4 grudnia w Rosji odbędą się wybory do Dumy. Wynik raczej nikogo nie zaskoczy, w mediach mówi się wyłącznie o Jednej Rosji. Inne ugrupowania się nie liczą. Co się dzieje z rosyjską opozycją?
To są strzępy, porozrzucane kawałki. Odrębny blok tworzy Borys Niemcow, lider partii Sojusz Sił Prawicowych (SPS), odrębny Władimir Ryżkow, przewodniczący Partii Republikańskiej Rosji (RPR). Jest jeszcze były minister finansów i premier Michaił Kasjanow i jego Rosyjski Sojusz Ludowo-Demokratyczny. Żadnemu z tych polityków nie udało się stworzyć silnej partii opozycyjnej. Organizują wspólne akcje z komunistami i faszystami, zamiast twardo i zdecydowanie nawoływać do bojkotu władzy. A trzeba wiedzieć, że Kreml niczego nie boi się bardziej niż bojkotu. Panuje straszne rozdrobnienie. Pojedynczy ludzie, jak np. Konstantin Borowoj z Partii Swobody Gospodarczej, usiłują postawić na nogi jakiś konkretny ruch, ale co z tego, kiedy ludzie, zwłaszcza mający wiele do stracenia przedsiębiorcy, boją się angażować w politykę i walczyć o swoje prawa. W mojej partii, czyli w Sojuszu Demokratycznym, brakuje ludzi, być może w Rosji nie ma też zapotrzebowania na ruch liberalny. Poza tym popieranie partii biednej, mającej nikłe widoki na pozyskanie dużego elektoratu nie cieszy się specjalną popularnością. Kreml rozdeptał opozycję. Anatolij Czubajs, uważany za ojca rosyjskiej prywatyzacji, narzeka dziś, że nie ma na kogo głosować, więc nie pójdzie na wybory. Tyle że jeszcze dwa lata temu na zlecenie Kremla niszczył Sojusz Prawych Sił (SPS). Gdzie w tym logika?
Czy nie uważa Pani, że to ironia losu, kiedy o komunistach mówi się dziś w kontekście opozycji?
Komuniści nigdy nie byli opozycją dla obecnej władzy. Opozycja ma inny program i inne cele niż partia rządząca, a tu cele są zbieżne. Chodzi o powrót do koryta. Na całym świecie zadaniem opozycji jest wskazywanie lepszej drogi, ta prawidłowość omija jednak rosyjski parlament. Mamy partię oszustów i złodziei, czyli Jedną Rosję, mamy partię bandytów, tworzoną przez komunistów, i skrajnie nacjonalistycznych populistów z Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR). W wyborach wezmą też udział takie partie, jak Słuszna Prawda i Sprawiedliwa Rosja, oraz zdrajcy demokracji z Jabłoka. Żadnej z tych partii nie wróżę powodzenia.
W zachodnich mediach często pobrzmiewają głosy, że jedyną partią, która może stanowić realną opozycję wobec Jednej Rosji jest ugrupowanie Jabłoko a pani nazywa ich zdrajcami demokracji…
To są ludzie, którzy chętnie by przyszli na gotowe. Gdyby komuś udało się zmienić sytuację, tak jak to kiedyś zrobił Jelcyn, oni natychmiast weszliby do parlamentu, usiedli i zaczęli lamentować nad wszechobecnym bezprawiem.
Socjaldemokraci mają to do siebie, że lubią dzielić się tortem upieczonym przez innych. Kiedy zostają same okruchy, socjaldemokrata ulatnia się wraz z nimi. W Rosji nadal nie ma kapitalizmu z prawdziwego zdarzenia, więc ludzie ci nawet nie maja nad czym debatować. Poza tym to nie są socjaldemokraci w tradycyjnym, zachodnim znaczeniu. Są dziećmi Związku Sowieckiego. W programach zawsze akcentowali, że nigdy nie podniosą ręki na komunistów, że to nasze wnuki będą chować Lenina, nie my.
Przykład: kiedy w Rosji zrezygnowano z wyborów gubernatorskich, frakcja Jabłka w samorządzie Moskwy głosowała za kandydaturą wyznaczonego przez Putina Jurija Łużkowa. Nawet gdyby Łużkow był z czystego złota, a zamiast oczy miałby diamenty, głosowanie za jego kandydaturą oznaczałoby zgodę na to, że gubernatorzy są wyznaczani, a nie wybierani. SPS wyrzucił wtedy członka, który zagłosował za Łużkowem a lider Jabłka Grigorij Jawliński zaakceptował wybór moskiewskiego samorządu. Na sfinansowanie kampanii wyborczej Jabłko otrzymało 3 mln. dolarów. Wystawiono ich dla zachowania pozorów, dla przyciągnięcia uwagi inteligencji i obłaskawienie Zachodu. Płacą za to m.in. głosząc publicznie, że lata 90-te były koszmarne i że wszystkiemu są winni Gajdar oraz Jelcyn, ale nie Putin.
Na sfinansowanie kampanii wyborczej Jabłoko otrzymało 3 mln. dolarów. Wystawiono ich dla zachowania pozorów, dla przyciągnięcia uwagi inteligencji i obłaskawienie Zachodu. Płacą za to m.in. głosząc publicznie, że lata 90-te były koszmarne i że wszystkiemu są winni Gajdar oraz Jelcyn, ale nie Putin.
Niektórzy uważają, że głównym rywalem Putina w wyborach mógłby być np. oligarcha Michaił Chodorkowski, gdyby nie siedział w więzieniu.
Chodorkowski to więzień sumienia. Na działacza politycznego się raczej nie nadaje, bo nie ma określonych poglądów. Nie miał ich zresztą też przed aresztowaniem. To, co on głosi, to nawet nie jest skrajny liberalizm. To postkomunistyczne spojrzenie na demokrację. Czyli coś w rodzaju socjaldemokracji zlepionej z programu laburzystów i byłych mienszewików. Nie widzę go w roli działacza politycznego. Kiedy był na wolności, to nie tylko wspierał finansowo kampanię wyborczą partii Jabłoko i SPS, ale także komunistów.
Kreml twierdzi, że opozycja przeprowadzi w trakcie wyborów manifestacje na ulicach Moskwy, by je zakłócić. To realna możliwość, czy zagrywka propagandowa rosyjskich władz?
Protesty mogłyby się odbyć nawet kilka dni przed wyborami. To bez znaczenia, bo to i tak nic nie zmieni. Tak naprawdę, w Rosji nie ma wyborów. To jest propagandowa impreza organizowana przez władze. Nawet te niewielkie osiągnięcia, których dokonano w epoce Jelcyna, zostały unicestwione. Ludzie już nie potrafią wybierać. Więc głosują jak im nakażą władze, albo słuchają się blogera, adwokata Aleksieja Nawalnego i idą głosować na komunistów i faszystów. Wszystko po to, żeby ich głos nie otrzymał Kreml. Prawdziwego bojkotu wyborów, który miałby siłę rażenia, nie ma. Wszyscy nawołują do tego, także opozycja, by iść na wybory i głosować na jakąkolwiek partię oprócz Jednej Rosji, czyli do wsparcia swym głosem zwykłych bandytów i nacjonalistów. Albo mówią, żeby rysować na kartach do głosowania diabełki, by stały się nieważne. To wszystko jednak nieuchronnie prowadzi do wysokiej frekwencji wyborczej, co służy Kremlowi do legitymizacji wyniku głosowania.
Tak naprawdę, rosyjskie władze boją się bowiem wyłącznie pustych lokalów wyborczych. Dla Kremla jest bardzo ważne, by przy urnach panował tłok. Koniec końców więc, takie akcje protestacyjne działają przeciwko protestującym. Oddawanie głosów na nacjonalistów czy komunistów nie jest lepsze od głosowania na Jedną Rosję. Protestować trzeba w imieniu demokratycznej zachodniej alternatywy. Rosyjskie władze zresztą wszystkiego się boja. Nawet gdy na placu Puszkina w Moskwie protestuje 200 osób. Myślę, że kremlowska młodzieżówka Nasi, która przyjedzie do Moskwy po kilka razy głosować na wyborach, potem zostanie rozstawiona na każdym placu, żeby nie można było tam zorganizować manifestacji.
Wywiad ukazał się w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"
