Resortowa rodzina Turczyńskich

  

Władysław Turczyński, grabarz, woził zamordowanych z katowni przy ul. Rakowieckiej na Łączkę, gdzie nasi bohaterowie byli bezimiennie, pod osłoną nocy zrzucani do dołów śmierci. Jego brat Kazimierz brutalnie przesłuchiwał więźniów, w tym komandora Stanisława Mieszkowskiego. Ten śledczy zbrodniczej Informacji Wojskowej pracował potem w WSI.

„Kpt. Turczyński w latach 1950–1952, pracując w GZI w charakterze oficera śledczego, uczestniczył w prowadzeniu śledztwa przeciwko podejrzanym o przynależność do spisku w wojsku: kmdr. Mieszkowskiemu, gen. Mossorowi, ppłk. Pisarczukowi. Wszystkich trzech aresztowanych przesłuchiwał konwejerem ze stójkami, groził im pozbawieniem życia, lżył ich wulgarnymi słowami. Szczególnie dręczył gen. Mossora, który  m.in. w związku z tym usiłował popełnić samobójstwo” – czytamy w raporcie komisji zastępcy prokuratora generalnego PRL Mariana Mazura, powołanej w 1956 r. do zbadania odpowiedzialności funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa publicznego, m.in. Głównego Zarządu Informacji WP, za łamanie socjalistycznej praworządności.

W dalszej części raportu znajdujemy usprawiedliwienie brutalnego śledczego: „Należy jednak zaznaczyć, że Turczyński w tym czasie miał 20 lat, do pracy tej został zaangażowany, będąc jeszcze na praktyce po ukończeniu szkoły oficerskiej. Wymienieni trzej oficerowie zostali skazani: kmdr Mieszkowski na karę śmierci (wyrok wykonano), gen. Mossor i ppłk Pisarczuk – na dożywotnie więzienie. Wszyscy zostali zrehabilitowani”.

Jakie były wnioski komisji: „Turczyński Kazimierz, kpt. – nie powinien pracować w aparacie polit. WP”. Czyli wobec stalinowskiego funkcjonariusza zebrano konkretne dowody zbrodni, ale w praktyce żadnych konsekwencji nie wyciągnięto. Tak wyglądała gomułkowska „odwilż”.

Oskarżeni o „spisek w wojsku”

W III RP raport Mazura stał się jednym z ważniejszych materiałów dowodowych przeciwko Kazimierzowi Turczyńskiemu. W 2007 r. był sądzony razem z trzema innymi „śledziami”: Marianem Popiołkiem, Zbigniewem Krauzem oraz Czesławem Świstkiem. Popiołek i Krauze, tak jak Turczyński, byli funkcjonariuszami wojskowej bezpieki – zbrodniczej Informacji Wojskowej. Świstek do pomocy kolegom został oddelegowany z bezpieki cywilnej, czyli Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

W latach 1949–1952 wszyscy czterej oprawcy znęcali się nad oficerami II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oskarżonymi o „spisek w wojsku”: generałami Stanisławem Tatarem, Stefanem Mossorem, Józefem Kuropieską oraz płk. Marianem Utnikiem. Po wojnie wrócili oni z Zachodu do Polski i po kilku latach – w ramach czyszczenia ludowego wojska z wrogich, przedwrześniowych elementów – zostali skazani w jednej z najgłośniejszych politycznych pokazówek stalinowskiej Polski, sfingowanej przez najwyższe władze komunistyczne. Śledztwo przeciw nim było największą sprawą prowadzoną przez Informację Wojskową.

Gen. Tatar dostał dożywocie, pozostali kary wieloletniego więzienia. W procesach pobocznych od sprawy głównej (odpryskowych) zapadło wiele wyroków śmierci, które zostały następnie wykonane. Po 1956 r. wszyscy oficerowie WP zostali zrehabilitowani.

Stosowali konwejer

W IPN-owskim akcie oskarżenia czytamy, że Kazimierz Turczyński i pozostali śledczy przez stosowanie brutalnych metod doprowadzili swoje ofiary do „całkowitego wyczerpania zarówno psychicznego, jak i fizycznego, w celu zmuszenia do przyznania się do udziału w dywersyjno-szpiegowskiej organizacji działającej w Wojsku Polskim, do uczestniczenia w działalności agenturalnej na rzecz państw zachodnich oraz do składania wyjaśnień zgodnych z koncepcją prowadzonego przeciw nim śledztwa”. Ich czyny zostały zakwalifikowane jako zbrodnie komunistyczne i zbrodnie przeciwko ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu.

W ramach „niedozwolonych metod śledczych” Turczyński i koledzy stosowali konwejer (ciągnące się przez wiele dób przesłuchania z pozbawianiem snu i jedzenia), wsadzali przesłuchiwanych do karceru, lżyli wulgarnymi słowami, grozili śmiercią i represjami wobec rodziny.

Zbigniew Krauze, który jako jedyny z tej grupy ukończył gimnazjum i liceum, w sądzie III RP zapewniał, że pozwalał gen. Tatarowi wygodnie siedzieć na krześle z oparciem i wstawać, kiedy chciał: „Tatar zawsze przychodził na przesłuchanie nienagannie ubrany i ogolony, nie sprawiał wrażenia człowieka, na którym przesłuchanie odcisnęło piętno, w tym okresie, kiedy ja z nim rozmawiałem”. Przekonywał też, że był równie łagodny wobec Józefa Kuropieski, któremu pozwalał się przechadzać w trakcie przesłuchań, gdyż generał uskarżał się na brak ruchu.

Z kolei Marian Popiołek zeznawał, że przesłuchania nie należały do jego głównych obowiązków, ale „kontrola papierkowych spraw w terenie”. Wyjaśniał, że nie wierzył w winę gen. Mossora i prowadził z nim rozmowy „na najróżniejsze tematy”, odnosząc się z szacunkiem do jego wieku i wojskowego stopnia. Gen. Stefan Mossor za największych oprawców uważał Popiołka i Turczyńskiego.
Odnośnie do Czesława Świstka zachowały się notatki, które prowadził w śledztwie przeciwko gen. Kuropiesce (przesłuchiwano go 960 razy!): „Stał bardzo przyzwoicie, czyli bez pomocy ściany”; „zimne obiady dobrze na niego wpływają”; „wygląda na wykańczającego się”.

Tak jak Kazimierz Turczyński, pozostali „śledzie” też nie ponieśli żadnych konsekwencji karnych. Na podstawie raportu Mazura zostali zdegradowani albo – w najgorszym razie – zwolnieni ze służby.

Niewinni według Kochana

Proces „śledzi” opierał się – oprócz zeznań ofiar i świadków oraz raportu Mazura – na protokołach przesłuchań podpisanych przez oskarżonych i ich meldunkach. Oskarżeni, wspierani przez adwokatów, wnosili o utajnienie rozpraw, ponieważ stresowała ich... obecność mediów. Do winy oczywiście się nie przyznawali, żadnego przymusu nie stosowali, a nawet o nim nie słyszeli. Twierdzili, że nic nie pamiętają, że winny był system, którego czują się ofiarami, albo przełożeni, których rozkazy musieli wykonywać.

Przełożonymi byli szef GZI, sowiecki oficer płk Antoni Skulbaszewski, i jego zastępca, płk Władysław Kochan, którzy bezpośrednio nadzorowali sprawę „spisku w wojsku”. Wobec niemożności ścigania Skulbaszewskiego (na Ukrainie jego czyny uległy przedawnieniu, ostatecznie okazało się, że zmarł w 1990 r. w Kijowie), na procesie swoich „śledzi” zeznawał Kochan. Zeznawał nie jako oskarżony, ale jako świadek, co jest jednym z absurdów ścigania funkcjonariuszy komunistycznych w III RP.

Mimo że rozpoznał trzech z czterech oskarżonych, bezceremonialnie oświadczył, że są niewinni, gdyż nie mieli nic do powiedzenia, tylko dostawali instrukcje od przełożonych, których się bali. Kochan nie miał, rzecz jasna, na myśli siebie, całą winę zrzucał na Skulbaszewskiego, Bieruta i ówczesne Biuro Polityczne KC PZPR. Zeznał, że sam był łagodny jak baranek i wielokrotnie prosił swoich przełożonych, aby nakazali dobre traktowanie więźniów, narażając się nawet na pretensje Skulbaszewskiego. Jednak w 1959 r. Kochan, właśnie na podstawie udowodnionych mu przez raport Mazura okrucieństw, został skazany na pięć lat (w więzieniu spędził jednak tylko niespełna rok; po 1989 r. MON odebrało mu prawo do ponad 3 tys. zł wojskowej emerytury; prawdopodobnie żyje do dziś nieścigany przez Temidę III RP).

Czy zrozumieli?

Oskarżający prokurator IPN‑u Piotr Dąbrowski domagał się dla Kazimierza Turczyńskiego i pozostałych śledczych kar bezwzględnego więzienia od dwóch lat do trzech i pół roku. Odrzucił ich twierdzenia, że byli młodzi i nie wiedzieli, w jakim procederze biorą udział: „Stosując represje, mieli świadomość, że pokrzywdzeni wywodzą się z II RP i PSZ na Zachodzie i to jest powodem ich prześladowań. Nikt nie zmuszał ich do znęcania się nad przesłuchiwanymi, a Turczyński i Świstek wykazywali nawet własną inicjatywę”.

Sąd potwierdził zarzuty oskarżenia, uznając, że w śledztwie w sprawie „spisku w wojsku” oskarżeni nie prowadzili – jak twierdzili – „kulturalnych rozmów z osadzonymi”. I co prawda doznali dziś amnezji w związku z grożącą im karą (do pięciu lat więzienia), ale dowody ich winy pozostały. Sędzia płk Piotr Raczkowski argumentował, że nawet w tamtych mrocznych czasach można było zachować przynajmniej pozory człowieczeństwa, a tego oskarżonym zabrakło: „Miejmy nadzieję, że zrozumieją, że dopuścili się czynów haniebnych”.

Chyba jednak oskarżeni niczego nie zrozumieli, bo do końca utrzymywali, że są całkowicie niewinni. Dostali wyroki od 14 miesięcy do dwóch lat pozbawienia wolności, ale sąd zawiesił wykonywanie wszystkich kar ze względu na... ich niekaralność, podeszły wiek i to, że od popełnienia przestępstwa minęło ponad 55 lat. „Sąd jest inny niż 55 lat temu – uzasadniał sędzia Raczkowski. – Kara więzienia byłaby pokazem, że sąd jest bezwzględny. A ten wyrok ma znaczenie symboliczne”. Przychylił się również do pokrętnych twierdzeń byłych śledczych, że „byli tylko wykonawcami mechanizmu terroru, w który zostali uwikłani”.

Wyrok za sprawiedliwy uznała również część dzieci ofiar. „Ten wyrok byłby zemstą, gdyby ci panowie zostali zamknięci w celach tak jak mój ojciec” – mówił Roman Mossor, syn gen. Stefana Mossora, który po ciężkim śledztwie z więzienia wyszedł w 1956 r.

Z kolei Witold Mieszkowski, syn zamordowanego na Rakowieckiej kmdr. Stanisława Mieszkowskiego, wciąż czeka na identyfikację na Łączce szczątków ojca.
 
Tadeusz Płużański, pisarz, publicysta, szef działu Opinie „Super Expressu”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2” i „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, prezes Fundacji Łączka
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl