O tym, jak ważną gałęzią gospodarki jest turystyka, nie trzeba nikogo przekonywać. Od momentu, gdy automatyzacja przemysłu i wzrost zamożności społeczeństw stały się faktem, a dostępność błyskawicznych środków transportu z samolotami na czele jest powszechna, ludzie podróżują wszędzie i co chwilę. I choć w trakcie pandemii nad sektorem tym zawisło widmo katastrofy, jest lepiej niż kiedykolwiek.
Miliony muszą gdzieś nocować
Potwierdzają to dane. W ubiegłym roku światowa turystyka osiągnęła rekord – ponad 1,5 mld przyjazdów turystycznych. Jest to zresztą wzrost o 4 proc. w porównaniu z 2024 r. Nie jest też zaskoczeniem, że prym wiedzie Europa, którą odwiedziło blisko 800 mln turystów. Również w Polsce był to rok rekordów – po naszym kraju przemieściło się i skorzystało z noclegów blisko 60 mln turystów. Jesteśmy na drugim miejscu, jeśli chodzi o „wzrost dynamiki liczby noclegów”. To właśnie ta dynamika sprawia, że w Polsce w niekontrolowany sposób rozrasta się gałąź najmu krótkoterminowego – oferowanych mieszkań na wynajem. Zlokalizowane są głównie w centrach wielkich miast, ale także w kurortach, często w nowo powstających (czasami wyłącznie w tym celu) budynkach, ale przede wszystkim w kamienicach, a nawet w blokach z wielkiej płyty.
Na razie Polska nie jest w czołówce tego typu biznesu – w 2026 r. jest oficjalnie ok. 75 tys. ofert tego typu, z czego 40 tys. przypada na największe miasta – Wrocław, Poznań, Gdańsk, Kraków, Warszawę i, z oczywistych względów, Zakopane. To jednak mniej niż zsumowana liczba ofert z samych tylko Londynu i Paryża. Wzrost jest jednak poważny – tylko w ubiegłym roku przybyło 11 proc. takich lokali.
I tu pojawia się problem widoczny zwłaszcza w zachodnioeuropejskich miastach. Popyt na przerabianie dotychczasowych mieszkań na hotele skutecznie winduje ich ceny, ściąga z rynku oferty i sprowadza do centrów miast i przyległych do nich dotychczasowych mieszczańskich dzielnic potężne kłopoty. Zamieszkane przez „normalnych ludzi” domy zmieniają się w pomieszanie imprezowni z terminalem lotniskowym i lobby hotelowym.
Dyskoteka za ścianą
Relacje mieszkańców są przerażające, choć bliźniaczo podobne do tych z zachodu Europy. A to ktoś nagle sąsiaduje z miejscem, które od czwartku do niedzieli zmienia się w hostel, goszczący kilku-, kilkunastoosobowe grupy uczestników wieczoru kawalerskiego, umilających sobie czas alkoholem i śpiewami po powrocie z imprez na mieście. Ktoś inny potyka się co dzień o worki śmieci, których nadprodukcja winduje opłaty dla całej wspólnoty. Jeszcze ktoś opowiada, że klatka schodowa, nieprzystosowana do ciągłego ruchu ludzi z walizkami lub bycia okupowaną przez pijaków „niemających kluczy”, nadaje się do remontu niemal co chwila. Do tego wrzaski, hałas, a nawet trwające do białego rana „zwykłe” dyskusje turystów, którzy przecież przyjechali na odpoczynek.
I tak na przykład w Warszawie przy ul. Chmielnej znajduje się wysoki, 22-piętrowy blok, w którym nawet kilkadziesiąt mieszkań może świadczyć usługi tego typu. Jak wynika z rozmów z ludźmi mieszkającymi tam na stałe, budynek toczą problemy właściwie dla podrzędnego hoteliku – pijani goście, nocne hałasy, a nawet… pluskwy oraz ludzie domagający się od nocnego portiera wymiany żarówki lub dodatkowej rolki papieru toaletowego, niepojmujący, że przecież nie są w hotelu. Podobnie zresztą bywa w Krakowie, gdzie mieszkanka kamienicy w centrum miasta opowiada, że jest obecnie jedyną długoterminową mieszkanką, a w szczycie sezonu w trakcie weekendu przez budynek, w którym ma mieszkanie, potrafi przewinąć się nawet kilkadziesiąt obcych osób, praktycznie przez całą dobę hałasujących na najróżniejsze sposoby i pozostawiających po sobie pobojowisko, wywalane potem na korytarz przez profesjonalne ekipy sprzątające razem z brudną pościelą i pozostałościami po imprezach.
I tak w całej Polsce, i tak na całym świecie. Tak ogromna liczba turystów nie pomieści się jedynie w obiektach hotelowych, schroniskach lub motelach. I to stąd boom na tego typu działalność, zapewne zresztą bardzo intratną – za weekend w trakcie sezonu można z wynajmu krótkoterminowego otrzymać równowartość miesięcznego czynszu. Co jednak z mieszkańcami, co z wyludnianiem centrów miast, z ich gentryfikacją i zmianą charakteru?
Zmiany, których raczej nie będzie
To dlatego Unia Europejska postanowiła wstępnie uregulować te sprawy poprzez wprowadzenie m.in. rejestru tego typu lokali. Przy tej okazji pojawiły się propozycje, by nie podążać drogą zachodniej Europy i przyznać zarówno gminom, jak i wspólnotom mieszkaniowym możliwość decydowania o skali tego typu działalności. Szybko jednak okazało się, że proponowane przez Polskę 2050, a popierane przez Razem i PiS zapisy wyleciały z ustawy. Kontrowersji temu dodaje fakt, że odpowiedzialny za ustawę wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś miał sam przed wyborami w 2023 r. zbyć posiadane przez siebie lokale tego typu, w tym dwa bratu, znanemu krakowskiemu księdzu, byłemu proboszczowi Bazyliki Mariackiej stojącej, jak wiemy, w centrum problemu – na Starym Mieście w Krakowie.
Oczywiście ten skandal jedynie wzburzył i tak niezadowoloną opinię publiczną. Wszystko sprawiło, że studiujący sondaże Donald Tusk miał się rytualnie wściec i domagać „wypracowania odpowiednich przepisów”, które miałyby sprawić, że wilk będzie syty, a owca cała – mieszkańcy uspokojeni, turyści niepozbawieni – jak wskazał – „fajnej możliwości urlopu”, a właściciele przybytków – zarobku. Tyle tylko że taki konsensus jest raczej niemożliwy. To dlatego już wiadomo, że nawet popędzeni przez Tuska politycy nie zdecydują się raczej na pewno na „opcję atomową”, czyli przyznawanie wspólnotom mieszkaniowym możliwości decydowania w tej sprawie. Rzecz zresztą politycy koalicji 13 grudnia sami przedstawiali jako „dyktat większości”, a pełniący funkcję ministra nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu Maciej Berek miał zaopiniować tego typu zmiany jako niekonstytucyjne (nie, nie jest on ani trybunałem, ani nawet konstytucjonalistą). I choć przyparty do muru w jednej z telewizji powiedział, że „sprawa zostanie załatwiona”, niewiele na to wskazuje.
Po raz kolejny lobby okazuje się więc ważniejsze niż interes zwykłych Polaków. Podobnie uleganie lobby. Wiadomo, że w pracach nad ustawą, którą pilotował sam czerpiący zyski z tego typu działalności Raś, mieli brać udział przedstawiciele jednej z platform internetowych zajmujących się tego typu działalnością. I to m.in. dlatego nie należy spodziewać się cudów. Czego jednak się spodziewać, skoro rząd Tuska nie był w stanie przeforsować nawet projektu, by w restauracjach podawano wodę z kranu do posiłku, rzecz na świecie tak oczywistą, jak mydło w toalecie? I tu Tusk uległ lobby, tym razem z branży HoReCa (hotele, restauracje, catering), przypadkiem tylko temu samemu, które obłowiło się na KPO.