„Ta deklaracja wbijała w fotel”. Dr Karl Heinz Roth o niemieckich eksperymentach na ludziach

To była połowa lat 60. Jeden z moich wykładowców na medycynie przyznał któregoś dnia na zajęciach, że żałuje, iż w Niemczech już nie można robić preparatów z tkanek więźniów straconych w egzekucjach, ponieważ jakość pozyskiwanych obecnie preparatów histologicznych jest… o wiele gorsza. Ta deklaracja wbijała w fotel - powiedział w rozmowie z Olgą Doleśniak-Harczuk i Antonim Opalińskim niemiecki historyk i lekarz Karl Heinz Roth.

Karl Heinz Roth
youtube.com/printscreen

Panie Profesorze, w Polsce jest Pan znany głównie ze względu na publikacje dotyczące reparacji wojennych, ale jest Pan również naukowcem z ogromnym dorobkiem w dziedzinie studiów nad eksperymentami pseudomedycznymi dokonywanymi w III Rzeszy. W Niemczech od 2017 r. naukowcy związani z Instytutem Maxa Plancka ustalają tożsamości ludzi, których ciała posłużyły w powojennych Niemczech Zachodnich jako „pomoce naukowe”, wiemy, że wśród ofiar byli Polacy i ludność żydowska z getta łódzkiego. Śledzimy jako dziennikarze „Gazety Polskiej Codziennie” ten projekt od początku, ale… przecież to, czym obecnie zajmują się naukowcy z instytutu, było przedmiotem Pańskich badań i publikacji już kilkadziesiąt lat temu…

Cieszę się, że w Polsce jest zainteresowanie tym tematem, w Niemczech jest on obecny w debacie od wielu lat i sam jako lekarz, ale przede wszystkim na pierwszych etapach edukacji medycznej, jako student medycyny, wielokrotnie byłem konfrontowany z potwornością eksperymentów pseudomedycznych. Już jako dojrzały człowiek wielokrotnie brałem udział w próbach ustalenia tożsamości pomordowanych robotników przymusowych, również Polaków i Żydów, ale też przedstawicieli innych narodowości, których zwłoki były w Niemczech wykorzystywane jako tzw. ludzkie preparaty. Nie obyło się bez ostrych dyskusji. Kiedy wydawano akta norymberskiego procesu lekarzy, zajmowaliśmy się w naszej grupie badawczej również setkami odnalezionych preparatów ludzkich mózgów, które pobrano od pomordowanych pacjentów oddziałów psychiatrycznych, ludzi niepełnosprawnych poddawanych eutanazji, ale i tych, na których dokonano egzekucji w więzieniach. Jeden z moich ówczesnych wykładowców przyznał któregoś dnia na zajęciach, że żałuje, iż w Niemczech już nie można robić preparatów z tkanek więźniów straconych w egzekucjach, ponieważ jakość pozyskiwanych obecnie preparatów histologicznych jest… o wiele gorsza. Ta deklaracja wbijała w fotel.

Kiedy to było?

W połowie lat 60. Proszę sobie wyobrazić, co czuje student medycyny, słuchając podobnych komentarzy. To było traumatyczne przeżycie. Część moich wykładowców akademickich to byli ludzie zaangażowani w popełnianie tych medycznych zbrodni. Później, coraz bardziej zainteresowany tematem, prowadziłem badania nad eksperymentami na ludziach dokonywanymi w medycynie lotniczej, to jest bardzo kompleksowa dziedzina, której zgłębianie w moim przypadku zaowocowało pierwszymi studiami nad odszkodowaniami dla ofiar eksperymentów pseudomedycznych. To było już w latach 80., kiedy pracowałem nad dokumentowaniem eksperymentów przeprowadzanych w obozach koncentracyjnych na polskich więźniach i pracownikach przymusowych, m.in. na więźniarkach KZ Ravensbrück, które walczyły w polskim podziemiu, a w obozie poddawano je okrutnym eksperymentom. Istnieje wiele publikacji na ten temat. W latach 80. zresztą współpracowaliśmy również z polskimi naukowcami, np. z prof. Józefem Boguszem z Krakowa. 

Czy Pański zwrot w kierunku tematyki reparacyjnej zakończył prace badawcze nad eksperymentami pseudomedycznymi w III Rzeszy?

Nie, do dziś zdarza mi się doradzać grupom badawczym próbującym odkryć tożsamość ludzi, których ciała wykorzystano na cele pseudonaukowe. Przed trzema laty pomagałem ustalić personalia polskiego robotnika przymusowego, którego szkielet od lat 50. był wykorzystywany przez pewną firmę jako model służący seryjnej produkcji modeli szkieletów ludzkich, które następnie służyły studentom medycyny i stały w salach wykładowych całych Niemiec, te szkielety były w 80 proc. kopiami kośćca tego konkretnego człowieka. Pamiętam, że towarzyszyła nam grupa dokumentalistów ze Szwecji.

Za eksperymentami na ludziach i preparowaniem ludzkich zwłok stoją konkretne nazwiska, nie tylko Josef Mengele, ale i Julius Hallervorden, Hugo Spatz, Hermann Stieve i wielu innych. Hallervorden badał i preparował mózgi pomordowanych więźniów obozów, w tym Polaków oraz dzieci poddanych eutanazji w brandenburskich ośrodkach dla nieletnich, Stieve eksperymentował na kobietach, obaj cieszyli się po wojnie świetną opinią, nikt ich nigdy nie ukarał za popełnione zbrodnie. Takich lekarzy i naukowców było w Niemczech przecież bardzo wielu…

Owszem. A jeszcze był Hermann Voss, profesor anatomii, dziekan wydziału medycznego Uniwersytetu Rzeszy w Poznaniu. Voss prowadził dziennik i dokładnie opisywał, w jaki sposób rozczłonkowywał zwłoki pomordowanych więźniów i robotników przymusowych. Te dzienniki zostały częściowo opublikowane przez jednego z kolegów, który należał na naszej grupy badawczej. Jest więc dużo źródeł. My, jako studenci, którzy w trakcie naszej formacji zawodowej mieliśmy bezpośredni kontakt z wykładowcami akademickimi biorącymi udział w takich zbrodniach, zadawaliśmy sobie pytania, dlaczego oni to robili. Co ich skłoniło do tych potworności?  Najpierw przeanalizowaliśmy, co i jak zrobili, a dopiero na koniec zadaliśmy pytanie „dlaczego?”. I doszliśmy do kilku wniosków. Większość z tych lekarzy była karierowiczami, którzy chcieli z impetem wejść w życie zawodowe, w przypadku Mengele to było absolutnie jasne, w przypadku Hallervordena do głosu dochodziło jeszcze wykolejone, wypaczone poczucie misji naukowej, on chciał dokonać przełomu w badaniach nad mózgiem, stąd tyle preparatów w Instytucie Cesarza Wilhelma. Motywem spajającym wszystkich był jednak etniczny rasizm, który odegrał ogromną rolę w przyspieszeniu karier naukowych tych ludzi i stanowił część składową ich formacji lekarskiej. 

Większość uniknęła kary

W norymberskim procesie lekarskim została ukarana niewielka grupa, na karę śmierci skazano siedmiu zbrodniarzy, część dostała dożywocie. Dobrze, że tych ludzi ukarano, to było niezmiernie ważne, ale pamiętajmy, że to było stosunkowo szczupłe grono 23 lekarzy, którzy zasiedli na ławie oskarżonych. Można wtedy było posadzić na tej ławie znacznie więcej osób, ale Amerykanie zdecydowali, by część winnych zeznawała w charakterze świadków, i dzięki temu uniknęli kary. Głównie chodziło o asystentów biorących udział w najstraszniejszych eksperymentach pseudomedycznych. Poznałem osobiście wielu takich asystentów. Na studiach byłem członkiem lewicowej organizacji studenckiej, udało nam się ustalić, że jeden z rektorów uniwersytetu medycznego w czasie wojny asystował zbrodniarzowi medycznemu, ten człowiek w odpowiedzi na demaskację chciał uruchomić procedurę relegacyjną, by wyrzucić mnie z uczelni. Za to, że głośno powiedziałem, kim był. Jestem straumatyzmowany tym, że miałem takich wykładowców i że nie mogłem z tym wtedy nic zrobić. Mogłem tylko wyrazić mój protest podczas zajęć, ale na tym koniec. Dopiero już po studiach, kiedy dodatkowo podjąłem studia z historii, wybrałem jako specjalizację historię medycyny i wtedy rozpoczęły się moje badania nad eksperymentami pseudomedycznymi w III Rzeszy. I one w zasadzie trwają do dziś. Nie wolno nam przestać o tym mówić.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, niezalezna.pl,

#Gazeta Polska Codziennie

Olga Doleśniak-Harczuk/Antoni Opaliński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo