Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
16.02.2014 14:49

Miasto

Za siedmioma górami, za siedmioma borami, na brzegu rzeki, która wolno toczyła swe wody leżało miasto.

Za siedmioma górami, za siedmioma borami, na brzegu rzeki, która wolno toczyła swe wody leżało miasto. Nie było wielkie, ale wystarczająco duże, by pomieścić we własnych murach ludzi różnych nacji, żyjących obok siebie i ze sobą – Polaków, Żydów, Rusinów. Nie było zamożne, ale wystarczająco bogate, by jego mieszkańcy mogli się cieszyć, że przyszło im żyć tu właśnie, nie gdzie indziej.
 
Autorzy wydanego w roku 1890 warszawskiego „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” piszą, że początki miasta wiążą się z osobą księcia Ziemowita mazowieckiego, który w roku 1424 wydał w Bełzie przywilej lokacyjny następującej treści [pisownia oryginalna]: „Pragnąc ażeby posiadłości nasze większego nabrały wzrostu, postanowiliśmy założyć miasto Sokale, które zakładając sprzedaliśmy w niem wójtostwo z 4 łanami gruntów, z łaźnią, z połową jatek rzeźniczych, piekarskich i szewskich, uczciwemu mężowi Mik. Schonals, mieszczaninowi krakowskiemu i jego prawym potomkom, za 150 grzywien. Tegoż Schonalsa uposaża książę szóstym denarem z czynszu od łanów, a trzecim od wszelkich osądzonych spraw, pozwala mu wystawić młyn na rzece Bug, zbudować folusz, z czego połowę dochodu książę ma pobierać; nadaje mu dom, 4 ogrody, browar i słodownią, pozwala polować na sarny, zające, lisy i wiewiórki, łowić wszelkie ptactwo, oprócz sokołów, które dla siebie zachowuje; kopać rudę w gruntach miejskich, zakładać kuźnice, zastrzegając połowę dochodu dla siebie i swoich następców, pozwala nakoniec utrzymywać rybaka do łowienia ryb w Bugu na własne stołowe potrzeby. Mieszczan obdarza prawem magdeburskim, dozwala wrębu na opał i budowle, poławiać w rzece ryby wędą i siecią, zabrania, aby w odległości mili dokoła nie znajdowały się karczmy i ani jeden rzemieślnik”.

Po kilkakrotnym spustoszeniu miasta przez Tatarów przywilej lokacyjny trzeba było wydać ponownie. Wśród przepisów prawnych stworzonych dla mieszkańców Sokala na początku XVI w. na szczególną uwagę zasługuje ten, w którym mowa jest o procedurze powoływania rajców miejskich – dwaj z nich mają być „prawowierni”, a dwaj „ruskiego wyznania”.

„Śmierć drogo zapłacić”

2 sierpnia 1519 r. doszło pod Sokalem do bitwy między „hufcami ruskiej szlachty”, liczącymi – jak podają źródła – 5 tys. zbrojnych, a Tatarami, których miało być 80 tys. Do tej przegranej przez polskie wojska bitwy nawiązał Jan Kochanowski we fraszce „Na Sokalskie mogiły”: „Tuśmy się mężnie przez ojczyznę bili / I na ostatek gardła położyli. / Nie masz przecz, gościu, złez nad nami tracić, / Taką śmierć mógłbyś sam drogo zapłacić”. Cnoty polskiego rycerza wysławiał w „Pieśni o Fridruszu, który pod Sokalem zabit”… Mikołaj Sęp-Szarzyński. W usta bohatera wiersza Fryderyka Herburta wkłada poeta i te słowa: „Bojaźń wyrodna w serce me nie wchodzi, / Lecz, mogąc pomóc, żywiąc, umrzeć szkodzi, / Choć miejsce wzywa, i dusza uczciwa / Krwią, ciałem, zbroją, sławę kupić chciwa. // Ale jeszcze trwa ten targ: otwórz bronę, / Otwórz, już mię wstyd mur mieć za obronę; / Niechaj przypłaci pohaniec zdradliwy, / Że tył mój widział, gdym zbrojny i żywy”.

W połowie XVII w. dwukrotnie gościł w Sokalu król Jan Kazimierz – po raz pierwszy, kiedy zdążał na odsiecz Zbaraża, po raz drugi przed bitwą pod Beresteczkiem (w mieście i jego okolicach obozowało wtedy ok. 130 tys. zaciężnych). W czasie trwania konfederacji barskiej na mieszkańców Sokala dwukrotnie nakładano kontrybucję.

W II Rzeczypospolitej

Wszystkie te fakty przytaczam, by uzmysłowić sobie i czytelnikom, że Sokal międzywojenny nie był pierwszym lepszym punktem na mapie, że zapisał się w pamięci kulturowej jako jedno z miejsc znaczących, a wydarzenia historyczne, jakie zaszły w mieście i jego okolicach, już w wieku XVI traktowane były jako fakty o charakterze wspólnototwórczym.

O Sokalu piszę także z innego względu – wywodzili się stamtąd moi przodkowie po mieczu: prapradziadek Jan, trudniący się stawianiem kominów fabrycznych, cegielnianych i gorzelnianych (rodzinny przekaz mówi o jego udziale w budowie Politechniki Lwowskiej) oraz jego synowie – Feliks, wywieziony podczas wojny na Syberię, Karol, Franciszek (mój pradziadek), legionista Piłsudskiego Piotr i Kazimierz, żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza, uznany za zaginionego podczas kampanii wrześniowej (wdowa po nim zostanie zastrzelona przez Niemców, córka oddana będzie do przytułku).
W II Rzeczypospolitej Sokal był stolicą jednego z powiatów województwa lwowskiego i liczył niewiele ponad dziesięć tysięcy mieszkańców. Mieściły się tu szkoły i szpital powiatowy, sąd i kolegium nauczycielskie, urzędowały władze powiatu. Jak pisał w książce „Na gruzach marzeń” Janusz Pieczkowski: „Niczym klamry spinały [Sokal] dwa mosty drogowe. Na krańcu południowym most łączył miasto ze stacją kolejową i gościńcem biegnącym od Lwowa. […] Na północnym krańcu miasta był drugi most, który łączył z małą dzielnicą Zabuże i był przedłużeniem traktu biegnącego z Hrubieszowa”.

Szczególną sławą cieszył się wśród wiernych klasztor oo. Bernardynów, położony na zachodnim brzegu rzeki. Pątnicy przybywający tu z najdalszych stron modlili się przed cudownym obrazem Matki Bożej Pocieszenia, z którym związana jest średniowieczna legenda o niewidomym malarzu, uzdrowionym podczas modlitwy przed ikoną na Jasnej Górze. Obraz wystawiony w ołtarzu bernardyńskiego kościoła miał być kopią Czarnej Madonny.

W pobliskiej Poturzycy, majątku należącym do rodziny hrabiów Dzieduszyckich, gościem bywał gen. Władysław Anders oraz oficerowie i żołnierze Samodzielnej Brygady Kawalerii z Brodów. W pałacu hrabiowskim odbywały się bale, a na błoniach nadbużańskich urządzano zawody hippiczne i manewry wojenne.

Ćwiczenia z wyobraźni

Próbuję sobie wyobrazić świat, w którym nie doszło do wojny i wszyscy pozostali na swoich miejscach. Próbuję sobie wyobrazić budynki pokrywające się patyną czasu, domostwa pradziadka i jego braci, starzejące się, pochylające ku ziemi, remontowane i rozbudowywane. Zamieszkiwane przez kolejne pokolenia – synów, wnuków, prawnuków.

Teraz patrzę na Sokal od strony bernardyńskiego klasztoru. Wzrok na moment zatrzymuje się na przęsłach mostu przerzuconego przez Bug. Most lśni nowością, bo właśnie go postawiono i to wcale nie dzięki środkom unijnym, ale za pieniądze pochodzące z budżetu państwa polskiego, które przez dziesięciolecia rozwijało się harmonijnie – dzięki pracy Eugeniusza Kwiatkowskiego i dziesiątków jego następców – i dziś jest jednym z zamożniejszych i najlepiej rządzonych krajów w Europie. Jakieś postaci zbliżają się ulicą Kościuszki, wiodącą, jak zawsze, wzdłuż Bugu, skręcają w Tartakowską i wtedy je rozpoznaję – to moja żona i córka, wracają ze szkoły, mieszczącej się w budynku dawnej wszechnicy prowadzonej przez ss. felicjanki. Macham do nich, ale mnie nie widzą. Teraz stoją przy żeliwnych barierkach i rzucają kawałki chleba kaczkom pływającym w dole.

Kim bylibyśmy, jacy bylibyśmy, gdyby nie wydarzyło się to, co się wydarzyło, gdyby pozwolono nam żyć długo i szczęśliwie? I – to chyba pytania o większej doniosłości – jak wpłynęło na nas to, co musiało nadejść i nadeszło? Czym różnimy się od tamtych potencjalnych nas – rzuceni w inne miejsca, wzrastający w innym krajobrazie, oddychający innym powietrzem?

Kim jesteśmy? My – uciekinierzy, wygnańcy, przesiedleńcy.
Jak brzmi morał naszej ciemnej baśni?
 
Dr Przemysław Dakowicz – poeta, krytyk literacki, historyk literatury, adiunkt w Katedrze Literatury i Tradycji Romantyzmu Uniwersytetu Łódzkiego oraz wykładowca literatury współczesnej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Ostatnio ukazał się tomik jego poezji pt. „Łączka”.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej