Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
26.06.2014 17:13

Albo państwo, albo sobiepaństwo

Doczekaliśmy specyficznych obchodów dwudziestopięciolecia III RP. Nazywają się „afera taśmowa”.

Doczekaliśmy specyficznych obchodów dwudziestopięciolecia III RP. Nazywają się „afera taśmowa”. Ale to podsumowanie dorobku państwa, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich siedmiu lat, wypada zupełnie inaczej niż niedawny, radosny spektakl ku czci młodej polskiej demokracji.

Nie ma sensu opowiadać historii afery taśmowej z jej pikantnymi szczegółami od nowa, bo huczy od nich szczególnie ta część rodzimych mediów i sieci, która szczęśliwie daleka jest od mainstreamu. Warto jednak zastanowić się, co właściwie czytamy i oglądamy w ostatnim czasie. A jestem mocno przekonany, że choć na innym poziomie, jest to moment porównywalny z aferą Rywina, która w wymiarze politycznym trwale zaszkodziła postkomunistycznemu establishmentowi i ujawniła najgłębsze patologie III Rzeczypospolitej, przerost i zwycięstwo państwa nieformalnego, czyli sobiepaństwa, nad państwem formalnym, transparentnym i zgodnym z polską racją stanu.

Zmarnowana szansa

Tuż po aferze Rywina mieliśmy do czynienia z krótkim momentem pokojowej koegzystencji dwóch największych ówcześnie sił opozycyjnych: Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Wydawało się, że duża część elektoratu popierającego te ugrupowania uwierzyła, że możliwa jest znaczna zmiana nie tylko polityczna, ale także społeczna. Ówczesne nadzieje wiązały się choćby z możliwością ukrócenia korupcji, nieformalnej władzy sitw, bardziej sprawiedliwego porządku społecznego, wzmocnieniem efektywności struktur państwa – na rzecz dobra wspólnego.
Bardzo szybko okazało się jednak, że tzw. PO-PiS to projekt niemożliwy do realizacji. Dobrze znamy ciąg dalszy tej historii. Sympatie mediów głównego nurtu od początku „epoki porywinowskiej” były po stronie PO. Prawo i Sprawiedliwość zepchnięto na pozycje niewygodnego koalicjanta, a wreszcie urosło do rangi czarnego luda. Koniec krótkiego czasu rządów PiS‑u przyjęto z ulgą. Bardzo szybko okazało się, że Platforma Obywatelska wraca w koleiny ustalonego porządku, że wchodzi w buty postkomunistów. Tego oczywiście nikt z jej zwolenników, zarówno tych prominentnych, jak szeregowych wyborców, nie chciał przyznać. Ale afera taśmowa pokazała, że to fakt.

Cały projektowany pomysł zdecydowanej zmiany, który do czasu żyrowali także ludzie Platformy, odstawiono do lamusa. Mówiąc publicystycznym skrótem: w PO Jana Marię Rokitę zastąpił Sławomir Nowak. I kursem „Sławków Nowaków”, „Mirów i Zdzichów” partia Donalda Tuska szła przez następne lata. Szła w zaparte, przy gorącej klace mediów głównego nurtu i wszelkiej maści autorytetów, którym termin „IV Rzeczpospolita” krzywił usta w niesmaku. Nic im nie przeszkadzało: ani fiasko państwa, które udowodnił skandal tragedii smoleńskiej, ani wychodzące raz po raz na wierzch afery, które – jak udowodniła sprawa Amber Gold – były na wyciągnięcie ręki od premiera. Część Polaków wystarczyło rytualnie postraszyć „policyjnym państwem” PiS‑u, by zdyscyplinować elektorat.

Kacyk i murzyni

W efekcie, co pokazuje afera taśmowa, doczekaliśmy państwa nieformalnego, dominium Platformy Obywatelskiej, o którym nie mógł nawet śnić Leszek Miller. Także dlatego, że niemal kompletnie zawiodły funkcje kontrolne dużych ośrodków medialnych, czwartej władzy, która w czasach rządów PiS‑u potrafiła ze wszystkiego zrobić wielki spektakl lamentów nad stanem państwa pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Decydenci PO byli właściwie bezkarni: owszem, „Miro i Zdzicho” polegli, poległ wreszcie Sławomir Nowak, ale ostatecznie w stronę opinii publicznej zawsze wracał jak bumerang argument: Platforma to jedyny w Polsce gwarant modernizacji i cywilizowanych standardów demokratycznych.

Afera taśmowa poważnie naruszyła tamę zbudowaną ze złudzeń i propagandy. Choć wygląda na to, że przynajmniej niektórzy dziennikarze szybko otrząsnęli się z szoku i skalkulowali, że wolą jednak „znajome bagienko” od zimnego prysznica. Ale niełatwo będzie zapomnieć słów premiera, który żartuje, że po zwycięstwie jego partii paliwo może kosztować nawet siedem złotych. To człowiek, któremu ściągnięto z twarzy maskę rzetelnego polityka. Widzimy za to twarz kacyka, co mimowolnie nieźle koresponduje ze słowami Radka Sikorskiego o polskiej „murzyńskości”.

Cały tekst w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane