Życie polegające na obserwacji słupków poparcia jest nudne, polityka staje się rodzajem technologii; ludzie pragną obcować z żywymi ludźmi, świadomie czy podświadomie wolą mieć autorytety wśród jednostek niż słuchać „głosu partii”. Chcą mieć przywódcę z krwi i kości, bohatera, tego, komu mogą zaufać, nie zaś ten „najlepszy system”, nie organizację, grupę, formację. Widać to zarówno w dość stabilnej popularności partii zbudowanych na przywództwie jednostki (KO i Korona), jak i nawracających próbach wyłonienia z partii wodzowskiej, jaką jest bez wątpienia PiS, mniejszych grup z silnymi, wyrazistymi liderami.
Sprzeczność jest tylko pozorna. Mówi się, że kryzys w PiS to wykwit wybujałych ambicji tych, którzy „nie chcą się podporządkować” przywództwu. A jednak może nie chodzi o niesubordynację, ale o coś innego. Indywidualności polityczne chcą pozostać indywidualnościami, nie potrafią być częścią układu, elementem sztywnej struktury. Czasem szkodzi to partii jako takiej, ale jest zdrowym odruchem w każdej poważnej publicznej działalności, zwłaszcza w polityce, gdzie to właśnie wyraziste osobowości ze swoimi pomysłami chcą na serio konkurować ze sobą. Wybitne jednostki czują się powołane do walki – tak jak kiedyś rycerze w pojedynkach – w partyjnych ryzach jest im ciasno, niewygodnie.
Piłsudski rozumiał Polaków
Marszałek Piłsudski wyczuwał charakter Polaków i ich szczególne w tym punkcie wyczulenie. To dlatego traktowano wtedy partie polityczne dość pobłażliwie, z przymrużeniem oka, przy pozorach lojalności ich członków, którzy nader często wykorzystywali je jako trampolinę dla kariery. Dla wyborców także partia była tworem sztucznym i tak naprawdę na pełne zaufanie nie zasługiwała. Polacy dawali się porwać prawdziwemu przywódcy, bronili go zaciekle przed przeciwnikami i oszczercami, wiele wybaczali. Nawet gdy czasem po ludzku się mylił. To człowiek z krwi i kości, który przejawiał siłę ducha, umysłu i charyzmę, był „przezroczysty” i dlatego mógł sprawować władzę. To zresztą cecha naszej historii: prawdziwy szacunek i cześć należały się królowi, na drugim miejscu hetmanowi. Mówiło się o stronnictwie króla, nie zaś o partii królewskiej. Różnica zasadnicza, stronnictwo nie jest strukturą organizacyjną, zakłada lojalność ale też i wolność.
Zwolennicy radykalnej prawicy przekonują dziś, że interesują ich w Polsce zmiany „systemowe”. Stawiają jednak na silne przywódzwo, a nie – głównie – na program, który realizować ma grupa złożona w jakiejś części z miernot czy ludzi przeciętnych. To naturalna potrzeba. Kolektyw – to brzmi źle, to nie jest poważne.
Zjawiska pewnego zużycia się systemu partyjnego nie można dziś nie zauważać. Warto podkreślić także paradoksalność sytuacji. Partie polityczne miały być wykwitem demokracji i wychodzić ku zwykłemu człowiekowi, stanowić przeciwieństwo dyktatury. Szkopuł w tym, że większość zwykłych ludzi „nie dostrzega rzeczywistego sensu władzy większościowej, ze wszystkim co w niej korzystne i niekorzystne”, jak zauważał Chesterton. Na szerszym tle widać, że system demokratyczny, chcąc nie chcąc, zabrnął w rodzaj lekceważenia, niekiedy nawet pogardy dla zwykłych ludzi (co tak dobrze widać na przykładzie KO), gdy dryfuje w stronę oligarchii, zawsze staje się w istocie antydemokratyczny.
Strategia partyjna wymyślana jest w rodzajach wieży z kości słoniowej, mimo niezliczonych spotkań z wyborcami, dyskusji, paneli etc. I nie jest to wina partyjnych liderów – w przypadku PiS trzeba oddać sprawiedliwość jego przywódcy, człowiekowi o ponadprzeciętnej wyobraźni i umyśle, o prawdziwych zasługach dla Polski – lecz samej konstrukcji tego systemu. Krępowanego i ograniczanego w dodatku mocno działaniami agresywnej konkurencji i – jak w przypadku PiS – aparatu państwowego; wtedy względy bezpieczeństwa decydują o nazbyt wielu rzeczach. Zdaniem niektórych recenzentów obecnego kryzysu demokracji partyjnej jest jakaś ironia losu w tym, że „jak pokazuje historia, katastrofy dziejowe, łącznie z tymi, które nas obecnie trapią, nie wynikały z działań prostych, prozaicznych ludzi, którzy wiedzieli, że nic nie wiedzą, ale z działań wybitnych teoretyków, którzy z całą pewnością wiedzieli, że wiedzą wszystko” (Chesterton).
Gdy decyduje teoria
Najbardziej nawet demokratyczna partia, oparta na najbardziej racjonalnych i prospołecznych założeniach, najrozsądniej wybranych celach, korzystająca ze sprawdzonych narzędzi i środków, wcześniej czy później rozejdzie się z rzeczywistością, gdy ulegnie presji „realizacji swojego programu”, czyli przedłoży teorię nad praktykę. Takie niebezpieczeństwo jest realne. Nie będzie chciała słuchać ludzi, bo będzie musiała realizować swój program. Słuchanie ludzi jest piętą achillesową każdej partii, nawet najbardziej demokratycznej. Łatwo ulec pokusie wewnętrznego głosu: „my wiemy lepiej”. Stąd błędy, jakie popełnił PiS u schyłku swego rządzenia, które okazały się tak kosztowne.
Chesterton nazywa to „reakcją antydemokratyczną” i mówi o nagminnym błędzie rutynowego postępowaniem wobec zwyczajnego człowieka. „Owa rutyna, doskonale nam znana, polega na tym, by gnębić zwyczajnego człowieka w praktyce i wielbić go w teorii”. Te sarkastyczne słowa wypowiedział, patrząc na rozkład systemu politycznego w Anglii; zdają się one pasować do dzisiejszych czasów. Człowiek bowiem ma naturę niezmienną. Jego zaufanie do drugiego człowieka zawsze wynika z czegoś głębszego niż tylko oceny jego deklaracji, sprawności w działaniu, zasług. Musi uznawać jego autorytet na podstawie odwiecznego prawa. Autorytet to pojęcie z innego już wymiaru – i tu tkwi korzeń zagadnienia. Autorytet tak naprawdę jest kwestią wiary – i zarazem czymś zależnym od subtelnego wyczucia dobra. Jeśli ludzie zaczynają w „swojej” partii dostrzegać „walkę o stołki”, „podgryzanie jeden drugiego”, „różne przepychanki” – cytuję teraz mojego znajomego rolnika, prostego człowieka – autorytet zostaje naruszony, a nawet zniweczony.
„Aby jednak ludzie mogli protestować przeciw niesprawiedliwym prawom, muszą wierzyć w sprawiedliwość; aby mogli wierzyć w sprawiedliwość, muszą wierzyć w sprawiedliwość stojącą ponad światem żywych. Można im narzucić prawo bolszewickie, jak narzucano kiedyś prawa burbońskie, ale w obu przypadkach będzie to identyczną tyranią” – komentował Chesterton sytuację nie tylko w Rosji czy Niemczech, także w Anglii i Francji, przewidując zarazem – proroczo – dzisiejszą sytuację w Polsce, z którą skutecznie walczy prezydent Karol Nawrocki, a każdy jego akt niezgody na porządki władzy KO budzi żywy entuzjazm zwykłych ludzi. „Bunt, który rzeczywiście pochodzi z samego dołu, musi tak naprawdę pochodzić z samej góry”. Karol Nawrocki odwołuje się raz po raz do tego wyższego prawa, dając przykład ojcowskiego, czyli prawdziwego, nie sztucznego wymiaru władzy politycznej. Prezydent wydaje się dobrze rozumieć, czym jest władza, nie tylko w jej praktycznym znaczeniu, dlatego potrafi ją sprawować. Osobiście, autorytatywnie, ale nie po dyktatorsku. Żeby istniała jedność społeczeństwa w praktyce, musi istnieć jedność w teorii. „Nic nie potrafi jednoczyć [ludzi] jak wspólna wiara – ani udana rewolucja, ani wygrane wybory, ani żadne inne polityczne doświadczenie dostępne dziś na kuli ziemskiej” – przypomina Chesterton.
Dzisiejsza praktyczna polityka najlepszej z naszych partii to ustalanie, w jaki sposób dokonać podziałów dóbr i osób, by wypadło „mniej więcej po równo”, a nie w jaki sposób zjednoczyć ich w sprawach fundamentalnych. Dlatego ruchy tektoniczne w Prawie i Sprawiedliwości nie są katastrofą – zwiastują zmianę myślenia o przyszłości tego systemu, jak i samej partii na lepsze. Jest nadzieja dla Polski.