrykach statystyk. Najczęściej jako przyczynę śmierci podawano „niewydolność oddechową” – konsekwencję pogrypowego zapalenia płuc.

W 2009 r. liczba zgonów z powodu tej właśnie „niewydolności oddechowej” skoczyła do 957 wobec 366 średnio w poprzednich siedmiu latach. Natomiast w 2009 r. ostra niewydolność oddechowa, typowa dla ciężkiego zapalenia płuc, jako przyczyna zgonu wzrosła aż o 360 proc.!

Z powodu grypy, niewydolności oddechowej i zatrzymania oddechu w samym tylko 2009 r. zmarło według GUS o 961 osób więcej niż rok wcześniej. Ta liczba, choć szokująca, to tylko dolna granica faktycznej liczby ofiar. Przecież pandemia trwała jeszcze na początku roku następnego, więc chorzy umierali z jej powodu także w 2010 r. Ponadto lista typowych powikłań – chorób płuc i serca – jest znacznie dłuższa. Gdyby zatem podliczyć statystyki wszystkich zgonów spowodowanych grypą, to rzeczywista liczba ofiar byłaby znacznie większa – prawdopodobnie sięgnęłaby co najmniej dwóch tysięcy…

Dla porównania: w 2009 r. w Anglii „niewydolność oddechowa” była przyczyną zgonu tylko w 18 przypadkach (gdy w Polsce w 957)! Podobnie było z „zatrzymaniem oddechu”, na które w Anglii zmarły 4 osoby, a w Polsce aż 1049!

Wszystko wskazuje na to, że zgony spowodowane faktycznie grypą maskowano w statystykach. Czy robiono to tylko z urzędniczej bezmyślności, czy też prawdę ukrywano celowo, aby nie zaburzyć wizerunkowego „sukcesu” minister Kopacz i premiera?

Nie musieli umrzeć

Doprawdy, trudno w to uwierzyć. A jednak fakty krzyczą. Choć to szokujące, to okazuje się, że manipulacje rządzących Polską od 2007 r. kosztowały kraj znacznie drożej, niż dotąd sądziliśmy. Koszty rządów Platformy to nie tylko gigantyczne zadłużenie, upadek całych gałęzi gospodarki i masowa emigracja młodych. To także życie setek ludzi zmarłych na infekcję, która wcale nie musiała zakończyć się dla nich śmiercią.

Historia powtórzyła się zresztą w 2012 r., gdy wirus H1N1 powrócił. O ofiarach tej kolejnej pandemii warto jednak napisać osobno.

Czy winni tragedii, której można było uniknąć, poniosą odpowiedzialność prawną lub polityczną? Czy Ewa Kopacz i Donald Tusk staną przed Trybunałem Stanu, który powinien ocenić wszelkie fakty, dowody i poszlaki, których jedynie niewielka część została wykorzystana w powyższym tekście? Na razie były premier przygotowuje się do nowego stanowiska w Brukseli, a była minister zdrowia zajmuje jego miejsce…

* * *
Zwróciliśmy się do Ministerstwa Zdrowia z następującymi pytaniami:

1. Jak należy tłumaczyć znaczny wzrost zgonów z powodu niewydolności oddechowej i innych typowych powikłań pogrypowych w 2009 r.?

2. Dlaczego rekomendacje MZ z 2009 r. mówiły – inaczej niż zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia – iż leczenie antywirusowe nie jest zalecane osobom, które mają niepowikłany lub łagodny przebieg grypy?

3. Dlaczego minister zdrowia wielokrotnie mówiła w 2009 r. o dominacji grypy sezonowej, podczas gdy dostępne wyniki testów pokazywały, że została ona wyparta przez wirus H1N1v?

Do chwili oddania tekstu do druku nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Artykuł powstał na podstawie informacji zebranych przez lekarza Dariusza Majkowskiego, wytrwałego whistleblowera, który od lat stara się, by prawda o pandemii wyszła na jaw. Publikował m.in. na ten temat w naukowym piśmie „The Lancet Infectious Diseases”. Doktor Majkowski współpracował z rzecznikiem praw obywatelskich Januszem Kochanowskim, który również zarzucał rządowi manipulacje w czasie epidemii 2009 r. Nie zdążył jednak nagłośnić problemu, gdyż zginął 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku.

ZOBACZ WYWIAD Z AUTOREM TEKSTU W "GP"

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Wiceszef MSW Wielkiej Brytanii zachęca do składania wniosków o status osoby osiedlonej

Zdjęcie ilustracyjne / ANIEL DIAZ; pixabay.com / Creative Commons CC0

  

Celem brytyjskiego rządu jest, by wszyscy obywatele państw UE chcący pozostać w Wielkiej Brytanii po brexicie jak najszybciej złożyli wniosek o status osoby osiedlonej - zapewnił odpowiedzialny za ten proces wiceminister spraw wewnętrznych Brandon Lewis.

Brytyjskie MSW poinformowało, że według stanu na koniec grudnia 2019 r. wniosek o status osoby osiedlonej złożyło ponad 2,8 miliona obywateli państw UE, z czego 2,5 miliona już otrzymało taki status. Największą grupę wśród wnioskujących stanowią Polacy, którzy złożyli ponad pół miliona wniosków. Zarazem oznacza to, że niemal połowa Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii - których według statystyk mieszka w tym kraju nieco ponad 900 tys. - jeszcze tego nie zrobiła.

"To bardzo dobrze, że ponad pół miliona osób z Polski złożyło wnioski, ale chciałbym zachęcić wszystkich, nie tylko obywateli Polski, którzy jeszcze tego nie zrobili, by weszli na stronę internetową, aby złożyć taki wniosek. To naprawdę bardzo proste"

- powiedział Lewis.

Status osoby osiedlonej (settled status) ma na celu umożliwienie obywatelom UE i członkom ich rodzin pobytu w Wielkiej Brytanii po opuszczeniu przez nią Unii Europejskiej. Aby go uzyskać, trzeba udowodnić swoją tożsamość, wykazać faktyczne zamieszkanie w Wielkiej Brytanii i poinformować o ewentualnych wyrokach skazujących. Obywatele UE mają czas do 30 czerwca 2021 roku na złożenie wniosku.

Lewis wskazał, że uruchomiony w zeszłym roku system aplikowania jest jednym z największych na świecie procesów rejestrowania imigrantów i fakt, że przez dziewięć miesięcy status osoby osiedlonej uzyskało ponad 2,5 miliona osób, dowodzi sukcesu tego przedsięwzięcia.

"Zamysł jest taki, by każdy, kto jest obywatelem UE, mieszka w Wielkiej Brytanii i chce tu pozostać, mógł się zarejestrować i jego status był dzięki temu chroniony"

- mówił. Podkreślił, że celem urzędników nie jest odrzucanie aplikacji, lecz ich pozytywne rozpatrywanie, a cała procedura - od złożenia wniosku do otrzymania decyzji - zwykle nie przekracza pięciu dni.

"Zostało jeszcze 18 miesięcy, ale nie ma powodu, by z tym zwlekać. Im szybciej się to zrobi, tym lepiej, bo daje to pewność co do przyszłości" - przekonywał.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts