Musimy działać jak w PRL

W szumie medialnym po wyborach samorządowych kilka spraw warto nazwać i uporządkować. Nie tylko takich jak te, że władza PO-PSL postanowiła firmować wybory, których wynik jest zafałszowany. I że w związku z tym wpisuje się w proces destabilizacji i osłabiania instytucji państwa. To ważna konstatacja. Ale musimy jakoś wobec niej umieć się odnaleźć.

Po pierwsze PiS wygrało wybory samorządowe – zagłosowało na kandydatów tej partii najwięcej Polaków. Po drugie – zafałszowany wynik wyborów uniemożliwia analizę skali tego zwycięstwa, ale co ważniejsze, uniemożliwił też, najprawdopodobniej wbrew woli wyborców, objęcie władzy przez PiS w kilku przynajmniej sejmikach wojewódzkich. Po trzecie – PiS znacząco zwiększył stan posiadania w wielkomiejskich bastionach PO. Ponadczterdziestoprocentowe poparcie w największych z nich to prognostyk zwycięstwa w wyborach do sejmu. Wreszcie po czwarte – być może wyniki drugiej tury byłyby lepsze gdyby nie część tzw. prawicowych dziennikarzy. Niektórzy z nich, z wyrachowania albo z własnego braku rozwagi, przyczynili się do zniechęcenia centrowego elektoratu do glosowania na kandydatów PiS. I to niemniej niż dziennikarze rządowi.
 
Majdan i ulica
 
Oczywiście mam na myśli przede wszystkim okupację siedziby PKW pod wodzą Grzegorza Brauna i Ewy Stankiewicz. Hasła, że demokracja to zło, i że trzeba walczyć o przyjście króla i monarchię wygłoszone przez Grzegorza Brauna, a potem wyważanie drzwi do PKW, okupowanie jej, sączone tu i ówdzie zapowiedzi „drugiego majdanu” były wymarzonym prezentem dla rządowej machiny. Nic to, że PiS błyskawicznie odciął się od awantury – nagłaśnianie jej przez media rządowe, ale i kibicowanie awanturnikom przez część mediów prawicowych, umocniły wrażenie, że to jest prawdziwa twarz, sposób działania i myśl opozycji. A nawet jeśli jeszcze nie jest – to może nią być. Ze zdumieniem obserwowałam, jak na portalach społecznościowych, na debatach i łamach prawicowych mediów w czasie kampanii przed drugą turą dominowały glosy o tym, że trzeba „robić majdan” albo „wyprowadzać ludzi na ulicę”. Że trzeba już, natychmiast robić jakiś bliżej niesprecyzowany przewrót, na dodatek z ewentualnym rozlewem krwi – bo „nie ma wolności bez ceny krwi”. Gdybym była jakimś nowym wcieleniem pułkownika Lesiaka, niczego lepszego bym nie wymyśliła. Tak –mam pretensję do Grzegorza Brauna i Ewy Stankiewicz, że zrealizowali scenariusz, który mógłby być napisany w siedzibie MSW na Rakowieckiej. Uważam też, że nagłaśnianie ich akcji, jej afirmacja, a także po prostu zagrzewanie do wychodzenia na ulicę, z którymi można było się spotkać m.in. na łamach telewizji Republika, było w czasie kampanii wyborczej poważnym, politycznym błędem, za które opozycja zapłaciła w wyborach. Trzeba było zachować zimną krew i powagę, zamiast robić o „masowym buncie”. Dobrze, że na tydzień przed drugą turą Jarosław Kaczyński zapowiedział demonstrację na 13 grudnia – trochę rozpalone głowy ostudził. Ale bez względu na skalę nieprawidłowości i fałszerstw wyborczych Polacy na masowy bunt nie mają ani ochoty, ani społecznego potencjału – większość z tych, którzy mogliby dokonać rewolucji jest dziś na zmywaku w Londynie czy Berlinie. Żadnego drugiego majdanu w Polsce nie będzie (abstrahując od tego, że sam majdan nie należy do naszej tradycji politycznej, to tradycja kozacka, ukraińska)
 
Szeptanka
 
Było to tym bardziej szkodliwe, że kandydatów w wielkich miastach PiS wystawił naprawdę dobrych i prowadził sensowną, otwartą na różne środowiska kampanię wyborczą. Awanturnicza, mało mądra gębą prawicowych mediów pozwoliła jednak na przykrycie pomysłów większości z nich. Kandydaci PiS nie mogli przebić się ze swoimi propozycjami w mainstreamowych mediach i musieli zmierzyć się – jak Jerzy Wilk w Elblągu – z regularną nagonką, ale nie mogli też na zbyt wiele liczyć w mediach niezależnych zajętych przez całe dwa tygodnie tematem fałszowania wyborów, drugim majdanem i faktycznym podważaniem sensu uczestniczenia w wyborach. To, że mimo tych działań do drugiej tury wyborcy PiS jednak poszli, dowodzi ich zdyscyplinowania oraz, niewątpliwie, ich zdrowego rozsądku.
 
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to Jarosław Kaczyński najdobitniej powiedział o fałszowaniu wyborów, gdy zarzucił to koalicji PO-PSL na pierwszym posiedzeniu sejmu po pierwszej turze wyborów. Tyle że podniesienie sprawy fałszerstw wyborczych, zapowiedź podjęcia działań prawnych w tej sprawie, a także zapowiedź zorganizowania manifestacji w obronie demokracji było naturalnym działaniem przyjętym w polityce – nie łączyło się ani z awanturnictwem, ani z szaleństwem, jak przedstawiali to ludzie władzy i służący im publicyści. Jednak mogli oni opowiadać o „szaleństwie”, bo podglebie do tego było już przygotowane przez faktyczną awanturę w PKW i na forach społecznościowych. Krewcy prawicowcy zapominają często, że są czytani nie tylko przez „swoich”. A PO umiejętnie posługuje się rzadko opisywaną, nie mniej skuteczną metodą szeptanki. Niektóre treści przekazuje wyborcom nie wprost, ale przez plotkę, pogłoskę, mem na Twitterze. Tak było, gdy w kampanii prezydenckiej w 2010 r. zaszczepiano Polakom strach przed wojną z Rosją. Jak Kaczyński wygra, wypowie wojnę Rosji – każdy Polak pewnie zetknął się z tą myślą suflowaną przez postkomunę. Tę metodę zastosowano na przykład i teraz w Radomiu, gdzie wygrał z prezydentem z PiS kandydat PO. Opisała to nawet „Gazeta Wyborcza”: nikt z PO tego oficjalnie nie powiedział, ale w Radomiu rozeszła się wieść, że skoro premier Ewa Kopacz jest z Radomia, minister odpowiedzialna z fundusze europejskie jest z Radomia, to lepiej będzie, gdy prezydent Radomia będzie z PO – wtedy pieniądze bez przeszkód popłyną do miasta strumieniem. Ludzie uwierzyli, że Ewa Kopacz i Maria Wasiak będą „przywozić pieniądze walizkami”. Skuteczne? A jakże.
 
Nieudacznicy bez szans
 
Teraz wobec PiS propaganda mówiła nie tylko, że to szaleńcy i awanturnicy, ale też, że jego kandydaci nie mają żadnych szans w wyborach. „Gazeta Wyborcza” w przeddzień wyborów pisała, że Hanna Gronkiewicz-Waltz „oczywiście wygrywa w Warszawie”, ale podobną propagandową rolę spełniali niektórzy tzw. prawicowi publicyści. Ci, zapraszani do mainstremowych mediów dokładnie po to, by głosili to, co głoszą – PiS nie ma żadnych szans, ponosi kolejną porażkę z rzędu, a najgorsze błędy popełnia lider PiS, który o zgrozo wciąż nie chce ustąpić. Wprost czy w sposób bardziej zawoalowany słyszeliśmy to od nich przed wyborami i w trakcie kampanii. Nie zbija ich z tropu nawet fakt głoszenia oczywistych andronów – Łukasz Warzecha z portalu wpolityce.pl i tygodnika Wsieci ogłaszał przed wyborami w Warszawie, że Jacek Sasin nie ma żadnych szans i że nie przejdzie nawet do drugiej tury. Teraz głosi klęskę PiS i opowiada już z dużą pewnością siebie, że kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda nie ma żadnych szans na sukces w wyborach prezydenckich. Cóż, wypadałoby pogratulować wizjonerstwa, gdyby miało ono, prócz chęci błyszczenia w mainstreamie (niektórzy stosują taktykę gry na dwie strony: jeśli dziś jest wtorek lub piątek, atakuję PiS, w środy i czwartki PO), jeszcze jakieś realne podstawy do stawiania tak kategorycznych sądów. Tymczasem dziś, prócz propagandystów Platformy, nikt nie twierdzi, że Bronisław Komorowski ma pewną wygraną, a wielu ekspertów twierdzi, że Duda na tle obecnego prezydenta wypaść może więcej niż dobrze. Bronisław Komorowski ma pewnie przy tym większe szanse na zwycięstwo, ale co będzie za sześć miesięcy, nie wiemy. Mam świadomość  oczywiście, że Łukasz za tych kilka zdań krytyki będzie głośno i wielokrotnie protestował – chciałabym tylko, by nie traktował tego jako ataku na siebie, tylko zwrócenie uwagi, jaką funkcję pełni. I nie chodzi mi o to, by nie krytykować PiS – jak zwulgaryzuje zaraz te słowa ten i ów polemista (zwłaszcza dotknięty krytyką). Ale żeby nie powtarzać wytartych sloganów. I (niestety) działać jak w PRL. Mieć świadomość, że nie jesteśmy w normalnych warunkach. I że także wobec nas, dziennikarzy, którzy nie chcą podporządkować się postkomunie, wymagania są inne – nie pozwalajmy na to, by naszymi rękami przekazy dnia obozu władzy docierały do opozycyjnego elektoratu i były dlań wiarygodne, bo ludzie wiarygodni dla tego elektoratu je powtarzają. „Gdzie nie możesz »Wyborczej«, Warzechę wyślij” – z takim zdankiem spotkałam się na jednym ze spotkań.  Dlatego o tym piszę.
 
Jak państwo widzicie, krytykuję dziś bliskie mi środowiska, czego zwykle nie robię. Ale trudno o tym dłużej milczeć. Niestety, jesteśmy jako publicyści, dziennikarze, ludzie kultury, którym zależy na zmianie, w pewnego rodzaju pułapce. Nie powinniśmy angażować się bezpośrednio w politykę i wspieranie jakiejkolwiek partii, ale bez zwycięstwa PiS (a nie jego upadku) tej zmiany po prostu nie będzie. Rojenia o narodowcach, Korwinach itp. są mniej lub bardziej inteligentnymi wrzutkami postkomuny. Trzeba niestety raczej przypomnieć sobie działania władzy z czasów walki Polaków z komuną w PRL – nic na to nie poradzę, słyszę, jak to dla wielu odlotowo brzmi, ale taki wymóg stawia nam rzeczywistość. Dziś PiS jest nową Solidarnością, niezależne media muszą być nową Wolną Europą, działając na rzecz wolności i demokracji. Władza i podporządkowane jej największe media przekraczają bowiem kolejne granice, przesuwając nas o kolejne stadia do wschodniej, postsowieckiej cywilizacji. Jeśli zależy nam na rzeczywistej demokracji, musimy być na organizowanej przez PiS demonstracji 13 grudnia. Bo wolność jest ograniczana na serio. Rechot, że PiS „znowu przegrał”, bo nie wygrał w Warszawie czy Gdańsku, przypomina więc rechot z „solidaruchów”, którym znów nie udało się wygrać strajku. Tak, wiem, można zarzucić tym zdaniom przerysowanie. Ale czy na pewno nie zmierzamy do podobnych klimatów?
 
Znaleźć drogę do centrum
 
To już truizm, że po zmanipulowaniu wyników wyborów i uporze postkomunistycznego establishmentu, by je utrzymać, mamy do czynienia z władzą, która wartości demokratyczne, mimo głośnych deklaracji, ma faktycznie w pogardzie. Przynajmniej od czasu katastrofy smoleńskiej mamy do czynienia z sytuacją nadzwyczajną – gdy zobaczyliśmy gołym okiem, jak działania instytucji państwa, a także mediów, zostały sparaliżowane lub ograniczone. Mówiłam wtedy, realizując filmy, które miały nieformalny zakaz emisji w telewizji i których nie wolno było wyświetlić na pokazie w żadnym domu kultury w miejscowości, gdzie rządziła PO, że mamy teraz nowy „drugi obieg”. Mówiłam o niedemokratycznym sposobie myślenia władzy firmowanej przez Donalda Tuska. Bardzo mnie niektórzy moi koledzy po prawej stronie wtedy krytykowali za to pojęcie, twierdzili, że nie można III RP porównywać do PRL. Teraz, po zmanipulowaniu wyniku wyborów widać jednak znowu ów PRL-bis. Musimy znaleźć sposób na skuteczne przeciwstawienie się temu systemowi. Pamiętając jednak, że nigdy w historii III RP nie udało się opozycji wobec tego systemu wygrać wyborów, jeśli nie było pęknięcia w nim samym.  I nigdy nie udało się to bez przekonania wyborców centrum.  Teraz, gdy podważona jest już nawet wiarygodność samej procedury wyborczej, musimy być szczególnie rozważni, odporni na prowokacje i różne powyborcze ruchawki. Ale i solidarni w obronie wartości budujących państwo. Nie dotrzemy inaczej do tych Polaków, którym to, co się zdarzyło i w Smoleńsku, i przy tych wyborach, po prostu nie mieści się w głowie.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Rząd pomaga realnie

Tureckie standardy we Francji

Wycinanka z racji stanu

Jak wyjść z kryzysu

Rząd może znacznie ograniczyć obecny kryzys polityczny. Nie musi przy tym wcale rezygnować ze swojego programu. Wystarczy, że zamieni młot pneumatyczny na bardziej wyszukane narzędzia.

Od około półtora roku funkcjonujemy w otoczeniu permanentnego kryzysu politycznego. Oczywiście, gdy do władzy dochodzi środowisko zamierzające rozbić istniejące hierarchie w większości obszarów życia społecznego, musi się liczyć z ogromnym oporem materii. Na zmianie porządku społecznego zawsze tracą jakieś grupy, więc trudno, żeby były z tego faktu zadowolone. Jednak finalnie odium napięć społecznych zawsze spada na ekipę rządzącą. To rządzący odpowiadają za sytuację w kraju i to oni są rozliczani przy urnach przez wyborców. Mają też zdecydowanie więcej narzędzi prowadzenia swojej polityki niż opozycja, tak więc oczekiwania wobec nich powinny być znacznie większe. Niestety tych narzędzi obecna ekipa rządząca w pełni nie wykorzystuje.


Trzy kryzysy


Kryzys polityczny, który wybuchł w reakcji na wprowadzane przez PiS zmiany, można podzielić z grubsza na trzy główne formy. Po pierwsze, przejawia się w napięciach społecznych, najbardziej widocznych na ulicy w postaci demonstracji. Które jak na niechętnych demonstrowaniu Polaków na pewno nie były małe – mowa tu szczególnie o demonstracjach przeciw reformie sądów. Po drugie, przejawia się jako kryzys relacji z instytucjami UE – czego efektem postępowania przeciw Polsce w sprawie praworządności (Trybunał Konstytucyjny, reforma sądownictwa), Puszczy Białowieskiej oraz uchodźców. Po trzecie, ma formę ciągłego kryzysu parlamentarnego – sejmowych awantur, wściekłych słów rzucanych przez wszystkie strony z mównicy oraz obstrukcji parlamentarnej, czego efektem było nawet przeniesienie obrad do innej sali.
Rządzący nie mogą ignorować wyżej zarysowanego kryzysu, kwitując go twierdzeniem, że to „krzyk odrywanych od koryta”. Odpowiedzialna za wewnętrzną i zewnętrzną sytuację w kraju władza powinna tak prowadzić swoje działania, by zminimalizować niepokoje. Pełzający kryzys parlamentarny jest nie do uniknięcia. Po pierwsze, jest na rękę opozycji, po drugie, jego zakończenie wymagałoby większej współpracy z partiami opozycyjnymi, a te są zupełnie beznadziejne. Poza głośno wyrażanym sprzeciwem wobec zmian nie są w stanie wyartykułować żadnych własnych rozwiązań, więc trudno tu znaleźć pole do rozmowy. Jednak kryzysy społeczny i unijny zdecydowanie można jeśli nie zredukować do zera, to przynajmniej znacznie ograniczyć.


Znaleźć sojuszników


Środowiska bliskie PiS-owi często żalą się na strategię opozycji określaną jako „ulica i zagranica”. Opiera się ona na wykorzystaniu swoich kontaktów w społeczeństwie obywatelskim i wśród polityków zagranicznych do wsparcia własnych postulatów. Pytanie tylko, dlaczego ta strategia musi być zarezerwowana tylko dla opozycji? Wygląda to tak, jakby rządzący w ogóle nie brali pod uwagę możliwości znalezienia własnych stronników wśród organizacji społecznych czy unijnych urzędników. Społeczeństwo obywatelskie w strategii obecnej władzy niemal nie istnieje – zrezygnowała ona z konsultacji społecznych przy kluczowych ustawach, nie stara się przekonać do swoich argumentów organizacji pozarządowych, by ją wsparły, tak jak wiele z nich wspiera postulaty opozycji. NGO-sy w narracji PiS-u występują prawie wyłącznie jako finansowane z zagranicy czarne charaktery. Tymczasem wiele z nich mogłoby wesprzeć poszczególne reformy, gdyby tylko zostały potraktowane poważnie i podmiotowo – tzn. gdyby miały jakiś wpływ na kształt tych reform. Mowa tu chociażby o Klubie Jagiellońskim, Fundacji Republikańskiej i wielu innych.


Także wśród brukselskich urzędników PiS może znaleźć sojuszników. Nie jest prawdą, że wszyscy oni są reprezentantami paneuropejskiego liberalizmu. Wielu polskich urzędników KE niższego szczebla wspiera postulaty zwiększenia suwerenności gospodarczej naszego kraju i robiło sobie duże nadzieje po zwycięstwie wyborczym PiS-u. Każdy kraj UE ma swojego komisarza i innych urzędników wyższego szczebla, więc mają je także kraje, z którymi Polsce po drodze w wielu sprawach. Tych naturalnych sojuszników powinien wykorzystać rząd i lobbować swoje interesy i postulaty na forum unijnych instytucji, by z Komisji w naszą stronę nie dobiegała wyłącznie krytyka.


Więcej dyplomacji


Polski rząd w kontaktach z Brukselą i partnerami w UE używa zaskakująco twardego języka. Zupełnie niepotrzebnie – nie tylko nie przybliża go to, ale wręcz mu przeszkadza w osiąganiu celów. W niedalekiej historii znajdujemy wypadki bardzo ostrej retoryki. Najlepszym przykładem jest Grecja, która notorycznie próbowała straszyć grexitem, a rzekomą pomoc UE wprost porównywała do okupacji, agresji i innych złowrogich działań. Generalnie miała rację, tylko że nic jej ta ostra retoryka nie dała – została spektakularnie upokorzona. Są za to kraje w UE, które modelowo wręcz dbają o swoje interesy – to przede wszystkim północna Europa (Skandynawia, Beneluks), Niemcy i w dużej mierze Francja. Wszystkie one uwielbiają przy tym opowiadać o europejskich wartościach, solidarności itd., choć mało kto tak skutecznie walczy o swoje jak one. Nie chodzi o to, żeby od razu powielać europejską nowomowę – wystarczy sprawiać bardziej pojednawcze wrażenie, mówić, że nam zależy itd. Austria nie przyjęła żadnego uchodźcy, jednak wobec niej nie jest prowadzone postępowanie – wystarczyło, że... zapewniła, iż przyjmie. Uchodzenie za eurosceptyka w UE po prostu się nie opłaca – lepiej kiwać głową ze zrozumieniem i robić swoje bez zbędnego trąbienia o tym.


Elementem dyplomacji jest też rozważne wybieranie spraw do załatwienia. Otwieranie wszystkich frontów naraz jest samobójcze. Skoro rząd uważa za fundamentalne kwestie wymiaru sprawiedliwości oraz uchodźców, to kompletnie niezrozumiałe jest pójście na czołowe zderzenie z UE w sprawie Puszczy Białowieskiej. Z całym szacunkiem dla puszczy, ale to sprawa dla naszego kraju trzeciorzędna. Mając w perspektywie ważniejsze bitwy, ociąganie się z wykonaniem zabezpieczenia (wstrzymanie działań w Puszczy), które wydał TSUE, jest taktycznie błędne. Błędem jest również otwieranie sprawy reparacji wojennych w tym momencie. Do tak ważnej i delikatnej sprawy należy oczyścić sobie przedpole. Zajęcie się tą sprawą w tak niespokojnym okresie może spalić na lata temat reparacji, któremu przyklei się łatkę „polskiego szaleństwa” i będzie się tym okładać każdego, kto będzie chciał go podjąć. A przecież chyba nie chodzi o to, żebyśmy o reparacjach mówili, tylko żebyśmy je dostali.


Program na lata


Rząd za wszelką cenę chce wprowadzić wszystkie najważniejsze zmiany jak najszybciej. Czego efektem wprowadzana w ekspresowym tempie i zawetowana ustawa o Sądzie Najwyższym. W tak szaleńczym tempie łatwo o zamknięcie się na krytyczne głosy z wewnątrz środowiska, których chociażby przy reformie sądownictwa nie brakowało. Czy to ze strony koalicjantów PiS-u (Polska Razem Gowina), czy ze strony prawicowych pism i środowisk. Tymczasem aż taka szybkość nie jest potrzebna. By wprowadzane reformy się utrwaliły na lata i nie zostały odkręcone przy pierwszej możliwej okazji, PiS musi rządzić i tak co najmniej dwie kadencje. Niektóre zmiany, szczególnie te personalne, można więc spokojnie rozłożyć na osiem, a nie cztery lata. Już teraz wszyscy prezesi SN, poza pierwszą prezes M. Gersdorf, zostali powołani przez prezydenta Dudę. Nie ma potrzeby więc odwoływania składów reformowanych instytucji – można je wymieniać stopniowo, zgodnie z kadencją. Efekt będzie ten sam, ale bez skutków ubocznych w postaci napięć społecznych.


Władza nie może bagatelizować społecznego i unijnego aspektu obecnego kryzysu politycznego (na parlamentarny może machnąć ręką). Choćby z tego banalnego powodu, że mogą one bardzo utrudnić reelekcję – PiS już się przekonało w 2007 r., iż wyborca w pewnym momencie ma już dosyć awantur i może przerzucić swoje głosy. Tymczasem utrata władzy po pierwszej kadencji będzie oznaczała, że większość wprowadzanych obecnie reform zostanie cofnięta. I rozbudzone w 2015 r. nadzieje prysną.

Udostępnij

Tagi

Bohater Kaczyński

12 sierpnia 2008 r. do Tbilisi przyjechał Lech Kaczyński. Prezydent Polski. Wypowiedział wtedy słowa, które przejdą do historii, słowa, które okazały się tak boleśnie prawdziwe.

„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”. Gdy Kaczyński przyleciał do Gruzji, Rosjanie już zbombardowali Gori i kontrolowali tereny oddalone od Tbilisi zaledwie o 40 km. A mimo to, w tym dniu, do stolicy Gruzji przyleciał nie tylko prezydent Polski, ale i inni przywódcy: Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Przybyli, bo przekonał ich do tego Lech Kaczyński. Nasz prezydent rozumiał, co oznacza odradzająca się machina imperialnej Rosji Putina. I pokazał – co warte zawsze przypomnienia – jak ważne w polityce są nie tylko intrygi, konszachty i cynizm, ale także odwaga i wola, jakże wyrastające ponad ówczesne kunktatorstwo większości decydentów UE. Wtedy, 12 sierpnia, do Tbilisi przyleciał bohater, bez którego zapewne nie udałoby się uratować Gruzji przed pełną inwazją. No jasne, w Polsce nie można było mu tego wybaczyć. Ze zdwojoną więc siłą zaczęła się nagonka na Prezydenta. Albo przemilczano i bagatelizowano to wydarzenie, albo ordynarnie kpiono czy ostrzegano przed politykiem, który chce nas skłócić z jakże miłującym wolność Putinem. A ponurą puentę tego dopisała już sama historia, gdy po 10 kwietnia 2010 r., wypuszczony przez ówczesną władzę Palikot wraz ze swoją bandą zapraszał na „Kaczkę po smoleńsku i krwawą Mary”, a zgromadzony przez niego tłum, ku zachwytowi ówczesnych autorytetów „GW”, wył: „jeszcze jeden”, „zimny Lech”. Tyle, że te erupcje podłości i paranoi prędzej czy później zostaną zapomniane. A bohaterstwo Lecha Kaczyńskiego – nie.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl