Potrzeba rusofobii

Jeden z największych filozofów politycznych XX w. Carl Schmitt stwierdził, że pierwotną opozycją, konieczną do zaistnienia polityczności – czyli myślenia o wspólnocie, jej interesach, możliwościach i sposobach przetrwania – jest opozycja wróg- przyjaciel. Jeśli wspólnota nie jest w stanie jej określić, ginie jej polityczność. Dobrze rozumiał to Lech Kaczyński. I w tym tkwi jego wielkość.

W kolejnych analizach ewolucji majdanu i reakcji Rosji wciąż pojawia się wątek zaskoczenia. Jak to? Dlaczego? Czy rzeczywiście rozwój sytuacji za naszą wschodnią granicą miał prawo nas zaskoczyć? I tak, i nie.

Majdan a Rosja

Czy zaistnienie majdanu w Kijowie powinno było nas zaskoczyć? Raczej nie – to, że tego typu bunt wystąpi na Ukrainie, było oczywiste. Agresja Wiktora Janukowycza wobec biznesów ukraińskich oligarchów, interesy niemieckie, coraz bardziej wkurzona zachodnia Ukraina, opozycja świadoma, że na wkurzeniu oligarchów i Ukraińców można odzyskać władzę – mieszanka tych czynników musiała zaowocować wybuchem. Co więc zaskoczyło? To, że majdan zdołał się uwolnić od polityków i oligarchów mimo swojego pierwotnego uwikłania, że stał się siłą niezależną, z którą trzeba się liczyć, która dyktuje warunki. To, że wygrał z ukraińską opozycją.

Wracając do Władimira Putina. Czy reakcja Rosji może dziwić? Samo jej zaistnienie nie. Majdan to wielka porażka Moskwy. Nie mogła więc tego odpuścić. Zaskoczyć mogła nas skala reakcji – że Putin zdecyduje się na otwartą wojnę, a nie pełzającą destabilizację i prowokacje. Ale tak naprawdę chodzi wciąż o to samo. Nie o Putina, ale po prostu o Rosję. O to, jaka jest polityczność Rosji od najazdu Mongołów, a następnie Iwana Groźnego. Przez te wszystkie wieki Rosja się nie zmieniła. Może jest dziś dużo słabsza. Ale co z tego – jej cele są te same. Innymi słowy – Rosja jest wrogiem Polski. I bez jasnej artykulacji tego nigdy nie będziemy normalnym państwem i dojrzałą wspólnotą polityczną.

Potrzeba wroga

Jeden z największych filozofów politycznych XX w. Carl Schmitt stwierdził, że pierwotną opozycją, konieczną do zaistnienia polityczności – czyli myślenia o wspólnocie, jej interesach, możliwościach i sposobach przetrwania – jest opozycja wróg-przyjaciel. Jeśli wspólnota nie jest w stanie jej określić, ginie jej polityczność. Należy zwrócić uwagę na dokładną definicję wroga u Schmitta. Otóż jest to rozróżnienie stricte polityczne. Nie przekłada się na inne wymiary ludzkiej aktywności. Jak pisze Carl Schmitt: „Polityczny wróg nie musi być moralnie zły, estetycznie odpychający, ani też nie musi być postrzegany jako ekonomiczny konkurent”. Więcej – „z ekonomicznego punktu widzenia prowadzenie interesów z wrogiem może być czasami korzystne”. To bardzo istotna uwaga. Z wrogiem nie musi nas bowiem łączyć ciągła sytuacja konfliktu. Jest wręcz odwrotnie. Jeśli właściwie zdiagnozujemy naszą sytuację polityczną, możemy osiągnąć wcale partnerskie relacje. Gdy będziemy na tyle silni i świadomi, by nie ustępować pola wrogowi. Wtedy możemy prowadzić wymianę kulturową czy ekonomiczną.

Ponieważ, jak pisze Carl Schmitt, w istocie relacji z wrogiem tkwi możliwość konfliktu, rozwiązywanego tylko na drodze wojny – jednak jest to „przypadek ekstremalny”. Istnieje możliwość, że między politycznymi wrogami do tej sytuacji nigdy nie dojdzie. W czym więc tkwi podstawowa zasada określenia politycznego wroga?

Jest to ten, którego polityczność neguje naszą formę polityczności. Ten warunek spełnia od wieków tylko jedno państwo, które geograficznie leży w naszym pobliżu – Rosja. Od czterystu lat, od momentu uniezależnienia się od Mongołów, Rosja usiłowała rywalizować z nami o Europę Środkowo-Wschodnią, a potem, wraz ze słabnięciem Polski – politycznie nas pochłonąć. Rosyjska polityczność stworzyła się w ciągłej opozycji do polskiej. Najpierw podczas rywalizacji z Królestwem Polskim i Litwą o zjednoczenie ziem rosyjskich. Walkę tę ostatecznie wygrała Moskwa, gdy zniszczona została zależna od Polski i Litwy Republika Nowogrodzka, na przełomie XV i XVI w. Potem rosyjska polityczność krzepła podczas ciągłych walk o tereny pogranicza polskiego – Ukrainy i Białorusi. Stworzenie Imperium Rosyjskiego stało się możliwe, dopiero gdy ostatecznie wypchnięto Rzeczpospolitą z gry o Wschód, w połowie XVII w. I ta świadomość, że imperialna Rosja istnieje tylko, gdy Polska jest pokonana i na kolanach, kieruje polityką rosyjskiego imperium od czterystu lat.

Ułomna wspólnota

Tymczasem co się stało w Polsce po 1989 r.? Odebrano nam możliwość i prawo do określenia wroga. Na tę sytuację złożyło się wiele czynników. Nie można pominąć modnego na salonach intelektualnych postmodernizmu politycznego i przeświadczenia, że żyjemy już w czasach wiecznego pokoju, a kategorie, takie jak wojna i wróg, są przestarzałe i barbarzyńskie. Wyrazem tego trendu intelektualnego był list dwóch sławnych i uwielbianych przez salony Europy filozofów – Jürgena Habermasa i Jacques’a Derridy – wystosowany do „europejskiej opinii publicznej”. Został on napisany po zamachach 11 września 2001 r. w USA, a jego główną tezą było to, że Europa już wyrosła z wojen i postrzegania kogokolwiek jako wroga. Jednak ważniejszą przyczyną zrezygnowania z traktowania Rosji jako wroga i odrzucenia tej kategorii przy opisie sytuacji geopolitycznej Polski wydaje się potrzeba odpowiedniej legitymizacji polskiego modelu transformacji. Skoro część opozycji antykomunistycznej zdecydowała się rządzić wraz z byłymi aparatczykami PRL‑u, de facto sługami obcego państwa – nie można było tego mocarstwa przedstawiać w skrajnie negatywnym świetle.

Lepiej było używać cepa „rusofobii” do oskarżania polskiej prawicy o prymitywizm i barbarzyństwo. O to, że nie rozumie ona nowej sytuacji geopolitycznej i nowego otwarcia relacji z Moskwą. W ten sposób, odbierając polskiej wspólnocie politycznej możliwość określenia wroga, nasze elity skrajnie ją upośledziły. Okazała się ona niezdolna do reagowania w sytuacjach kryzysu i zastąpiła realną politykę infantylnymi gestami. Usiłował to zmienić Lech Kaczyński. Ale zginął 10 kwietnia 2010 r. Co się stało potem? Polskie „elity” nie były w stanie określić sytuacji przyjaciel-wróg. Zamiast tego uznały za stosowne przytulać się z Putinem, wysyłać mu listy dziękczynne oraz biegać, by zapalać światełka na grobach okupantów z Armii Czerwonej. Wszystko, byle nie stawić czoła rzeczywistości i nadal móc straszyć reakcyjną prawicą. Ale jak się okazało, te proputinowskie, infantylne gusła się nie sprawdziły.

Cały tekst w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Wolne sądy! Wszyscy won!

Czas najwyższy na wprowadzenie jednej prostej zasady: kto orzekał w sądach komunistycznych, nie powinien orzekać w wolnej Polsce. Dobrze, żeby tę zasadę wzięli pod uwagę nowi sędziowie Sądu Najwyższego, którzy przedstawią prezydentowi pięć kandydatur na nowego prezesa tej instytucji.

Profesor Strzembosz, były prezes Sądu Najwyższego, były przewodniczący Trybunału Stanu, kawaler orderu Orła Białego, po raz kolejny zaskoczył publiczność na antenie TVN24: „W tej chwili już nie ma z czego oczyszczać i Sąd Najwyższy i w ogóle sądownictwa”. Profesor wypowiedział te słowa kilka godzin po opublikowaniu przez portal niezalezna.pl informacji o tym, że Józef Iwulski, nowy – tymczasowy – prezes Sądu Najwyższego, jest kolejnym przedstawicielem tego najwyższego z sądów, który orzekał w stanie wojennym w sprawach, w których opozycjoniści walczący o wolną Polskę trafiali do więzień. Jednym z takich więźniów był Marian Stach – działacz KPN, skazany na karę bezwzględnego więzienia za walkę z Sowietami i komunistami z PZPR, której członkiem był wówczas sędzia Iwulski. Co więcej, dowiedzieliśmy się również, że żona sędziego Iwulskiego była funkcjonariuszem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa od lat 70. aż do jej rozwiązania. Czyli służyła instytucji, która zabijała i torturowała Polaków walczących z komuną, wyrywając im paznokcie, torturując czy zabijając – albo na rozkaz, jak w „Wujku”, albo za pomocą „nieznanych sprawców”, jak w wypadku Grzegorza Przemyka. Tortury, zabójstwa i tzw. śledztwa prowadzone przez Służbę Bezpieczeństwa czy komunistycznych prokuratorów miały służyć zastraszaniu i zniewalaniu Polaków. Wyroki wydawane przez komunistycznych sędziów służyły dokładnie temu samemu. Przez wszystkie lata III RP tacy sędziowie orzekali w zwyczajnych sprawach zwykłych obywateli i – jak widzimy – orzekają do dzisiaj, choć sami przedstawiciele sądownictwa twierdzą, iż nic podobnego nie ma miejsca. Sędzia Iwulski mówi, że w sprawach, o których mowa, zgłaszał „zdania odrębne”, był „przegłosowany” oraz że orzekał „tylko w jednej sprawie politycznej”. Mówi również dziennikarzom Onetu, że nie sprawdzał szczegółów w IPN, bo nie sądził, że „w niektórych środowiskach będzie to takie ważne. I wykorzystywane będzie do walki z Sądem Najwyższym”. Dlatego właśnie po raz kolejny przy okazji sprawy sędziego Iwulskiego należy głośno powtórzyć za Wojciechem Cejrowskim: Wszyscy won! Żaden z sędziów, którzy orzekali w systemie komunistycznym, którzy byli częścią czerwonego aparatu represji, nie powinien pełnić jakiejkolwiek funkcji w sądownictwie wolnego, demokratycznego państwa. Sam sędzia Iwulski jest tego najlepszym przykładem, i to nie tylko dlatego, że był w przeszłości trybem w komunistycznej machinie represji, a dzisiaj jest prezesem Sądu Najwyższego, bo do takich sytuacji już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Paradoks polega na tym, że sędzia Iwulski nie został na to stanowisko wybrany. To przepis stanowi, że najstarszy stażem z prezesów sądu obejmuje tę funkcję automatycznie. Tak się właśnie stało. I oczywiście okazało się, że gdy tylko lekko poszperać w papierach, to wychodzi na jaw, że ów najstarszy stażem z sędziów najważniejszego z polskich sądów… był częścią komunistycznego aparatu represji. I dlatego niezależnie od zaklęć profesora Strzembosza, wszelkiej maści postkomunistów i totalniaków czas najwyższy na wprowadzenie jednej prostej zasady. Kto orzekał w sądach komunistycznych, nie powinien orzekać w wolnej Polsce. Dobrze, żeby tę zasadę wzięli pod uwagę nowi sędziowie Sądu Najwyższego, którzy przedstawią prezydentowi pięć kandydatur na nowego prezesa tej instytucji. I dobrze, żeby pamiętał o tym sam prezydent, dokonując spośród nich wyboru. Wolne sądy!

Wszyscy won!
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl