Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
25.09.2014 18:09

Młodzież zniechęcana do życia w Polsce

Fatalny stan polskiej edukacji źle nam wróży na przyszłość.

Fatalny stan polskiej edukacji źle nam wróży na przyszłość. Jeśli politycy, opiniotwórcze środowiska, grupy społecznie aktywnych obywateli i nauczyciele nie zaczną naprawdę głośno o tym mówić, jeśli nie skończy się demontaż polskiej szkoły, już za kilkanaście lat czeka nas odpływ kolejnej fali emigrantów: młodych Polaków od dzieciństwa zniechęcanych do życia we własnym kraju.

We wrześniu „Super Express” donosił, że dzieci (w wieku od sześciu do dziewięciu lat) z Laskowa w Zachodniopomorskiem muszą wstawać o piątej rano, by zdążyć na jedyny kurs gimbusu, który dowozi je do szkoły. Tam jeszcze godzinę zmuszone są czekać na rozpoczęcie lekcji. Ten wypadek nie jest odosobniony. To już rzecz całkiem zwykła od dobrych kilku lat, szczególnie na terenach wiejskich i podmiejskich. Potwierdza to choćby raport Najwyższej Izby Kontroli sprzed paru lat. W wiejskich gminach na terenie Warmii i Mazur odnotowano wypadki transportu szkolnego zorganizowanego w więcej niż karygodny sposób: uczniowie najmłodszych klas szkoły podstawowej przebywali poza domem ponad osiem godzin, gdy w rzeczywistości ich lekcje trwały cztery godziny. A uczniowie klas nauczania początkowego oczekiwali na odwiezienie do domów ponad trzy godziny po zakończeniu lekcji!

Likwidacja placówek

Z kolei w raporcie Federacji Inicjatyw Oświatowych z 2011 r. czytamy: „Pomimo że w większości wypadków odległość wsi do większej szkoły nie jest bardzo duża (kilka kilometrów), to droga dojazdu autobusu jest dużo dłuższa z powodu konieczności objechania wielu wsi – czas dojazdu to nawet godzina. W okresie zimowym przejazdy lokalnymi drogami nie odbywają się punktualnie – dzieci marzną na przystankach. Ze względu na organizację dowozu dzieci często docierają do szkoły dużo za wcześnie, na przykład o godz. 6.30, i czekają na rozpoczęcie lekcji w świetlicy”.

Nie bez wpływu na wyżej opisaną sytuację pozostaje planowa likwidacja szkół, którą rokrocznie przeprowadza się za cichym przyzwoleniem Ministerstwa Edukacji Narodowej. Twardych danych nie da się oszukać: Instytut Badań Edukacyjnych podaje, że w roku szkolnym 2007/2008 funkcjonowały w Polsce 13 483 szkoły podstawowe, zaś w roku szkolnym 2012/2013 działało już tylko 12 696 podstawówek. Zamknięto 954 placówki – samodzielne szkoły podstawowe, szkoły podstawowe w zespołach oraz filie szkół. Likwidacje dotknęły przede wszystkim placówki wiejskie – 53,5 proc. spośród zamkniętych w latach 2007-2012 to placówki w gminach typowo wiejskich, 17,6 proc. – w gminach wiejskich popegeerowskich.
Gminy tłumaczą to zwykle kwestiami finansowymi – ich zła kondycja gospodarcza jest faktem, na który nie bez wpływu pozostaje ucieczka Polaków za pracą do większych miast i za granicę. Ale media donosiły niedawno, że istnieje już dość rozpowszechniony proceder, który polega na tym, że lokalne władze część kwot otrzymywanych na cele edukacyjne wydatkują w inny sposób. Na razie, jak się zdaje, zupełnie bezkarnie.

Mafia podręcznikowa

Jednak problemy z dojazdami i likwidacją szkół, choć elementarne i bardzo uciążliwe, to nie wszystko. Są także inne kwestie, a ich wspólnym mianownikiem jest pieniądz czy mówiąc ściśle: jego odpływ. Rokrocznie rodzice dzieci uczęszczających do szkół uderzani są solidnie po kieszeni. Na same podręczniki trzeba wydać do kilkuset złotych. Wynika to także z mechanizmu, któremu powinny wreszcie przyjrzeć się instytucje kontrolne. Właściwie co roku wprowadzane są drobne zmiany programowe, które powodują, że dotychczasowe podręczniki są już nieaktualne. I trzeba zastępować je nowymi. Za moich szkolnych czasów młodsi uczniowie większość książek mogli spokojnie kupić od starszych kolegów, odziedziczyć po starszym rodzeństwie czy krewnych. W dzisiejszych realiach to już niemal niemożliwe.

Biznes podręcznikowy skonstruowano tak, by rokrocznie po prostu przynosił duże zyski. Taka sytuacja jest na rękę wydawcom podręczników, ale przy na ogół skromnych polskich domowych budżetach koniec wakacji to istny dopust Boży dla rodziców. Nic też dziwnego, że pod koniec lata banki zaczynają reklamować swoje „szkolne kredyty”. A przecież na podręcznikach, zeszytach i pomocach szkolnych wydatki się nie kończą: w wielu placówkach na początku roku rodzice regularnie informowani są o rosnących składkach rodzicielskich, bo szkoły na nic nie mają pieniędzy. Nawet na kredę.

Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane