Każda dosłowna analogia historyczna ma słabe strony, jednak dziś znajdujemy się w podobnej sytuacji. Powszechny w świecie Zachodu dobrobyt doprowadził do konwulsji ideologicznych w iście bolszewickim stylu, które podkopują fundamenty kultury i cywilizacji. Tajemnicza pandemia zniewoliła masy ludzkie, zamykając je w prywatnych więzieniach własnych mieszkań i stawiając pod znakiem zapytania wszelkie plany na coraz bardziej niejasną przyszłość. I właśnie wtedy dwa imperia intensyfikują swoje działania mogące prowadzić do nowej wielkiej wojny. Rosja gromadzi potężne siły na granicy i tak już krwawiącej w wyniku wojny hybrydowej Ukrainy, a nadal komunistyczne Chiny coraz otwarciej grożą atakiem na Tajwan. Jedni i drudzy liczą na wielokrotnie już przez siebie wykorzystaną bierność Zachodu, który za wszelką cenę chce nadal udawać, że żadnej wojny nie ma. Tak samo było w roku 1920, gdy nikt nas nie wsparł w wojnie z najazdem rosyjskim w barwach komunizmu. Nikt – poza Ukrainą.
Rosyjska strefa wpływów?
21 kwietnia minęła zupełnie niezauważona 101. rocznica podpisania w Warszawie umowy między Polską i Ukrainą znanej jako pakt Piłsudski-Petlura. Ubiegłoroczna setna rocznica miała być uroczyście obchodzona, była szansa na wykorzystanie jej do przełamania wzajemnych, historycznie uwarunkowanych pretensji i żalów. Ogłoszenie pandemii pogrzebało wszystkie te zbożne zamiary. Nie było wspólnej defilady Wojska Polskiego i Armii Ukraińskiej 8 maja w Kijowie jak w 1920, co przypomniałoby prawdziwe braterstwo broni naszych narodów.
A gdy piszemy o tym, że Polska musi stanąć ramię w ramię z zagrożoną bezpośrednią agresją Rosji Ukrainą, natychmiast odzywa się rosyjska V kolumna szermująca bezwstydnie tragedią wołyńską, byle tylko na zlecenie Moskwy skłócić w krytycznym momencie Polaków i Ukraińców. Veto! Nie będzie Moskal mający na koncie mord katyński i tragedię smoleńską dyktował nam, że mamy się nie wtrącać w sprawy Ukrainy, bo leży ona w jego sferze wpływów. Otóż właśnie musimy przyłożyć wszelkie siły w obronie niepodległości i integralności terytorialnej Ukrainy, by samemu nie znaleźć się w uznawanej przez zachodnich sojuszników „rosyjskiej strefie wpływów” jak w Jałcie w 1945 r. Profesor Andrzej Nowak wydał niedawno książkę „Pierwsza zdrada Zachodu”, gdzie opisuje, jak już w 1920 r. Anglia i Francja gotowe były nie tylko Ukrainę, ale i Polskę poświęcić dla dobrych stosunków z Rosją, choćby i bolszewicką.
Braterstwo broni
W moim filmie „Trudne braterstwo” z 1997 r. o sojuszu polsko ukraińskim wybitny historyk brytyjski prof. Norman Davies mówi o demonstracjach w Londynie po odwojowaniu przez Piłsudskiego i Petlurę stolicy Ukrainy – Kijowa pod hasłem „Ręce precz od Rosji!”. I opowiada o swoich walkach z brytyjskimi kolegami niechcącymi i dziś zrozumieć, że Ukraina nie jest częścią Rosji. W 2008 r. Zachód podobnie potraktował rosyjską agresję na Gruzję i tylko Lech Kaczyński zorganizował wyprawę ratunkową do Tbilisi. W ciągu kilku godzin przekonał do tej wyprawy przedstawicieli kilku państw naszego regionu, które na własnej skórze zaznały panowania Rosji i wspólnie z Polską solidarnie doprowadziły do ocalenia Gruzji przed całkowitą okupacją rosyjską. Przypomnijmy, byli to prezydenci Ukrainy właśnie, Litwy, Estonii i premier Łotwy. A w chwilę potem przedstawiciel Zachodu, prezydent Francji, poleciał do Moskwy, by podżyrować zdobycze Putina – po dziś dzień 25 proc. terytorium Gruzji jest okupowane przez Rosjan. To jest solidarność á la UE. Ta sama, która kieruje Niemcami dążącymi za wszelką cenę do ukończenia wspólnie z Rosjanami Nord Streamu 2, czyli noża w plecy niepodległości Ukrainy.
Nie bez powodu nazwałem swój film „Trudne braterstwo”. O ile bowiem wiara Mickiewicza w istnienie „przyjaciół Moskali” okazała się iluzją, o tyle Ukraińcy, czy się to nam lub im podoba, czy nie, faktycznie są naszymi najbliższymi pobratymcami, nawet pamiętając o tym, że pierwszą wizytę w Kijowie złożył zbrojnie w 1015 r., uderzając nieistniejącym wtedy Szczerbcem w również jeszcze nieistniejące Złote Wrota, Bolesław Chrobry. Mało kto wie, że ukraińscy Kozacy stanowili zarówno znaczącą część wojsk polskich na Kremlu w 1610 r., jak i podczas wiktorii wiedeńskiej. A w tym roku mamy monumentalną, 400. rocznicę jednego z największych zwycięstw w dziejach Rzeczypospolitej, bitwy pod Chocimiem, w której obok armii Korony pod hetmanem Janem Karolem Chodkiewiczem walny udział mieli Kozacy hetmana Petra Sahajdacznego. Nasza wspólna armia w sile 25 tys. zbrojnych pokonała 100-tysięczną armię turecką, na zawsze odwracając zagrożenie z tej strony dla Rzeczypospolitej.
Ta wojna będzie i u nas
Po obu stronach granicy żyją ludzie, którzy pragną prawdziwego pojednania polsko ukraińskiego, a przynajmniej by braterstwo stało się mniej trudne. Współscenarzystami mojego filmu byli młodzi wówczas historycy ukraińscy: Bohdan Hudź i Wiktor Hołubko, którzy walczyli o odrzucenie przez historiografię ukraińską perspektywy moskiewskiej. Kiedy grzebałem w kijowskim archiwum filmowym, materiały o Józefie Piłsudskim były sygnowane po rosyjsku: „Piłsudskij, faszystskij diktator Polszy”! Także dzięki działalności tych ukraińskich uczonych to określenie jest dziś tylko historycznym świadectwem sowieckiej propagandy. Także w Polsce są siły, które codzienną żmudną pracą przyczyniają się do przełamywania prawdziwych i suflowanych przez Kreml problemów między Polską a bratnią Ukrainą. Największym bodaj fenomenem jest tu przemyski Południowo-Wschodni Instytut Naukowy utworzony w 1990 r. przez doktora habilitowanego historii Stanisława Stępnia. Ta unikatowa w Polsce instytucja wniosła po prostu bezcenny wkład w sprawę polsko ukraińskiego pojednania, przede wszystkim poprzez publikowanie materiałów źródłowych i prac naukowych zgłębiających te trudne tematy sine ira et studio. Bez pomocy ludzi związanych z instytutem, jak polski historyk, Ukrainiec dr Aleksander Kolańczuk, mój film nie miałby pełnego wymiaru. Kilka dni temu wyszła kolejna cenna publikacja tej wspaniałej placówki – „Sojusz polsko ukraiński 1920 roku. Refleksje nad przeszłością – myśli o przyszłości”. Jest to praca zbiorowa prezentująca i badania historyczne, i myśli o tym, co czynić, by nasze braterstwo stało się mniej trudne, autorstwa zarówno Polaków, jak i Ukraińców, w tym mój tekst o zmarłym niedawno Przyjacielu, Mirosławie Rowickim, twórcy „Kuriera Galicyjskiego”, świetnego pisma wydawanego we Lwowie.
Wróćmy do tytułowego tematu – nie ma takiej możliwości, by w obliczu wojny tuż za naszymi granicami polska wieś i miasta były bezpieczne, bo „to nie u nas”. Napaść Rosji na Ukrainę jest wypowiedzeniem odłożonej w czasie agresji na Polskę. Na internetowe zaczepki ruskich trolli (niestety, najczęściej polskiego pochodzenia) typu: to co, mamy się bić o banderowską Ukrainę? – odpowiadam: tak! Po co tworzyliśmy litewsko-polsko ukraińską brygadę w Lublinie – dla dekoracji? Ruska V kolumna chce nas zastraszyć potęgą Moskwy, ale nasza historia uczy nas, że wielokrotnie stawialiśmy jej skuteczny opór. Jak w starym powiedzonku – Polak nie pyta, ilu jest wrogów, tylko martwi się, gdzie ich pochować!