Bohaterkami dokumentu „Dobra zmiana” są dwie Marty. Jedna z nich to typowa Europejka - woli, gdy mówi się o niej „Tita”, mieszka w przestronnym apartamencie w Warszawie, wspólnie z mężem wychowuje nastoletnią córkę i każdą wolną chwilę spędza na… manifestacjach Komitetu Obrony Demokracji, z którym „jest od początku”. W jego ramach szefuje organizacji zajmującej się animowaniem protestów: prowadzeniem „dopingu”, malowaniem transparentów i propagowaniem ulotek. Jak sama mówi, walczy o to, by jej córka mogła żyć w lepszym kraju. „Lepszy” oznacza dla niej świecki, liberalny i otwarty na Europę.

Druga Marta wydaje się kobietą z innej bajki - jest starsza (w zasadzie mogłaby być mamą „Tity”), co nie oznacza, że mniej aktywna. Na co dzień jest komendantką Okręgu Śląskiego Strzelców Rzeczypospolitej i przewodniczącą gliwickiego Klubu „Gazety Polskiej”. Jest typowym społecznikiem (niektórzy mogliby ją nawet nazwać feministką): zaangażowana w lokalne inicjatywy - ćwiczenia strzeleckie, biwaki dla młodzieży i wszelkie wydarzenia o charakterze patriotycznym. Jest również zaangażowaną katoliczką - uczestniczy w cotygodniowych Mszach Świętych, a na miesięcznicach smoleńskich modli się za dusze ofiar katastrofy rządowego Tupolewa.

Ku pozytywnemu zaskoczeniu, nie ma w sobie niczego, co moglibyśmy przypisać „stereotypowemu PiS-owcowi” z mrocznych opowieści dzisiejszej opozycji. Owiany złą sławą „moherowy beret” zamieniła na wojskowe nakrycie głowy (jej ojciec był jednym z tzw. „Cichociemnych”), poświęca dużo czasu rodzinie, zwłaszcza wnukom, jest kobietą ciepłą i inteligentną. Co ciekawe, silne zaangażowanie w życie polskiej prawicy i wyraźna sympatia dla ekipy rządzącej, nie przeszkadza jej w utrzymywaniu kontaktów z przyjaciółmi o odmiennych poglądach.

Co, poza wspólnym imieniem, może łączyć te dwie kobiety? Tym, co nasuwa się na myśl jako pierwsze, jest zwykła troska o kraj. To, jak obie bohaterki definiują jego dobro, jest czymś całkowicie odmiennym. Dla Tity wolna Polska oznacza brak obowiązkowej religii w szkole, dla Marty - obronę przed falą imigrantów. Mimo tego ani jednej, ani drugiej, nie można odmówić zaangażowania w  urzeczywistnianie idei, w które wierzą: - Tita, gdy czuje się potrzebna podczas protestu pod Sejmem, mimo zapalenia krtani chwyta za megafon i zagrzewa „do walki” zgromadzonych protestujących, Marta - nie przejmując się obelgami kontrmaniferstujących, z dumą pozuje pod pomnikiem marszałka Piłsudskiego, dzierżąc w ręku transparent Klubu „GP”.

Konradowi Szołajskiemu, reżyserowi „Dobrej zmiany” udaje się trudna sztuka zachowania bezstronności. Twórca nie faworyzuje żadnej z bohaterek i trudno właściwie odgadnąć, jakie on sam ma poglądy na poruszane w filmie tematy (choć fakt, iż Polski Instytut Sztuki Filmowej odmówił dofinansowania dokumentu, a jednym z patronów filmu jest Radio TOK FM, nasuwa pewne skojarzenia). Dzięki temu, że autor zachowuje perspektywę zewnętrznego obserwatora, możemy łatwiej przyjąć perspektywę samych bohaterek - niezależnie od tego, czy znajdujemy się właśnie na spotkaniu Klubu „Gazety Polskiej” w towarzystwie prezydenta Dudy, czy ministra Antoniego Macierewicza, czy wspólnie z „Titą” marzniemy w przyczepie KOD-u pod Kancelarią Premiera.

Trudno łudzić się, by „Dobra zmiana” rzeczywiście okazała się zmianą w myśleniu najbardziej zatwardziałych przedstawicieli obu stron sporu politycznego. Pokazują to pierwsze komentarze dziennikarzy niekryjących się z antyrządowymi poglądami:

Konrad Szołajski nakręcił film o dobrej zmianie, który pokazuje jak zło podpełza pod drzwi

- pisze związany z „Gazetą Wyborczą” Marcin Kącki.

Nie trudno się domyślić, że tym „złem” jest według Kąckiego polityka prowadzona przez ekipę rządzącą. Szkoda, że redaktor wyniósł z filmu tylko potwierdzenie własnych tez. Dużo bliżej mi do opinii Piotra Fronczewskiego:

Konrad opowiada o naszym świecie uważnie obserwując dwie kobiety. Każda z nich jest interesująca. - i stoją dokładnie po dwóch stronach politycznej barykady. Oczywiście jedna z nich jest mi ideowo znacznie bliższa, niż druga, ale jakoś  tak jest w tym filmie, że lubimy obie i przez to mamy problem - trochę jak w rodzinie, gdy dochodzi do rozwodu - cholernie głupio, że się ludzie tak rozeszli, co z tym teraz zrobić?

- zastanawia się aktor.

Cóż, twórcy „Dobrej zmiany” na to pytanie nie odpowiadają, ale w zamian, jako widzowie otrzymujemy coś równie cennego: możliwość zatrzymania się, odłożenia na bok własnych  utartych schematów i bezbolesną okazję do wniknięcia za tę stronę muru, za którą na co dzień wolelibyśmy nie spoglądać.

„Dobra zmiana” od 12 października w kinach.