Sznurowadła i polityka - przypominamy wywiad z Jadwigą Kaczyńską

Zawsze byli szalenie wobec siebie lojalni. Nigdy nie doszło do tego, by jeden wystąpił przeciwko drugiemu. Owszem, kłócili się, bili, gryźli, ale to nic nie znaczyło. Nie było takiego momentu, w którym nie mogliby na siebie liczyć - mówiła Jadwiga Ka

Jacek Biały/Gazeta Polska
Zawsze byli szalenie wobec siebie lojalni. Nigdy nie doszło do tego, by jeden wystąpił przeciwko drugiemu. Owszem, kłócili się, bili, gryźli, ale to nic nie znaczyło. Nie było takiego momentu, w którym nie mogliby na siebie liczyć - mówiła Jadwiga Kaczyńska, matka Lecha i Jarosława Kaczyńskich, w rozmowie z Katarzyną Hejke i Tomaszem Sakiewiczem. Poniżej przedruk wywiadu, jaki ukazał się w "Gazecie Polskiej" w 2005 r. (nr 40).

W TAJEMNICY PRZED TATĄ

Jak wychowywała Pani synów?
Urodziłam ich na trzecim roku studiów. Byłam zatem bardzo młoda. W tym wieku inaczej podchodzi się do własnych dzieci – bardziej partnersko, koleżeńsko. Gdy uczyłam się do egzaminów, oni bawili się przy mnie. Bardzo dużo im czytałam, nawet wtedy, gdy nieszczególnie mieli na to ochotę. Uwielbiali książeczkę Marii Kownackiej „Cudaczek wyśmiejaczek”. Ja tymczasem nie lubiłam tej lektury, uważałam, że nie jest najlepsza dla dzieci. Chowałam ją przed nimi, ale chłopcy zawsze ją odnajdywali.
Czytałam im aż do czasu, gdy skończyli 13 lat. Oczywiście synowie czytali też samodzielnie, ale wspólne poznawanie książek stało się naszą rodzinną tradycją: czytające popołudnia, czytające niedziele. Przeczytaliśmy razem m.in. „Faraona”, „Trylogię”. Gdy skończyli 9 lat, zapisałam ich do biblioteki. Leszek poszedł po pierwszą książkę. Gdy pani bibliotekarka – nie znając jego czytelniczego stażu – zaproponowała mu „Podróże pchełki”, obraził się śmiertelnie. Uznał, że to niepoważna lektura.

Czy Pani mąż także dawał synom dużo swobody?
Bardzo troszczył się o ich zdrowie. Jego rodzeństwo umarło w dzieciństwie. Pamiętając to, drżał o chłopców. Ja czułam, że należało dać im więcej swobody. Dlatego w tajemnicy przed ojcem zgadzałam się na różne szaleństwa – spływy kajakowe, pływanie tratwą. Do dziś dziwię się sobie, że dawałam się synom na to namówić.

Tata nigdy nie poznał waszych sekretów?
Niektóre poznał – denerwował się, a kiedy indziej śmiał.

PRAWDOMÓWNI DO BÓLU

Nie była Pani nigdy surową matką?
Surową? Nie, nigdy. Śmiać mi się czasami z synów chciało. Byli do bólu prawdomówni. Opowiadali mi o wszystkim. Czasami myślałam sobie w duchu – żeby mi o czymś nie powiedzieli, miałabym trochę więcej spokoju. Nie, przyznawali się do wszystkich psot, dwój, uwag. Prawdomówni są do tej pory.

Bawili się ze sobą czy mieli wielu przyjaciół?
Mieszkaliśmy przy ul. Leopolda Lisa-Kuli na Żoliborzu. Było mnóstwo dzieciaków, moi synowie przyjaźnili się z nimi. Gdy mieli 10 lat, pewna pani oskarżyła Jarka o to, że jest generałem. Dowodził grupą dzieci – bitwy były na porządku dziennym.

Czy synowie zawsze trzymali się razem?
Nie. Mieli swoich przyjaciół. W szkole nie chcieli siedzieć w jednej ławce. Leszek częściej wysuwał się naprzód. W czasie jednego szkolnego przedstawienia bardzo chciał być konferansjerem. Został nim – na przedstawieniu stanął tyłem do publiczności, przodem do chóru. Wszystkich tym rozbawił. Jarek częściej dumał w samotności.

JAREK I POMIDOROWA

Czy łatwo poddawali się obowiązkom domowym?
Tak. Z tym że Jarkowi prace domowe szły łatwiej. Tak zostało do dnia dzisiejszego. Gdy po pracy wraca do domu – najczęściej późno – bierze się do drobnych porządków. Leszek był od kupowania.

A który z nich pomagał w kuchni?
Jarek. Choć nie powiem, by lubił gotować. Robił to, bo uważał za swój obowiązek. Gotował pomidorową i piekł kurczaki. Gdy zachorowałam, opiekował się mną. Właśnie wtedy najczęściej raczył mnie zupą pomidorową. Nie gotuje najgorzej.

Kiedy dowiedziała się Pani o tym, że synowie zaczęli działać w opozycji?
Na samym początku. Przyjaźniłam się z Janem Józefem Lipskim. Pracowaliśmy razem w Instytucie Badań Literackich. Od niego dowiedziałam się o tym, że Jarek wstąpił do KOR.

BUTY BEZ SZNUROWADEŁ

Nie starała się Pani ich powstrzymać? Prosiła, by przestali działać w opozycji?
Bałam się o nich i na początku starałam się ich powstrzymywać. Gdy wiedziałam, że mają wyjść, wyciągałam im sznurowadła z butów. Bez nich chyba nie pójdą – myślałam. Ale zawsze szli. Później pogodziłam się z ich decyzją. Czułam, że postępują słusznie, chyba byłoby dziwnie, gdyby tego nie robili. Ale lęk pozostał. Leszek działał na Wybrzeżu. Pojechałam do niego, długo o tym rozmawialiśmy. Zrozumiałam, że tak po prostu musi być. Marylka – moja synowa – powiedziała do mnie wówczas: „nie gniewaj się na mnie, ale nie potrafię go powstrzymać”. Jak w walizce zamknąć wiatr? Oczywiście, że nie miałam do niej żadnych pretensji, znam swoich synów. Modliłam się za nich, cóż mogłam więcej robić?

Kiedy bała się Pani najbardziej o synów?
W 1968 r. i wówczas, gdy Leszek został internowany. Doszła do mnie wiadomość, że jest w więzieniu w Czarnym. To było bardzo ciężkie więzienie. Na szczęście niebawem okazało się, że osadzono go w Strzebielinku. Uspokoiłam się nieco. Syn bardzo się rozchorował. Internowani odmawiali jedzenia, jedli tylko to, co przysyłały im rodziny. Moja siostra stryjeczna, która wyszła za mąż za Anglika, przysyłała nam paczki. Zawoziłam je Leszkowi.

POGRYŹĆ BRATA

Czy synowie tworzyli zespół braci, czy byli dwiema niezależnymi indywidualnościami?
Zawsze byli szalenie wobec siebie lojalni. Nigdy nie doszło do tego, by jeden wystąpił przeciwko drugiemu. Owszem, kłócili się, bili, gryźli, ale to nic nie znaczyło. Nie było takiego momentu, w którym nie mogliby na siebie liczyć.

Czym Jarosław różni się od Lecha?
Jarek jest typem samotnika. Ma przyjaciół, wypróbowanych od lat, ale nie otacza się tłumami. Odpoczywa, jeżdżąc po Polsce. W lesie, na wsi – spokojnie. Leszek lubi być wśród ludzi. Ma masę przyjaciół. W towarzystwie czuje się najlepiej. Jarek ma ogromne poczucie humoru. Wszystko potrafi przyjąć z dystansem, zawsze zażartuje. Musi naprawdę bardzo źle się czuć, by go opuścił dobry nastrój.

LECH PO JAROSŁAWIE

Jaką Pani jest teściową?
Chyba poprawną.

Mówi Pani synowej, jak powinna prowadzić dom, jak dbać o Pani syna?
Nie przyszłoby mi to do głowy. Poza tym myślę, że ona ma poczucie własnej wartości. Często doradza mi, jak mam się ubrać, nawet kupuje mi ubrania. Ja jej się poddaję, bo Maryla ma bardzo dobry gust.

Czy wiedziała Pani, że urodzi bliźniaki?
Nie. Dziesięć dni przed porodem akuszerka – matka Tadeusza Gajcego – powiedziała mojej mamie, że będą bliźnięta. Mama zachowała to przede mną w tajemnicy. Nie wiedziałam do końca. Gdy zobaczyłam drugie dziecko, byłam zupełnie zaskoczona. Pierwszy na świat przyszedł Jarek. Pamiętam, że miał sinoniebieską skórę. 45 minut później urodził się Leszek. Pierwszy rok był bardzo trudny. Ale następne już nie – chłopcy bawili się razem, potrafili zająć się sobą. Zaczęli mówić dość późno – mieli ponad dwa latka. Ale od razu pełnymi zdaniami. Domownicy i przyjaciele od dzieciństwa nazywali mnie „Dada”. Chłopcy podchwycili to i mówili tak też o sobie – w domu były przez to trzy „Dady”.

Kto wybrał synom imiona?
Gdy byłam w ciąży, postanowiłam, że jeśli urodzi się chłopiec, nazwiemy go Jarek, dziewczynce damy na imię Magdalena. Imię drugiego syna wybrał mąż z moją siostrą, miało przynosić szczęście. Jarosław to człowiek silny duchem, mocny.

Gdzie Państwo spędzaliście wakacje?
Najczęściej na wsi. Ciotce mojego męża – bardzo obrotnej osobie – udało się we wisi Ołdaki, niedaleko Łap, zachować niewielki mająteczek. Było tam mnóstwo zwierząt. Chłopcy przepadali za tym wiejskim odpoczynkiem, byli w swoim żywiole. Podczas wakacji towarzyszył im cioteczny brat – Jan.

REŻYSER, NIE AKTOR

Jak zostali aktorami w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”?
Mój szwagier zgłosił ich do eliminacji. Ale uczynił to w dość nietypowy sposób – na wyrwanej z zeszytu kartce napisał dane moich synów i przesłał do wytwórni filmowej. Inni kandydaci dostarczali swoje zdjęcia – a tu tylko imiona, nazwisko i adres. Twórców filmu rozbawiła forma zgłoszenia. Postanowili dowiedzieć się, kim są zareklamowani chłopcy. Przysłali mi zaproszenie na eliminacje. Synowie chcieli na nie pójść, więc poszliśmy.

Czy film przysporzył im popularności w szkole? Nauczyciele dawali im fory?
Koledzy przyjęli ich aktorstwo bardzo życzliwie. Nauczyciele gorzej. Niektórzy mówili, że film ich zdemoralizował. Synowie tak się tym przejęli, że poszli do spowiedzi. Trafili na bardzo dowcipnego kapłana. Ksiądz zapytał: „Byłeś amantem? – Nie? To nie masz grzechu”. Po „Dwóch takich” zapraszano nas na eliminacje do innych filmów. Synowie nie chcieli już występować. Mówili, że woleliby być reżyserami niż aktorami.

 

Źródło: Gazeta Polska

Tomasz Sakiewicz,Katarzyna Gójska-Hejke
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo