Za rok o tej samej porze – moje proroctwo

„To był dobry rok!” – stwierdził prezydent IV RP pod koniec 2016 r. I miał rację. Mimo początkowych euroszykan i zmasowanego ataku zachodnich mediów, częściowego embarga i prób nakładania sankcji ekonomicznych. O ich porażce zdecydowało stanowisko Konfederacji Międzymorza, luźnego sojuszu państw Europy Centralnej i Wschodniej, powołanego po szczycie NATO w Warszawie, na którym do wspólnoty obronnej przyjęto Ukrainę.

W rocznicę wyborów, 25 października, uchwalono nową konstytucję, wprowadzającą w Polsce system prezydencki i ordynację mieszaną – połowa posłów miała zostać wybrana w okręgach jednomandatowych, a połowa z list partyjnych. W powtórzonych w listopadzie wyborach samorządowych wyłoniono również w głosowaniu powszechnym prezesów sądów i prokuratorów. Ideologia gender została zabroniona na równi z faszyzmem i komunizmem. Powołano też Trybunał Narodowy w celu osądzenia afer i zbrodni III RP. Uchwalenie ustawy zasadniczej stało się możliwie po rozpadzie Platformy Obywatelskiej, jak się okazało – trwale niezdolnej do wyłonienia silnego przywództwa. W rozsypkę poszła również tzw. Nowoczesna PL. Jednocześnie po utracie immunitetów i mandatów poselskich kilkunastu posłów byłej koalicji, którym udowodniono korupcję i działanie na szkodę państwa, do parlamentu weszło sporo nowych posłów, chętnych do działania w biało-czerwonym zespole. Po zrealizowaniu zapowiedzianych reform poparcie dla rządu sięgnęło jesienią 70 proc. PSL praktycznie przestał istnieć.

Kończący kadencję Donald Tusk zwrócił się z prośbą o azyl w Peru.

W obliczu wielkich starć na tle religijnym, które latem wraz z nową wielką falą uchodźców nastąpiły na terenie Francji i Niemiec, do Paryża przybyły oddziały amerykańskie, a bratniej pomocy Niemcom udzieliły państwa Międzymorza pod kierownictwem Polski, Czech i Węgier, a część ich wojsk pozostała na stałe w bazach na terenie dawnej DDR. Zrewidowano projekt klimatyczny na rzecz zalesienia i rekultywacji Sahary poprzez stworzenie wewnętrznego morza, nad którym postanowiono osiedlić wszystkich muzułmanów niechcianych w Europie. Równocześnie po referendach przeprowadzonych w większości krajów europejskich przywrócono karę śmierci za terroryzm.

Jesienią pucz wojskowy w Rosji obalił prezydenta Władimira Putina. On sam do końca roku nie został odnaleziony. Przypadkowo zbiegło się to z wydaniem w Warszawie i Waszyngtonie ostatecznego raportu komisji Nowaczyka–Szuladzińskiego–Biniendy.

W maju ukazał się ostatni numer „Gazety Wyborczej”. Koncern Agora ogłosił bankructwo, a część dziennikarzy przeszła do pisemka – organu Komitetu Obrony Demokracji pt „Żołnierz Wolności”. TVN wystawiona na giełdzie przeszła w ręce wielu prywatnych akcjonariuszy, a w Polsacie większość właścicielską uzyskały spółki skarbu Państwa.

„To był dobry rok, ale liczę, że następny, 2017, będzie, z Bożą pomocą, jeszcze lepszy” – zakończył swoje wystąpienie Prezydent.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Rząd pomaga realnie

Tureckie standardy we Francji

Wycinanka z racji stanu

Jak wyjść z kryzysu

Rząd może znacznie ograniczyć obecny kryzys polityczny. Nie musi przy tym wcale rezygnować ze swojego programu. Wystarczy, że zamieni młot pneumatyczny na bardziej wyszukane narzędzia.

Od około półtora roku funkcjonujemy w otoczeniu permanentnego kryzysu politycznego. Oczywiście, gdy do władzy dochodzi środowisko zamierzające rozbić istniejące hierarchie w większości obszarów życia społecznego, musi się liczyć z ogromnym oporem materii. Na zmianie porządku społecznego zawsze tracą jakieś grupy, więc trudno, żeby były z tego faktu zadowolone. Jednak finalnie odium napięć społecznych zawsze spada na ekipę rządzącą. To rządzący odpowiadają za sytuację w kraju i to oni są rozliczani przy urnach przez wyborców. Mają też zdecydowanie więcej narzędzi prowadzenia swojej polityki niż opozycja, tak więc oczekiwania wobec nich powinny być znacznie większe. Niestety tych narzędzi obecna ekipa rządząca w pełni nie wykorzystuje.


Trzy kryzysy


Kryzys polityczny, który wybuchł w reakcji na wprowadzane przez PiS zmiany, można podzielić z grubsza na trzy główne formy. Po pierwsze, przejawia się w napięciach społecznych, najbardziej widocznych na ulicy w postaci demonstracji. Które jak na niechętnych demonstrowaniu Polaków na pewno nie były małe – mowa tu szczególnie o demonstracjach przeciw reformie sądów. Po drugie, przejawia się jako kryzys relacji z instytucjami UE – czego efektem postępowania przeciw Polsce w sprawie praworządności (Trybunał Konstytucyjny, reforma sądownictwa), Puszczy Białowieskiej oraz uchodźców. Po trzecie, ma formę ciągłego kryzysu parlamentarnego – sejmowych awantur, wściekłych słów rzucanych przez wszystkie strony z mównicy oraz obstrukcji parlamentarnej, czego efektem było nawet przeniesienie obrad do innej sali.
Rządzący nie mogą ignorować wyżej zarysowanego kryzysu, kwitując go twierdzeniem, że to „krzyk odrywanych od koryta”. Odpowiedzialna za wewnętrzną i zewnętrzną sytuację w kraju władza powinna tak prowadzić swoje działania, by zminimalizować niepokoje. Pełzający kryzys parlamentarny jest nie do uniknięcia. Po pierwsze, jest na rękę opozycji, po drugie, jego zakończenie wymagałoby większej współpracy z partiami opozycyjnymi, a te są zupełnie beznadziejne. Poza głośno wyrażanym sprzeciwem wobec zmian nie są w stanie wyartykułować żadnych własnych rozwiązań, więc trudno tu znaleźć pole do rozmowy. Jednak kryzysy społeczny i unijny zdecydowanie można jeśli nie zredukować do zera, to przynajmniej znacznie ograniczyć.


Znaleźć sojuszników


Środowiska bliskie PiS-owi często żalą się na strategię opozycji określaną jako „ulica i zagranica”. Opiera się ona na wykorzystaniu swoich kontaktów w społeczeństwie obywatelskim i wśród polityków zagranicznych do wsparcia własnych postulatów. Pytanie tylko, dlaczego ta strategia musi być zarezerwowana tylko dla opozycji? Wygląda to tak, jakby rządzący w ogóle nie brali pod uwagę możliwości znalezienia własnych stronników wśród organizacji społecznych czy unijnych urzędników. Społeczeństwo obywatelskie w strategii obecnej władzy niemal nie istnieje – zrezygnowała ona z konsultacji społecznych przy kluczowych ustawach, nie stara się przekonać do swoich argumentów organizacji pozarządowych, by ją wsparły, tak jak wiele z nich wspiera postulaty opozycji. NGO-sy w narracji PiS-u występują prawie wyłącznie jako finansowane z zagranicy czarne charaktery. Tymczasem wiele z nich mogłoby wesprzeć poszczególne reformy, gdyby tylko zostały potraktowane poważnie i podmiotowo – tzn. gdyby miały jakiś wpływ na kształt tych reform. Mowa tu chociażby o Klubie Jagiellońskim, Fundacji Republikańskiej i wielu innych.


Także wśród brukselskich urzędników PiS może znaleźć sojuszników. Nie jest prawdą, że wszyscy oni są reprezentantami paneuropejskiego liberalizmu. Wielu polskich urzędników KE niższego szczebla wspiera postulaty zwiększenia suwerenności gospodarczej naszego kraju i robiło sobie duże nadzieje po zwycięstwie wyborczym PiS-u. Każdy kraj UE ma swojego komisarza i innych urzędników wyższego szczebla, więc mają je także kraje, z którymi Polsce po drodze w wielu sprawach. Tych naturalnych sojuszników powinien wykorzystać rząd i lobbować swoje interesy i postulaty na forum unijnych instytucji, by z Komisji w naszą stronę nie dobiegała wyłącznie krytyka.


Więcej dyplomacji


Polski rząd w kontaktach z Brukselą i partnerami w UE używa zaskakująco twardego języka. Zupełnie niepotrzebnie – nie tylko nie przybliża go to, ale wręcz mu przeszkadza w osiąganiu celów. W niedalekiej historii znajdujemy wypadki bardzo ostrej retoryki. Najlepszym przykładem jest Grecja, która notorycznie próbowała straszyć grexitem, a rzekomą pomoc UE wprost porównywała do okupacji, agresji i innych złowrogich działań. Generalnie miała rację, tylko że nic jej ta ostra retoryka nie dała – została spektakularnie upokorzona. Są za to kraje w UE, które modelowo wręcz dbają o swoje interesy – to przede wszystkim północna Europa (Skandynawia, Beneluks), Niemcy i w dużej mierze Francja. Wszystkie one uwielbiają przy tym opowiadać o europejskich wartościach, solidarności itd., choć mało kto tak skutecznie walczy o swoje jak one. Nie chodzi o to, żeby od razu powielać europejską nowomowę – wystarczy sprawiać bardziej pojednawcze wrażenie, mówić, że nam zależy itd. Austria nie przyjęła żadnego uchodźcy, jednak wobec niej nie jest prowadzone postępowanie – wystarczyło, że... zapewniła, iż przyjmie. Uchodzenie za eurosceptyka w UE po prostu się nie opłaca – lepiej kiwać głową ze zrozumieniem i robić swoje bez zbędnego trąbienia o tym.


Elementem dyplomacji jest też rozważne wybieranie spraw do załatwienia. Otwieranie wszystkich frontów naraz jest samobójcze. Skoro rząd uważa za fundamentalne kwestie wymiaru sprawiedliwości oraz uchodźców, to kompletnie niezrozumiałe jest pójście na czołowe zderzenie z UE w sprawie Puszczy Białowieskiej. Z całym szacunkiem dla puszczy, ale to sprawa dla naszego kraju trzeciorzędna. Mając w perspektywie ważniejsze bitwy, ociąganie się z wykonaniem zabezpieczenia (wstrzymanie działań w Puszczy), które wydał TSUE, jest taktycznie błędne. Błędem jest również otwieranie sprawy reparacji wojennych w tym momencie. Do tak ważnej i delikatnej sprawy należy oczyścić sobie przedpole. Zajęcie się tą sprawą w tak niespokojnym okresie może spalić na lata temat reparacji, któremu przyklei się łatkę „polskiego szaleństwa” i będzie się tym okładać każdego, kto będzie chciał go podjąć. A przecież chyba nie chodzi o to, żebyśmy o reparacjach mówili, tylko żebyśmy je dostali.


Program na lata


Rząd za wszelką cenę chce wprowadzić wszystkie najważniejsze zmiany jak najszybciej. Czego efektem wprowadzana w ekspresowym tempie i zawetowana ustawa o Sądzie Najwyższym. W tak szaleńczym tempie łatwo o zamknięcie się na krytyczne głosy z wewnątrz środowiska, których chociażby przy reformie sądownictwa nie brakowało. Czy to ze strony koalicjantów PiS-u (Polska Razem Gowina), czy ze strony prawicowych pism i środowisk. Tymczasem aż taka szybkość nie jest potrzebna. By wprowadzane reformy się utrwaliły na lata i nie zostały odkręcone przy pierwszej możliwej okazji, PiS musi rządzić i tak co najmniej dwie kadencje. Niektóre zmiany, szczególnie te personalne, można więc spokojnie rozłożyć na osiem, a nie cztery lata. Już teraz wszyscy prezesi SN, poza pierwszą prezes M. Gersdorf, zostali powołani przez prezydenta Dudę. Nie ma potrzeby więc odwoływania składów reformowanych instytucji – można je wymieniać stopniowo, zgodnie z kadencją. Efekt będzie ten sam, ale bez skutków ubocznych w postaci napięć społecznych.


Władza nie może bagatelizować społecznego i unijnego aspektu obecnego kryzysu politycznego (na parlamentarny może machnąć ręką). Choćby z tego banalnego powodu, że mogą one bardzo utrudnić reelekcję – PiS już się przekonało w 2007 r., iż wyborca w pewnym momencie ma już dosyć awantur i może przerzucić swoje głosy. Tymczasem utrata władzy po pierwszej kadencji będzie oznaczała, że większość wprowadzanych obecnie reform zostanie cofnięta. I rozbudzone w 2015 r. nadzieje prysną.

Udostępnij

Tagi

Bohater Kaczyński

12 sierpnia 2008 r. do Tbilisi przyjechał Lech Kaczyński. Prezydent Polski. Wypowiedział wtedy słowa, które przejdą do historii, słowa, które okazały się tak boleśnie prawdziwe.

„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”. Gdy Kaczyński przyleciał do Gruzji, Rosjanie już zbombardowali Gori i kontrolowali tereny oddalone od Tbilisi zaledwie o 40 km. A mimo to, w tym dniu, do stolicy Gruzji przyleciał nie tylko prezydent Polski, ale i inni przywódcy: Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Przybyli, bo przekonał ich do tego Lech Kaczyński. Nasz prezydent rozumiał, co oznacza odradzająca się machina imperialnej Rosji Putina. I pokazał – co warte zawsze przypomnienia – jak ważne w polityce są nie tylko intrygi, konszachty i cynizm, ale także odwaga i wola, jakże wyrastające ponad ówczesne kunktatorstwo większości decydentów UE. Wtedy, 12 sierpnia, do Tbilisi przyleciał bohater, bez którego zapewne nie udałoby się uratować Gruzji przed pełną inwazją. No jasne, w Polsce nie można było mu tego wybaczyć. Ze zdwojoną więc siłą zaczęła się nagonka na Prezydenta. Albo przemilczano i bagatelizowano to wydarzenie, albo ordynarnie kpiono czy ostrzegano przed politykiem, który chce nas skłócić z jakże miłującym wolność Putinem. A ponurą puentę tego dopisała już sama historia, gdy po 10 kwietnia 2010 r., wypuszczony przez ówczesną władzę Palikot wraz ze swoją bandą zapraszał na „Kaczkę po smoleńsku i krwawą Mary”, a zgromadzony przez niego tłum, ku zachwytowi ówczesnych autorytetów „GW”, wył: „jeszcze jeden”, „zimny Lech”. Tyle, że te erupcje podłości i paranoi prędzej czy później zostaną zapomniane. A bohaterstwo Lecha Kaczyńskiego – nie.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl