To samo uczucie, co rodziny Władysława Okrasy, było dziś udziałem rodzin kaprala Jana Gębury, plutonowego Adolfa Petzelta, kaprala Bronisława Peruckiego oraz legionisty Józefa Kity, których szczątki zidentyfikowano. Kolejnych czterech bohaterów z Westerplatte jeszcze czeka na identyfikację.

Wyśmiewanie „obciachu” uroczystości rocznicowych stało się rytuałem w mediach - tych postkomunistycznych i tych niemieckich - w ostatnich tygodniach. Tym razem skapitulowały. Nie dało się. Wybrały przemilczanie.

Uroczystości były dokładnie takie jak powinny być – wzruszające, podniosłe, ale bez drętwej mowy, a w sferze symboliki wymowne, nawet trochę zadziorne. Rzędy młodych ludzi, trzymających o 4:45 nad ranem zapalone pochodnie, podobne do kibicowskich rac, które stały się już symbolem pokoleniowym, ustawione wzdłuż drogi do pomnika – chyba czuć w tym było rękę Karola Nawrockiego, dyrektora Muzeum II Wojny Światowej, wieloletniego kibica Lechii Gdańsk. Skomponowany specjalnie na tę uroczystość świetny „Marsz Bohaterów Westerplatte”, wpadający w ucho i chwytający ze serce - tak, da się w dzisiejszych czasach skomponować wojskowy marsz, który mógłby być czołówką serialu i powinien stać się rozpoznawalny dla każdego Polaka (wygooglajcie!).

No więc dlaczego szczątki odnajdujemy dopiero teraz? Niemal wszyscy Polacy zdawali sobie sprawę, że z końcem komunizmu, trzeba będzie odkłamać Katyń i 17 września i sowieckie wywózki. Natomiast świadomość, że trzeba odkłamać także to, co komuna mówiła o zbrodniach niemieckich, a w szczególności ofiarach Niemców, była minimalna.

Niesłusznie – zasada, że komuniści kłamią zawsze i w każdej sprawie, potwierdziła się i w tym przypadku. Komuniści o zbrodniach Niemiec mówili dokładnie tyle, ile było dla nich opłacalne. Za komuny odsłaniano pomniki ofiar Niemców, by wychwalać Związek Sowiecki, zwany wtedy Radzieckim, który nas od nich „wyzwolił”. I straszyć niemieckim rewizjonizmem: nie podnoście ręki na polsko-radziecką przyjaźń, bo Niemcy – ci źli, zachodni - zabiorą nam Wrocław i Szczecin.
Natomiast pomijano to wszystko, co nie pasowało do ich zakłamanej wersji historii – w tym przede wszystkim bohaterską postawę przedwojennych elit. Szczątków obrońców Westerplatte, tych samych o których w podstawówce mówiono nam w czasie rozpoczęcia roku szkolnego, nie szukano po prostu dlatego, że nie były komunistom do niczego potrzebne.

Sowieckie podejście do ludzkich szczątków, importowane ze wschodu, najlepiej oddaje w sumie zabawna w swym tragikomizmie historia, którą opisała Joanna Siedlecka w książce „Mahatma Witkac”. Oto w PRL, gdzie do 1956 r. twórczość Witkacego była zakazana, a potem ledwo tolerowana, po tym jak UNESCO ogłosiło rok 1985 Rokiem Witkacego, zapanowała panika. W końcu w porozumieniu z Moskwą ustalono, że reżim Jaruzelskiego jednak uznaje znaczenie Witkacego i postanowiono sprowadzić jego szczątki z ZSRR, bo to na dawnym polskim Polesiu, które znalazło się w granicach ZSRR, popełnił on 17 września 1939 samobójstwo.

Wykopania z grobu ciała dokonały lokalne sowieckie władze, w asyście prokuratora, milicjantów oraz dwóch polskich konsulów. Ukraiński antropolog wobec radości urzędników, że udało im się wykazać przed partią i wykopać zaskakująco dobrze zachowany szkielet, nie przeprowadził żadnych ekspertyz. Tymczasem na malutkim cmentarzyku na Polesiu w tym samym miejscu pochowano już zapewne kilkukrotnie inne osoby… Rodzinę, która stwierdziła, że to nie jest szkielet Witkacego, sterroryzowano groźbami. A potem z wielką pompą i udziałem władz państwowych pochowano w Zakopanem szczątki… kobiety.

Niemieckie zbrodnie na ziemiach zachodnich, w tym w szczególności eksterminacja elity, były bliźniaczo podobne do zbrodni katyńskiej. Do likwidacji wytypowano 60 tys. osób. Anna Piasek-Bosacka, autorka filmu „Operacja Tannenberg”, z którą rozmawiałem w moim programie „Wywiad z chuliganem” wyliczyła: „To byli przedstawiciele elit, ale także społecznicy, ludzie zaangażowani w swoje społeczności lokalne. Wytypowali 60 tys. takich osób. 40 tys. z nich udało się im wymordować. To dwa razy tyle, co w Katyniu. Mordowano ich w bestialski sposób, np. w publicznych egzekucjach na ryneczkach małych miasteczek, gdzie spędzano całą ludność”. Fort VII w Poznaniu był drugim Katyniem.

To nie byli ludzie, o których chciałby się upominać inny okupacyjny reżim. Najbardziej wstrząsająca jest jeszcze jedna rzecz, o której mówi Piasek-Bosacka: otóż kiedy Niemcy odkryli Katyń, zrozumieli, że po latach można zidentyfikować ofiary i ich losy. Po guzikach, medalikach, listach. Dlatego nie powtórzyli tego błędu. W 1944 r., gdy Niemcy zdali sobie sprawę, że przegrywają wojnę, zaczęli… wykopywanie tysięcy trupów zabitych kilka lat wcześniej przedstawicieli polskich elit i palenie ich, by uniknąć odpowiedzialności. I rzeczywiście żadnej odpowiedzialności nie ponieśli. To jest ta wstrząsająca prawda, o której wszyscy powinni wiedzieć…

I jeszcze jedno na koniec: obchody na Westerplatte były autentyczne także dlatego, że nie musieliśmy słuchać mowy Aleksandry Dulkiewicz. Słuchanie przemówienia, w którym ani razu nie padnie słowo Niemcy, natomiast na 100 procent znajdzie się zakamuflowana sugestia, że niebezpiecznym kontynuatorem nazistów jest PiS i inni nietolerancyjni ludzie, których nie brak w każdym narodzie, mamy z głowy. Czujecie się Państwo duchowi ubożsi, nie wysłuchawszy tym razem tego przesłania?