Ks. Oko dla Niezalezna.pl: Niemcy zdradzają Ukrainę, a wielu niemieckich biskupów – Chrystusa

W rozmowie z naszym portalem ksiądz profesor Dariusz Oko sprostował medialne fake newsy wrogich mu mediów twierdzących, jakoby został skazany i zapłacił grzywnę za krytykę homoseksualistów w Kościele katolickim. Ksiądz profesor wskazał również na fakt, że jego oskarżyciela księdza Rothe wspiera większość niemieckiego Kościoła, co dowodzi, iż większość niemieckich biskupów kłania się przed gender, a ich Droga Synodalna jest właściwie „drogą sodomalno-gomoralną”.

Albigowa, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

W naszej rozmowie chciałbym wpierw nawiązać do słynnego już artykułu księdza o „lawendowej mafii”. Bo ostatni, zamknięty już proces w Monachium został zainicjowany przez księdza Wolfganga Rothe z powodu pojawienia się w tymże artykule sformułowań: „nowotwór”, „pasożyty”. Czy ksiądz nie żałuje ich użycia? Przecież nie tylko w języku niemieckim, lecz też w polskim, są to dość drastyczne sformułowania. Powiedziałbym, że nawet „odczłowieczające”. A przecież „lawendowa mafia”, o której tak ksiądz pisał, to są jednak ludzie. Chociaż niegodziwi.

Trzeba pamiętać, że to był tylko pretekst. Chodziło o uciszenie mnie. O sprawienie, żebym nie mówił prawdy o „lawendowej mafii”. Taki był główny cel. Nawet nasz oskarżyciel, ksiądz Rothe, nie wchodził w treść artykułu. Bo bał się jego treści. Ponieważ jest prawdziwa, logiczna i mocno oskarża „lawendową mafię”. A dlatego, że ona taka właśnie jest, pani sędzia z przekonaniem i z wyraźną akceptacją przez trzy godziny czytała ten artykuł. Bo ona z mafiami ma do czynienia na co dzień i widziała, że mechanizm działania „lawendowej mafii” jest bardzo podobny do mechanizmu funkcjonowania innych organizacji przestępczych.

Więc chodziło głównie o to, żeby zmusić mnie do milczenia. I na tym polega zasadnicze zwycięstwo, że nie tylko nie zmusili mnie do milczenia, ale i niejako zrobili mojemu artykułowi reklamę wobec dziesiątków milionów ludzi. To pokazuje, jak Pan Bóg z wielkiego zła wyprowadził wielkie dobro.

Natomiast co do samych określeń „pasożyty” i „rak”, to stosuje się je często. Nieraz przecież mówimy, że pewna grupa ludzi żyje pasożytniczo lub jest pasożytnicza. Albo że jest rakiem. Na przykład amerykański kardynał Seán Patrick O’Malley - odpowiedzialny za obronę młodzieży i dzieci przed przestępcami seksualnymi w Kościele - mówi, że Kościół ma raka. Więc w popularnym języku tych określeń jak najbardziej używa się. Szczególnie w Polsce. Na tysiące i miliony sposobów! Jest to przyjęte w ramach krytyki pewnej grupy czy zachowania ludzkiego.

Mówi się przecież: „jesteś jak pasożyt”, „żyje jak pasożyt”. Na przykład wtedy, gdy członek rodziny może pracować, a nie pracuje i żyje kosztem rodziny, to powszechnie mówi się, że „żyje jak pasożyt”.

O tym, że takie słowa w języku polskim są jak najbardziej przyjęte, świadczy fakt, że wstęp do mojej książki napisały trzy osoby ze ścisłej elity duchowej Polski, znakomicie znające język polski i mistrzowsko nim władające.

Po pierwsze, ksiądz Marek Dziewiecki. Myślę, że największy mistrz duchowy Polski.

Po drugie, znany medialnie ksiądz profesor Robert Skrzypczak – jeden z największych autorytetów teologicznych i mistrzów duchowych Polski.

I w końcu sam pan redaktor Paweł Lisicki - jeden z najważniejszych dziennikarzy polskich. Redaktor naczelny jednego z najbardziej wpływowych tygodników i znakomity znawca teologii. Najlepszy teolog wśród dziennikarzy i teologów, a niektórzy mówią, że być może obecnie w ogóle najlepszy polski teolog. Dlatego, że nie boi się podejmować najważniejszych, ale najtrudniejszych tematów, od których uciekają i chowają się przed nimi teologowie zawodowi. Pisze o tym na ogół bardzo celnie w bardzo obszernych dziełach.

Ci ludzie, ta trójka piszą wstępy do mojej książki. A więc i wstępy do tego artykułu. Bo on jest pierwszym, głównym rozdział tej książki. I oni znajdowali właściwie same pochwały. Nie widzieli żadnego problemu z językiem. Więc to jest chyba wystarczający  argument, że takiego języka u nas można używać.

Nikt też w Polsce z powodu użytego języka zarzutu mi nie stawiał. Chociaż członkowie „lawendowej mafii” nienawidzą mnie. W Polsce, w Niemczech i na całym świecie. Więc w Polsce użycie takich wyrażeń nie jest problemem. To był tylko pretekst.

Natomiast nasz przeciwnik – oskarżyciel i donosiciel – ksiądz Rothe wiedział, że te słowa w języku niemieckim są bardzo obciążone, czego ja nie wiedziałem. Bo ze względu na straszną, nazistowską przeszłość Niemców, oni tych słów się wstydzą. Kojarzą im się ze zbrodniami, popełnionymi przez Niemców na Żydach. Ponieważ Niemcy mówili o Żydach, używając właśnie takich pojęć. Dlatego dla Niemców posługiwanie się nimi jest szczególnie bolesne. Można powiedzieć, że po niemiecku one są trzy razy bardziej ostre niż w języku polskim. Tego nie wiedziałem. Nie chciałem przecież, żeby mój tekst brzmiał trzy razy mocniej.

Ksiądz Rothe o tym wiedział i to wykorzystał jako pretekst. Natomiast tak w ogóle to on boi się wchodzić w treść artykułu. Ogólnie krytykuje, ale boi się mówić o szczegółach.

Jedynie wybrał sobie słowa „pasożyty” i „rak”. Prokuratura z kolei jakby skopiowała jego tweet, w którym te słowa wyłapał.

I całe oskarżenie było oparte właśnie na szczególnym uczuleniu Niemców na owe słowa. Więc z tego mogę się wycofać. I wycofałem się. Przeprosiłem. Natomiast poza tym pani sędzia z wyraźną akceptacją przeczytała publicznie – w i to w Sądzie Państwowym - cały artykuł. Podkreśliła też, że nie ma zarzutów co do treści artykułu, że go aprobuje. Więc, jeżeli te słowa usunę, to mój artykuł jest wolny. O to chodziło też w tej ugodzie i wycofaniu się sądu. Bo sąd w istocie wycofywał się. Również na tym polega nasze zwycięstwo. Przecież w sądzie drugiej instancji już nie było mowy ani o więzieniu, ani u ukaraniu, ani o grzywnie, na co skazał mnie sąd pierwszej instancji. To wszystko upadło, o tym nie było już ani słowa – z woli sądu. Sąd jednak musiał coś dostać, chociaż symbolicznie, by nie skompromitować zupełnie sądu pierwszej instancji. I takim minimum były przeprosiny i dobrowolna ofiara na szlachetny społecznie cel, na co się zgodziliśmy. Znakomici adwokaci stwierdzili przecież, że byłoby skrajną głupotą i nieodpowiedzialnością odrzucić taką ofertę sądu, który wychodzi nam naprzeciw tak daleko, jak tylko jest to możliwe.

Więc o co chodzi? Jeżeli ja te słowa, o których pisał ksiądz Rothe, usunę, to mogę - niejako „z błogosławieństwem” niemieckiego sądu - publikować w Niemczech już nie tylko artykuł, ale i całą książkę. I już tego ani ja, ani wydawca nie musimy się bać. Nasi przeciwnicy - zamiast nas wsadzić do więzienia i „zakneblować do końca świata” - zrobili nam megareklamę. Za darmo. Gdybyśmy nawet wydali miliony euro, to by takiej reklamy nie było. I teraz, po usunięciu wyrazów „rak” i „pasożyty”, tym bardziej mogę mój tekst publikować w Niemczech i w całym świecie. I również na tym polega zwycięstwo i obrócenie przez Pana Boga tego wstrętnego donosu, wielkiego zła na wielkie dobro. A dlaczego było to wielkim złem?

Bo jak Judasz doniósł na Pana Jezusa oraz wydał Go w ręce władzy państwowej, tak i nasz oskarżyciel – donosiciel ksiądz Rothe wydał nas - trzech księży profesorów - w ręce władzy państwowej i chciał, żebyśmy poszli do więzienia. Za jego przyczyną stanęliśmy wobec całego aparatu przemocy niemieckiego państwa jak Dawid wobec Goliata.

I wygraliśmy – dzięki Bogu i milionom uczciwych, prawych ludzi, którzy nas wspierali.

Jednak sam ksiądz napisał, że na temat jego procesu są różne, fałszywe informacje medialne. I wydaje się, że jednak do większości ludzi w Europie doszła informacja, że „ksiądz Oko został skazany. Więc jednak coś złego zrobił”. Może więc jednak warto było walczyć aż do końca? Choćby ze względu na to, że każdy drobiazg w księdza procesie został przez media – powiedzmy „nieżyczliwe” – użyty do tego, żeby zmienić wydźwięk postanowienia sądu. Bo chociaż ksiądz traktuje je jak zwycięstwo, to jednak media uznają za klęskę i wskazują, że ksiądz został ukarany. Jest więc winien. Czy – w związku z tym - ksiądz nie uważa siebie za przegranego medialnie?

Wie pan, media kłamią. Ordynarnie kłamią. Bo nie zostałem skazany, nie zapłaciłem grzywny. Media, które tak kłamią, będą kłamać zawsze. Wszystko obrócą na drugą stronę. Dla siebie.

Święty Jan Paweł II – wielki papież, był nieustannie atakowany przez media. Podobnie jak Benedykt XVI. Gdy byłem w Niemczech na studiach, Jan Paweł II był nieustannie atakowany przez media niemieckie. Traktowany jak człowiek bez moralności i bez rozumu. Jego następca był atakowany jeszcze bardziej.

Nie ma rady. Pewne media zawsze będą kłamać. Jeżeli bym wygrał proces, to by mówiły, że miałem proces. Wobec kłamstwa w zakłamanych mediach jesteśmy bezsilni.

Przecież nawet Pan Jezus, który był najświętszy i najlepszy ze wszystkich, został wydany przez Judasza i skazany. Niejako demokratycznie. Wszak to zdecydowana większość z obecnych na placu Piłata skazała Pan Jezusa na śmierć. Jak widać, nie ma niezawodnych środków na kłamstwo, na ludzką niegodziwość. To raz.

A po drugie: media wrogie nam będą kłamać zawsze. One inaczej nie potrafią. To po prostu wynika z ontologii tych mediów. Bo my żyjemy między Chrystusem a Szatanem. I decydujemy o tym, gdzie się przesuwamy. Jeżeli więc odrzucamy Boga, odrzucamy Chrystusa, jesteśmy śmiertelnymi wrogami Chrystusa, to coraz bardziej jesteśmy w królestwie diabła. A diabeł - jak mówi Jezus – jest „ojcem kłamstwa”. Dlatego też ludzie, którzy żyją w jego królestwie, są jego dziećmi, będą kłamać jak on. Nawet na temat samego Jezusa Chrystusa, zatem tym bardziej na temat takich grzeszników, jak my. To już Pan Jezusa nam wyjaśnił.

Media, które mnie atakują, atakują też Kościół, chrześcijaństwo, Chrystusa. Nienawidzą Chrystusa, Jego prawdy. Dlatego ich ataki to dla mnie zaszczyt. I na nie nie ma rady.

Pan Jezus nie obronił się przed kłamstwem, to jak ja mogę się obronić? Media pewnej kategorii kłamały, kłamią i będą kłamać. Bo trzeba powiedzieć, że ludzie, którzy tam pracują, często „mają za ojca Szatana,” który przecież jest „ojcem kłamstwa”. Bo te media stworzyli i finansują ludzie, którzy niejako są zawodowymi kłamcami. Tacy ludzie też tam pracują i często takim ludźmi są albo stają ci, którzy takimi mediami się karmią. Bo w człowieku musi być coś chorego, skoro takiego kłamstwa nie rozpoznaje albo nawet go chce. Często dlatego, że sam już żyje w wielkim kłamstwie.

Natomiast jakie są korzyści z końca naszego procesu? I czy trzeba było walczyć do końca o sto procent? W życiu na ogół nie osiąga się stu procent. Adwokaci mówili, że mógłbym procesować się jeszcze pięć lat przez następne cztery instancje. Ale w tym czasie wszystkie media by mówiły, że jestem skazany, a mój tekst nie może być czytany.

Na pięć lat byłby niejako „aresztowany”..

A niewiadomy jest wynik rozpraw w kolejnych instancjach. Dzisiaj zawsze dużo zależy od osobowości sędziego i jego światopoglądu. I dlatego uważam, że pani sędzia zaproponowała najlepsze rozwiązanie. Gdybyśmy go nie przyjęli, to następni sędziowie mogliby by być potem rozjuszeni. Mógłby by więc pojawić sędzia, który zupełnie inaczej potraktowałby sprawę. A w życiu na ogół nie można mieć stu procent. Ci, co chcą mieć sto procent, nieraz tracą wszystko. A sąd musiał coś dostać – choćby dla kolegów z pierwszej instancji i niemieckich mediów.

Podkreślam: nie jestem skazany, nie płacę grzywny, sąd sam wycofuje się, zawiesza proces. Widocznie ma powody, że zawiesza. „Zamraża” wszystko. Kończy. I nie ma żadnej możliwości odwołania, zmiany tego stanu przez nikogo, zwłaszcza przez prokuratora

Istotny jest tu przykład pastora Olafa Latzela, który tego samego dnia w trzeciej instancji został uniewinniony przez sąd niemiecki w Bremie. Miał podobny proces jak ja. Za rzekomą obrazę homoseksualistów. Sąd go uniewinnił. Ale prokurator nie zgodził się z tym i sprawa wraca do sądu. Więc on dalej będzie musiał się procesować, wszystko zaczyna się jakby od początku.

Natomiast w moim przypadku, ponieważ prokuratura wydała zgodę na  wycofanie się sądu, to absolutnie kończy całą sprawę. Nie będzie można jej wznowić. A dokładniej: sprawa zostanie zakończona wtedy, kiedy zapłacę ofiarę na poszkodowane dzieci. Poszkodowane szczególnie przez homoseksualistów. Bo chodzi tu ofiary przestępstw, których autorami w znacznej części są homoseksualni mężczyźni. I na ofiary przestępstw homoseksualnych jak najbardziej zapłacę.

Dodam, że nasz donosiciel ksiądz Rothe chciał, żebyśmy płacili na organizacje gejowskie. Pani sędzia nie zgodziła się na to, choć nie musiała, i zapytała, czy akceptujemy złożenie ofiary we wspomnianym wyżej celu.

I też ta moja ofiara jest znacząco mniejsza: o prawie czterdzieści procent w stosunku do pierwotnej kary, którą miała być grzywna w wysokości 4800 euro.

Teraz jest 3 tysiące. Ofiara mojego wydawcy, ks. prof. Johannesa Stöhra zmalała do 4000 euro z grzywny 9100 euro, czyli o 56 procent.

Powtarzam: sąd się sam wycofał w zasadniczych punktach.

Bo zamiast 120 dni więzienia mam zero dni więzienia. Nie ma mowy o więzieniu. Z grzywny też zostało zero: nie ma grzywny. Ze skazania zostało to, że nie ma skazania. Są trzy „wielkie zera” w kluczowych sprawach. Zostaje nie grzywna, tylko dobrowolna ofiara, którą chętnie składam i sprawa jest zakończona. Na tym polega sukces. Czego chcieć więcej? Walczyć o to, żebym w ogóle nie płacił? To dobry cel: wspomóc te ofiary. Wiem, jak one strasznie cierpią. Wiele z nich znam, rozmawiałem. I bez sądu chętnie bym zapłacił po to, żeby im pomóc. A poza tym pieniądze zostały zebrane przez szwedzkich katolików. Więc to oni niejako płacą za mnie.

Znakomici adwokaci, którzy prowadzili sprawę i o wiele lepiej znają się na prawie niż pan i ja, zdecydowanie powiedzieli, że to trzeba przyjąć. A trzeba korzystać z rady adwokatów. Oni mówili, że do kanonu sztuki adwokackiej należy to, że przyjmuje się takie oferty. Byłoby grzechem ich nie przyjąć. Byłoby grzechem, gdyby oni mi radzili inaczej. A to było akurat kilku adwokatów: dwóch na sali i „zaplecze”. W sumie było dziesięciu prawników, którzy mnie wspomagali. Cały sztab. I wszyscy - zarówno „ci z sali”, jak i ci, co byli na korytarzu - jednoznacznie mówili: „To trzeba przyjąć.”. Więc my laicy nie próbujmy być mądrzejsi od najlepszych adwokatów, którzy dobrze nam życzą. Oni mi tłumaczyli, że jeżeli byśmy odrzucili propozycję pani sędzi, to możemy teraz wygrać, ale wtedy prokurator zaskarży wyrok i proces toczy się dalej. A wiedzieliśmy, że zaskarży. Jeżeli zaś przegramy, to i tak będziemy się dalej procesować. A w tym czasie mój tekst będzie „aresztowany”.

Pamiętajmy przy tym, że tutaj wygrywamy z pozycji niejako Dawida – wobec całej potęgi państwa niemieckiego. Nie oczekujmy za wiele, nie oczekujmy idealnej sprawiedliwości tutaj na Ziemi. Widzimy, jak wygląda teraz ta „sprawiedliwość” wobec milionów maltretowanych i zabijanych Ukraińców. Oni już tutaj nigdy nie znajdą sprawiedliwości.

Ksiądz więc uważa się za wygranego. A ksiądz Rothe? W końcu on niby przegrał, ale to jego zapraszają do niemieckich mediów. Zapewne mówi tam źle o księdzu. I być może z jego strony jeszcze nic się nie skończyło. Rozumiem też, że władze kościelne nie mają chęci ukarania go za obronę homoseksualizmu. Wręcz przeciwnie: można powiedzieć, że jest on prawdziwym „katolickim” celebrytą. Wydaje się więc, że ksiądz Rothe też nie jest tak do końca przegrany.

Myślę, że jest przegrany. Tak jak Judasz u Pana Boga. A zapraszanie go pokazuje niegodziwość niemieckich mediów. Zarówno kościelnych, jak i państwowych, które ze mną w ogóle nie rozmawiają. Nie zachowują starej rzymskiej zasady „wysłuchajcie drugą stronę”.

A wracając do księdza Rothe: on wychodził z sądu z poczuciem przegranej. To było wyraźnie widać już przedtem: na sali sądowej. Siedział na niej sam. Absolutnie sam. Jakoś nikt z jego zwolenników nie przyszedł. Tymczasem do Kolonii, gdzie odbywał się proces, przyjechało kilkudziesięciu moich zwolenników. Mimo, że sąd wcześniej ogłosił, iż nikogo nie wpuści, zatem ostatecznie przyszli ci, którzy chcieli modlić się pod drzwiami sądu. To i tak było kilkadziesiąt osób. Gdy jednak nie było tłumów, sąd zdecydował się wpuścić wszystkich zainteresowanych

A ksiądz Rothe był sam. Gdy my rozmawialiśmy na przerwach, on - jak potępiony Judasz - snuł się samotnie i smutny po sądowych korytarzach. Oczywiście, jest wspierany przez niemieckie media państwowe i kościelne. Ale po moim procesie miał poczucie przegranej. Mówił, że to rozwiązanie zostawia niemałe możliwości takim osobom jak ja.

Dodał, iż najbardziej go boli to, że ja się przedstawiam jako obrońca ofiar przestępstw seksualnych i sąd mi w to uwierzył. Wyraźnie widać było jego niezadowolenie. Po mowie ciała. Ja wychodziłem z sądu szczęśliwy, on wyraźnie nieszczęśliwy. On zawsze wyglądał na bardzo smutnego, a tu był wyjątkowo smutny.

A to, że jest niejako „twarzą”, symbolem niemieckiej „Drogi Synodalnej” i jest wspierany przez biskupów? To tylko pokazuje, jak nisko już upadł Kościół niemiecki i jego Episkopat. 

Przecież trzeba pamiętać, że ksiądz Rothe zasłynął w 2004 roku wtedy, gdy był wicerektorem Seminarium w Sankt Pölten pod Wiedniem. Tam doszło do wielkiego skandalu, jakby do kolejnej Sodomy i Gomory, o czym informowała prasa europejska i światowa. On był oskarżany jako zasadniczy winowajca tego stanu rzeczy. Jego biskup chciał go w ogóle usunąć z kapłaństwa. I ksiądz Rothe uciekł wtedy do Monachium. Widocznie „lawendowa mafia” z Monachium zapewniła mu bezpieczeństwo.

Dodam, że w swojej książce on napisał, że jako wicerektor jak najbardziej akceptował fakt, iż homoseksualni klerycy odbywają ze sobą stosunki. Tylko mieli to robić w pokojach. Nie na zewnątrz. A mamy zeznanie kleryka, który mówił, że homoseksualne stosunki z klerykami odbywał też ksiądz Rothe. To się ukazało w mediach. W seminarium bardzo obficie lał się też alkohol.

A ostatnio ksiądz Rothe był w klubie gejowskim, który jest zarazem takim jakby gejowskim domem publicznym, gdzie w dark roomie homoseksualiści współżyją jak chcą: każdy z każdym. I ksiądz Rothe przed tym dark roomem zrobił sobie zdjęcie z wielką prezerwatywą i żelem do niej.

I jawnie mówi, że nie zachowuje celibatu. Monachijska kuria pytana o to, czy jakoś zareaguje na jego postawę, odpowiedziała: „nie, nie będzie żadnej reakcji”. Czyli widać, że ksiądz kardynał Reinhard Marx w pełni ją akceptuje i jeszcze płaci za nią wielką pensję.

Ksiądz Rothe takie rzeczy mówi też w radiu diecezjalnym diecezji Limburg, której biskupem jest Georg Bätzing – szef Episkopatu Niemiec.

Ostatnio ksiądz Rothe stwierdził, że biskupi jak najszybciej powinni zaakceptować wszystkie konkubinaty księży. Czy to homo, czy hetero. Bo w ogóle całe nauczanie seksualne Kościoła jest skompromitowane i do wyrzucenia. Teraz należy postępować według nauczania i życia księdza Rothe.

Widać, że ksiądz Rothe jest tu całkowicie popierany przez kardynała Marxa i biskupa Bätzinga. Najważniejszych biskupów Niemiec. On jest niejako ich rzecznikiem. Więc ma tam sukces. Tylko to jest zły sukces. Zły, bo dzieje się pośród ludzi, którzy odrzucają nauczanie Kościoła.

Fakt, że człowiek z takimi grzechami i słowami, z takim zachowaniem, jest w stu procentach popierany przez kardynała Marxa, biskupa Bätzinga i zdecydowaną większość biskupów niemieckich pokazuje, w jakim stanie jest Episkopat Niemiec i do czego prowadzi ich Droga Synodalna. Że ta Droga jest właściwie „drogą sodomalno-gomoralną”.

Drogą do Sodomy i Gomory. 

I to też wielka wygrana, wielki sukces mojego procesu. Bo katolicy w Polsce, w Niemczech i na całym świecie mogli przekonać się, do jakiego stanu upadku doszedł Kościół niemiecki na czele ze swoim Episkopatem. Teraz mogą jeszcze wyraźniej zobaczyć, że tam biskupi niejako „kłaniają” się przed światem, przed gender. Nie przed Bogiem.

Podobnie jak kiedyś - na przykład - biskupi angielscy, którzy prawie wszyscy w „godzinie próby” zdradzili Kościół i Chrystusa. Padli na kolana przed angielskim królem Henrykiem VIII. Bo mieli do wyboru albo szafot, albo pałac. Wybrali pałac. Podobnie jak biskupi Skandynawii i wielu biskupów niemieckich. Biskupi mogą aż tak upaść! Aż tak bardzo zdradzić prawdę, Chrystusa, Kościół. Tego uczy nas historia. I taka właśnie zdrada dokonuje się teraz Niemczech. I akurat ten proces to wyraźnie pokazuje.

Jak państwo niemiecki zdradza teraz Ukrainę, a na wojennym froncie swoim zachowaniem w istocie wspiera Rosję, która tam zachowuje się nawet w sposób ludobójczy, tak wielu biskupów niemieckich zdradza teraz Chrystusa i Kościół oraz wspiera jego najgorszych wrogów. Co gorsza, podobnie jak państwo niemieckie tę postawę zdrady Ukrainy usiłuje narzucić całej Europie, tak wielu przedstawicieli Kościoła niemieckiego tę postawę zdrady Chrystusa i Kościoła chce narzucić Kościołowi światowemu. Bo oni uważają się za moralnie najlepszych i najmądrzejszych. Jak zawsze niemiecka pycha i zaślepienie - Deutschland, Deutschland über Alles! Widać, jak powierzchowne było rzekome „nawrócenie” Niemców po II wojnie światowej. Widać, jak mało nauczyli się ze zbrodni Lutra, wojny trzydziestoletniej, a zwłaszcza swojej nazistowskich historii.

Jest przy tym bardzo znaczące, że zdecydowanie po mojej stronie stanął kardynał Gerhard Ludwik Müller, który - można powiedzieć – jest obecnie najwybitniejszym kardynałem. Najmądrzejszym i najlepiej wykształconym. Jakby „alter ego” papieża Benedykta XVI. Najlepszym kandydatem na następnego papieża. On najlepiej reprezentuje tę mniejszościową część Kościoła niemieckiego, która jest wierna Chrystusowi i Ewangelii. I on zdecydowanie potępił księdza Rothe, jego słowa i czyny, a poparł mnie. To dużo mówi. Oczywiście w Niemczech tacy biskupi i w ogóle katolicy, są w mniejszości. Ale prawda nieraz była w mniejszości. Zwłaszcza na dziedzińcu u Piłata. Podobnie, wcześniej przez dziesięciolecia popierali mnie kardynał Marian Jaworski, który uczynił mnie swoim następcą na Uniwersytecie oraz kardynał Stanisław Nagy. A to byli najbliżsi przyjaciele świętego Jana Pawła II. Za mają działalność mam specjalne podziękowanie od świętego Jana Pawła II i papieża Benedykta. Ja takiej tradycji jestem wierny i takiej tradycji strzegę. Z jej pozycji występuję.

Popierają mnie publicznie także inni biskupi, Tacy jak biskup Radosław Zmitrowicz z Ukrainy oraz arcybiskup Jan Orosch ze Słowacji. Znają mnie i cenią, bo w tych krajach wygłosiłem szereg serii wykładów.

I dlatego w moim procesie mamy zderzenie Kościoła Wiary, Wierności i Męczenników z Kościołem Sodomy i Gomory. Bo taka jest jego teologia. W końcu teologowie i biskupi niemieccy mówią, że w Sodomie i Gomorze problemem nie był rozpasany homoseksualizm, tylko brak gościnności. Można więc ironicznie powiedzieć, że dwaj aniołowie byli homofobami, nie skorzystali z takiej okazji i stąd całe nieszczęście. Poza tym u Niemców nawet Pan Jezus jest homofobem. Bo przecież używa pojęcia „Sodomy i Gomory” w klasycznym znaczeniu. Jako miejsca strasznej homoseksualnej rozpusty. Zatem lepiej być razem z Nim homofobem niż wraz z nimi - seksualnymi rewolucjonistami.

I dodam, że ksiądz Rothe jest podobny do homoseksualnie aktywnego księdza Krzysztofa Charamsy, który też mnie atakował, a potem został usunięty ze wszystkich funkcji w Watykanie. Tymczasem w Niemczech ksiądz Rothe bryluje! Chociaż mówi rzeczy podobne jak ksiądz Charamsa i zapewne je czyni, bo twierdzi, że nie zachowuje celibatu. I fotografuje się z prezerwatywą. A to pokazuje, jak wielki jest upadek wiary i moralności w Kościele niemieckim i jego Episkopacie. Skoro taki człowiek jest niejako ich „twarzą” i ambasadorem! Widzimy tu, do czego prowadzi Droga Synodalna. Teraz przed tą trucizną, przed tym zorganizowanym budowaniem na kłamstwie i bluźnieniem Bogu możemy się bronić jeszcze bardziej skutecznie. To jest wielka wartość dodana, wielki plus mojego procesu.

 

 


Źródło: niezalezna.pl

Eryk Łażewski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo