Telefon prowadzony przez aktywistki z Aborcyjnego Dream Teamu wypisywany jest dziś na murach kościołów i ścianach budynków. Aborcjonistki te przedstawiają się jako "nieformalna inicjatywa mająca na celu odtabuizowanie aborcji". 

Pierwsza z nich - Justyna Wydrzyńska - pisze o sobie: "Sama miałam aborcję, która okazała sie punktem zapalnym do wielu dobrych zmian w moim życiu". 

Druga - Natalia Broniarczyk - prezentuje się następująco:

"Dla wielu osób może to brzmieć dziwnie, ale temat aborcji naprawdę mnie fascynuje od wielu lat – czytam, piszę, badam, staram się codziennie przeciwdziałać stygmatyzacji aborcji. Parę lat temu przerwałam ciąże i to było ważne wydarzenie w moim życiu". 

Kolejna - Karolina Więckiewicz - oświadcza:

"W ADT [Aborcyjnym Dream Teamie] staram się przekonywać, że pomaganie i wspieranie się w aborcji to nic złego, nawet jeśli bywa interpretowane jako przestępstwo. Robię aborcyjne hafty.

Ostatnia, Kinga Jelińska, przedstawia się:

„Jestem kulturoznawczynią, dyrektorką międzynarodowej fundacji Women Help Women. Od ponad 13 lat wspieram, kocham i szanuję samoobsługę aborcyjną".

Wyłącznie na twoje ryzyko

Po wejściu na stronę aborcyjnydreamteam.pl od razu rzuca się w oczy grafika z napisem „Aborcja jest OK” i pytanie „Potrzebujesz aborcji?”. Wystarczą dwa kliknięcia, by zostać przekierowanym na portal fundacji Women Help Women, której dyrektorką jest Kinga Jelińska. A dokładniej na podstronę w języku polskim - zatytułowaną „otrzymaj aborcję medyczną (tabletki)”.

Wypełniliśmy umieszczony tam tzw. formularz konsultacyjny, przedstawiając się jako 17-letnia Kasia. Ów formularz to fikcja - zaledwie kilka pytań, m.in. „w jaki sposób potwierdziłaś, że jesteś w ciąży?” i „czy cierpisz na jedną z następujących chorób?”. Prawdziwość odpowiedzi oczywiście w żaden sposób nie jest weryfikowana. Jest też pytanie: „Czy chciałabyś podzielić się z nami powodami, które skłoniły cię do podjęcia decyzji o aborcji?”. Wśród odpowiedzi podanych do wyboru mamy m.in.  "nie jestem przygotowana teraz na kolejne dziecko", "nie chcę mieć dzieci", „dom jest zbyt mały” czy „ciąża może kolidować z moją pracą lub karierą". Żaden powód nie jest przeszkodą w pozyskaniu tabletek służących do uśmiercenia dziecka.

Na końcu formularza trzeba podać dane kontaktowe i zaakceptować „warunki użytkowania serwisu”. Oto fragmenty tego oświadczenia:

„Zgadzam się, że konsultanci i lekarze Women Help Women nie gwarantują, że lek służący antykoncepcji i / lub aborcji medycznej zapewni oczekiwane rezultaty. Rozumiem, że lekarstwa mogą mieć skutki uboczne, lub niepożądane działania i że użycie ich jest wyłącznie na moje ryzyko”. 

Po kilkudziesięciu minutach, o godz. 9:23, niepełnoletnia „Kasia” dostaje od Women Help Woman e-mail potwierdzający rejestrację „konsultacji”. Czytamy w nim:

„Gdy tylko zostanie potwierdzona twoja darowizna, twoja prośba o aborcję medyczną zostanie rozważona i emailem dostaniesz instrukcję dotyczącą zażycia lekarstw. Prosimy prześlij nam potwierdzenie dokonania przekazu darowizny w załączeniu do maila (w przypadku przelewu bankowego skan lub wyraźne zdjęcie potwierdzenia), przyśpieszy to nadanie twojej przesyłki”.

Gdyby doszło do komplikacji

Wkrótce przychodzi kolejna wiadomość: 

"Droga Katarzyno [...] Ponieważ jesteś nadal niepełnoletnia, musimy jednak zadać ci najpierw kilka bardzo ważnych pytań. Aborcja medyczna jest zabiegiem bardzo bezpiecznym i skutecznym, jeśli przeprowadza się go w pierwszych 9 tygodniach ciąży. Niemniej jednak może się zdarzyć, że dojdzie do komplikacji (takich jak np. bardzo silny krwotok) i kobieta potrzebować będzie szybkiej pomocy lekarskiej lub hospitalizacji. Dlatego ważne jest, abyś była przygotowana na taką okoliczność [...] Jest konieczne, aby ktoś bliski i pełnoletni wspierał cię podczas zabiegu, tak aby mógł pomóc ci, gdyby doszło do komplikacji”. 

Niestety - w tych przestrogach nie chodzi o troskę o zdrowie nastolatki, lecz o uniknięcie konsekwencji prawnych dla organizatora nielegalnego procederu, czyli Women Help Women i Aborcyjnego Dream Teamu. W dalszej części e-maila przedstawicielka fundacji pisze:

„Pamiętaj, że w razie konieczności zwrócenia się o pomoc do lekarza lub do szpitala nie jest konieczne informowanie lekarzy o przeprowadzeniu zabiegu, możesz zawsze powiedzieć, że podejrzewasz poronienie, objawy są dokładnie takie same. Niemniej jednak musisz pamiętać, że w wypadku hospitalizacji lekarz bardzo prawdopodobnie wezwie twoich rodziców. Ważne jest więc, aby oni również wiedzieli, co robić i co mówić w takiej sytuacji. Musisz bowiem wiedzieć, że o ile kobiety dokonujące aborcji nie podlegają żadnej odpowiedzialności prawnej, karze natomiast podlegają osoby, które im w tym pomagają”. 

Wiadomość kończy się następująco: „Prosimy rozważ raz jeszcze bardzo dokładnie twoją sytuację i zastanów się, kto mógłby ci pomóc w czasie zabiegu. Jeśli byłoby to możliwe, chcielibyśmy mieć kontakt również z tą osobą”. 17-letnia „Kasia” odpowiada, że o wszystkim wiedzą pełnoletni brat i pełnoletnia siostra cioteczna, u której odbędzie się zabieg. Aborcjonistom z fundacji Women Help Women to tłumaczenie całkowicie wystarcza. Ostatecznie - wbrew temu, co pisali wcześniej - nie chcą nawet kontaktu do żadnej z tych wymyślonych osób.

Wszystko załatwione

Tego samego dnia o godz. 15:41 - czyli sześć godzin po nawiązaniu pierwszego kontaktu - wszystko jest załatwione

„Droga Katarzyno, Jeśli mogłabyś przeprowadzić zabieg przy wsparciu swojej ciotki, to mogłoby być dobrym rozwiązaniem. Przekazujesz darowiznę do niezależnej fundacji o nazwie Women´s Wallet, która wspiera działalność wielu międzynarodowych organizacji i ruchów feministycznych skupionych na szeroko rozumianych prawach kobiet"

- czytamy w ostatnim e-mailu (aborcjonistki tak dokładnie czytają wiadomości od dziewczynki, że jej "siostrę cioteczną" nazywają "ciotką"). Przedstawicielka fundacji podaje następnie szczegóły dotyczące przeprowadzenia transakcji, w tym numer konta i adres fundacji o nazwie Women's Wallet. Wiadomość kończy się słowami: „Kiedy transakcja bankowa zostanie zaksięgowana, prosimy o przesłanie w załączniku do maila skanu lub zdjęcia potwierdzenia zrealizowanego przelewu”. To jedyny skan, jakiego w całej konwersacji fundacja wymaga od nastoletniej dziewczyny przed wysłaniem tabletek.

Po trzech dniach od tej wiadomości przychodzi przypomnienie: „Co u Ciebie? Kilka dni temu otrzymałyśmy od Ciebie prośbę o pomoc [...] Gdy tylko zostanie potwierdzona Twoja darowizna, Twoja prośba o pomoc zostanie rozważona i emailem dostaniesz instrukcję dotyczącą zażycia lekarstw. [...] Darowiznę można przekazać na dwa sposoby [...]” etc.

Co stałoby się, gdybyśmy wpłacili „darowiznę” w kwocie minimum 75 euro? Na podany przez nas adres przyszłaby przesyłka zawierająca tabletki poronne: mifepriston oraz misoprostol (nazywana przez Aborcyjny Dream Team M&M-sami, w nawiązaniu do popularnych drażetek). „Lekarstwa są wysokiej jakości i zostały wyprodukowane przez renomowane firmy farmaceutyczne” - zapewnia fundacja Women Help Women, ale żadnej dokładnej informacji, z jakiego źródła pochodzą leki i w jaki sposób zostały pozyskane, nie podaje. A więc niepełnoletnia dziewczynka może w ciągu kilku godzin zamówić taki zestaw, by zaaplikować go sobie bez żadnego nadzoru medycznego. I na własne ryzyko, do czego musi się zobowiązać. W razie „komplikacji” w szpitalu ma zaś kłamać, że do wszystkiego doszło w sposób naturalny. 

Tropem pieniędzy

Jak ustaliliśmy, jednym z donatorów Aborcyjnego Dream Teamu (ADT), który funkcjonuje jako pośrednik i medialna „twarz” całego powyższego procederu, jest Fundusz Feministyczny FemFund. Wspiera on zresztą nie tylko inicjatywy proaborcyjne, ale też środowiska LGBT oraz organizacje zrzeszające prostytutki, które nazywa dumnie „pracownicami seksualnymi” (oto opis jednej z dotowanych organizacji: „członkinie grupy chcą wspierać i wzmacniać inne osoby zajmujące się pracą seksualną oraz te, które mogą być zainteresowane taką pracą w przyszłości”). Kto finansuje FemFund, czyli grantodawcę ADT?

Fundusz wspierają m.in. Global Fund Community Foundations (sponsorowany z kolei przez George'a Sorosa), polska Fundacja Batorego (założona i sponsorowana przez Sorosa), Open Society Foundations (należąca do Sorosa), holenderska proaborcyjna fundacja Mama Cash (którą subsydiują z kolei m.in. fundacja Billa i Melindy Gatesów, jedna ze szwedzkich agencji rządowych i holenderski MSZ) oraz niemiecka fundacja Filia.

Fundacja Women's Wallet (WW), która otrzymuje darowizny od kobiet i dziewczynek chcących w Polsce za pośrednictwem ADT dokonać aborcji, zarejestrowana jest w Amsterdamie. Jak sprawdziło „Nowe Państwo” w raportach finansowych WW, tylko w 2018 r. dochody tego podmiotu wyniosły niemal 800 tys. euro, czyli ok. 3,5 mln zł. Z tej kwoty 538 tys. euro przeznaczone zostało na „wydatki związane z projektami grantowymi”, a 137 tys. euro na koszty operacyjne (wydatki na personel, konsultantów, wolontariuszy itd.). 

Women's Wallet od sierpnia 2014 r. ma podpisaną umowę z Women Help Women. Jak już wspominaliśmy - dyrektorem wykonawczym tej ostatniej jest Kinga Jelińska, reprezentująca również ADT. W oficjalnych dokumentach WW czytamy: „Women's Wallet uważa Women Help Women International za podmiot powiązany ze względu na bliską współpracę i relacje z tym podmiotem. Transakcje i/lub usługi są realizowane na warunkach rynkowych”. Szczegóły i skala tych transakcji pozostają tajemnicą.

Nie ma jednak wątpliwości, że to te dwa podmioty odpowiedzialne są za prowadzenie bezprawnego procederu dostarczania aborcyjnych zestawów do Polski. Do tego dla osób niepełnoletnich i za pieniądze, zwane eufemistycznie „darowiznami”.


Artykuł to zaktualizowana wersja tekstu, jaki ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika "Nowe Państwo"