Cezary Grabarczyk stracił stanowisko ministra sprawiedliwości. To efekt publikacji „Gazety Polskiej”, dotyczącej dziwnych okoliczności wydania pozwolenia na broń byłemu już ministrowi, a właściwie okoliczności zdania egzaminu praktycznego. Dymisja nastąpiła dosyć szybko, ale to, do czego dotarła tvn24.pl może wiele wyjaśnić.
„Skandaliczne skręcanie śledztwa w sprawie pozwolenia na broń Grabarczyka świadczy o jednym: w materiałach znajdują się rzeczy naprawdę mocno obciążające polityka Platformy i komuś bardzo zależało, by prokuratura tej sprawy nie zbadała. Jak wynika z ustaleń portalutvn24.pl, śledczy mają nagrania rozmów, w których pojawia się wątek załatwiania naczelnikowi zajmującemu się pozwoleniami na broń jakiegoś stanowiska w państwowej spółce. Załatwiać miał – czym chwalił się policjant – sam Grabarczyk!” – czytamy na fakt.pl.
Piotr Lisiewicz, autor pierwszego tekstu opisującego problemy Grabarczyka, powiedział, że „jego informator twierdził, że Grabarczyk może być zakładnikiem prokuratury”.
Grabarczyk miał obiecać swojemu koledze – naczelnikowi KWP w Łodzi - stanowisko w państwówce. Wynika tak z nagrań łódzkich policjantów rozpracowywanych w związku z inną sprawą. Podsłuchy są w rękach prokuratury.
Prokurator Krzysztof Drygas z Ostrowa Wlkp. chciał sprawdzić, czy ta obietnica była związana z wydaniem pozwolenia na broń dla Grabarczyka. Poszlaki wskazywały na to, że za załatwienie pozwolenia Grabarczyk obiecywał policjantowi stanowisko. Jak informowaliśmy na łamach portalu niezalezna.pl, prokurator został odsunięty od śledztwa. Sprawą zajął się inny śledczy i „niewygodnych dla Grabarczyka wątków już nie wyjaśniał. Ministra przesłuchał jedynie jako świadka w sprawie” – pisze fakt.pl.
Sprawa jest - jak widać - rozwojowa. Materiały, które mogą obciążyć polityka PO - założyciela i do niedawna członka komitetu wyborczego Bronisława Komorowskiego - wciąż istnieją.