Wyleczysz się za granicą, ale za swoje

Jascha400d (freeimages.com)

  

Leczenie za granicą na koszt NFZ będzie tylko dla wybranych. Kwota przeznaczona na ten cel wystarczy jedynie dla ok. 140 tys. Polaków. O tym, kto dostanie pieniądze, zdecyduje Narodowy Fundusz Zdrowia - pisze "Gazeta Polska Codziennie".

Dyrektywa Unii Europejskiej w sprawie tzw. transgranicznej opieki medycznej zobowiązała państwa członkowskie do przygotowania przepisów umożliwiających swobodny dostęp mieszkańców wspólnoty do usług medycznych świadczonych w ramach systemu społecznej opieki zdrowotnej w państwach UE. Oznaczało to, że np. Polak (płacący składkę zdrowotną) będzie mógł wybrać się do lekarza w Niemczech, a za wizytę zapłaci NFZ. Tak miało być już niemal od roku. Jednak minister zdrowia Bartosz Arłukowicz nie przygotował odpowiednich rozwiązań prawnych. W sukurs Polakom przyszła nawet Komisja Europejska. Zagroziła rządowi, że jeżeli nie wprowadzi odpowiednich przepisów, to sprawę skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Arłukowicz ogłosił, że nie ma co się martwić, bo projekt ustawy, która ma wprowadzić dyrektywę w życie, już niebawem wyjdzie z podkomisji sejmowej. Zapomniał jednak dodać, że nawet jeżeli nowe przepisy zaczną obowiązywać (co może nastąpić dopiero jesienią), to i tak niewiele osób na nich skorzysta. Powód? Resort zdrowia co roku określi limit środków przeznaczonych na refundację leczenia za granicą w ramach dyrektywy transgranicznej. Jeżeli zostanie on przekroczony, to pacjent będzie mógł liczyć na zwrot pieniędzy dopiero w przyszłym roku. Jednak odsetki za zwłokę nie zostaną naliczone (przepis ten negatywnie oceniło nawet Rządowe Centrum Legislacji).

Wiceminister zdrowia Sławomir Neumann oznajmił podczas obrad sejmowej podkomisji pracującej nad projektem, że koszty wprowadzenia dyrektywy oszacowano na 367 mln zł. Oznacza to, że pieniędzy wystarczy dla 140 tys. osób. To nie koniec ograniczeń. Resort zdrowia nie zamierza płacić np. za szczepienia.

Więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie".
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie


Wczytuję komentarze...

Kanadyjczycy nie chcą wielkich inwestycji

/ melissamahon

  

Kanadyjczycy krytycznie patrzą na wielkie inwestycje, na co dowodem jest m.in. fakt, że Toronto przegrało w wyścigu o inwestycje Amazona czy że mieszkańcy Calgary wypowiedzieli się przeciwko organizacji zimowych igrzysk olimpijskich.

Gdy we wtorek pojawiła się informacja, że Toronto przegrało w wyścigu o budowę tzw. HQ2, drugiej głównej siedziby Amazona, kanadyjskie media komentowały, że "Toronto, przegrywając w walce o siedzibę Amazona, wygrało". 50 tys. miejsc pracy obiecywanych przez tę firmę powstanie w Nowym Jorku i Arlington (w stanie Wirginia).

Toronto i miasta wielkiej aglomeracji wokół stolicy Ontario to siedziby wielu innowacyjnych firm technologicznych i ośrodki uniwersyteckie, więc – jak zwracali uwagę komentatorzy - pojawienie się tak dużego gracza jak Amazon oznaczałoby kłopoty ze specjalistami dla już działających podmiotów. Jak szacowała firma analityczna CBRE, w ostatnich dwóch latach Toronto i tak było najszybciej rosnącym w Ameryce Północnej rynkiem technologicznym i tylko w ciągu 2017 r. przybyło tu prawie 29 tys. miejsc pracy w sektorze.

Jak wyliczała publiczna telewizja CBC, aglomeracja Toronto jest atrakcyjna zarówno ze względu na dużą liczbę wykwalifikowanych pracowników, jak i np. kanadyjski system bezpłatnej opieki zdrowotnej. Ale stolica Ontario nie starała się o zachęcenie Amazona ulgami podatkowymi, podczas gdy zwycięzcy w wyścigu o inwestycję obiecali łącznie ponad 2 mld dol. ulg podatkowych i innych zachęt inwestycyjnych.

Jak wskazywali specjaliści, Toronto i tak jest atrakcyjne i od lat zmaga się z problemem rosnących cen domów i mieszkań oraz czynszu za wynajem. W ciągu minionych ośmiu lat ceny nieruchomości w Toronto wzrosły o ponad 100 proc. Dopiero w ostatnich miesiącach wzrost ten zahamował. W czwartek agencja Bloomberga opublikowała analizę kanadyjskiego rynku nieruchomości, wskazując, że najnowsze dane świadczą o trwającym właśnie "miękkim lądowaniu".

Z kolei burmistrz miasta John Tory w ubiegłym tygodniu informował, że już samo przygotowanie oferty dla Amazona się opłaciło, bo pakiet informacyjny o Toronto przygotowany dla tej firmy pobrało dodatkowo ponad 17 tys. osób potencjalnie zainteresowanych.

Tego samego dnia, gdy ukazała się informacja o przegranej Toronto, w Calgary, trzecim co do wielkości kanadyjskim mieście, odbywało się referendum w sprawie zorganizowania zimowych igrzysk olimpijskich w 2026 r. 56,4 proc. mieszkańców - według wstępnych wyników – nie chce zimowej olimpiady, choć Calgary już gościło taką imprezę w 1988 r. Olimpijska inwestycja miała kosztować ponad 5 mld dolarów kanadyjskich.

Oficjalny komentarz radni Calgary przedstawią dopiero w poniedziałek, ale burmistrz Naheed Nenshi już powiedział, że pomysł "upadł". Francuski dziennik "L’Equipe" cytował przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którzy nie byli zdziwieni rezultatem referendum, wskazując na wcześniejsze "dyskusje polityczne i brak pewności do ostatniej chwili".

Media cytowały przeciwników zimowej olimpiady w Calgary, którzy wskazywali na potrzeby miasta związane z budową zabezpieczeń przeciwpowodziowych (w 2013 r. Calgary doświadczyło największej w swojej historii powodzi), rozbudową transportu publicznego, budownictwem komunalnym czy wreszcie na ryzyko podniesienia podatków w chwili, gdy Calgary potrzebuje długoterminowych inwestycji. 25 proc. powierzchni biurowych w mieście stoi puste. Jak podkreślano w mediach, mieszkańcy Calgary wolą się skoncentrować na lokalnych potrzebach, wskazują też na zniechęcające do olimpijskiej idei doniesienia z minionych lat o niejasnościach wokół finansowania igrzysk.

Kanadyjczycy patrzą krytycznie na gigantyczne inwestycje pojedynczych firm czy organizacji nie tylko ze względu na oferowane im np. ulgi podatkowe. Zajmujący się dziennikarstwem śledczym internetowy magazyn "The Intercept" pisał we wtorek o rosnących wątpliwościach w sprawie planowanej przez firmę Google zabudowy terenów w południowo-wschodniej części śródmieścia Toronto. To "inteligentne miasteczko" zbierałoby olbrzymią liczbę danych nie tylko o swoich mieszkańcach, ale także o przypadkowych przechodniach. Jak podkreślał "The Intercept", wątpliwości budzi umożliwienie Google przejęcia zarządzania nad organizmem miejskim. Jak dodał magazyn, w Toronto powstała organizacja łącząca specjalistów i mieszkańców w próbie dyskusji na temat ryzyka traktowania danych osobowych jako towaru na sprzedaż. W minionych tygodniach z udziału w pracach nad projektem zrezygnowała była szefowa nadzoru nad ochroną danych osobowych w Ontario Ann Cavoukian. "Sądziłam, że będziemy tworzyć inteligentne miasto prywatności, a nie inteligentne miasto nadzoru" - podkreśliła.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl