Jurek serduszko

Odznaczenia służą wyróżnieniu ludzi. Inaczej jest z serduszkiem Jerzego Owsiaka. Serduszko musi mieć każdy. Idziesz ulicą i nie masz serduszka – kup je od napotkanego patrolu. Jeżeli nie chcesz, coś z tobą jest nie w porządku. Przecież cel nabywania serduszek jest szlachetny. Gdybyś, nie daj Bóg, wydał te pieniądze na inne cele, to nie wydałeś ich dobrze. Bo dobry cel jest odznaczony serduszkiem. A skąd wiadomo, że jest dobry?

Skoro Jurek ci to powiedział z prawie wszystkich ekranów telewizora, to musi być dobry. Wątpliwości mają tylko ci, którzy nie mają serduszka. A nie mają go ci, którym nie podoba się, że Jurek wciska kit w sprawach politycznych i ideowych, a zapytany o rozliczenie zebranych pieniędzy, dostaje histerii albo pozywa do sądu. Widziałem ludzi, którzy mieli odwagę nie poddać się terrorowi serduszkowców. Odwracali szybko głowę i przyspieszali kroku. Błąd. Idźcie z dumą. Brak serduszka to dowód na to, że człowiek myśli i nie ładuje pieniędzy na lans gościa, który sprowadził piękne idee do błota. A jeżeli ktoś ma potrzebę wydania tego dnia pieniędzy na szlachetny cel, niech wpłaci na Fundację Niezależne Media, która będzie broniła ściganych przez Owsiaka.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Polska-USA: era koniunktury

Piszę te słowa w Waszyngtonie, w którym są również szefowie resortów obrony i spraw zagranicznych rządu RP. W tym samym czasie prezydent Rzeczypospolitej gości w słynnej wojskowej akademii West Point, zaraz po swoim wystąpieniu na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ-etu. Dzieje się to raptem dwa miesiące po pierwszej bilateralnej wizycie prezydenta USA w Europie – właśnie w Polsce.

Wyniki szczytu NATO w Warszawie były dla naszego państwa znacznie korzystniejsze niż ustalenia szczytu NATO w Newport w 2014 r. Intensyfikacja współpracy militarnej i politycznej, zwiększająca się obecność żołnierzy USA na terenie RP – to wszystko jest przejawem wyjątkowych relacji między Warszawą a Waszyngtonem. Amerykański prezydent mówiący w ONZ-ecie ponownie o Polsce tylko to potwierdza. Bardzo zacieśniając stosunki z Polską, Biały Dom wyraźnie rozluźnia stosunki z Berlinem, a faktycznie wyrzucając do kosza umowę TTIP, czyli o wolnym handlu z UE, przełącza relacje z Brukselą na niższe obroty. Beneficjentem tego jest Rzeczpospolita. Takiej koniunktury nie mieliśmy od stu lat, od czasów patrona placu na warszawskim Żoliborzu – prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona. Wykorzystajmy ją, jak tylko się da!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

„Zapad-17” jako „szczepionka usypiająca”

Rosyjsko-białoruskie manewry „Zapad-17”, prowadzone w dniach 14–20 września br. przez Zachodni Okręg Wojskowy Federacji Rosyjskiej i armię Białorusi u granic państw bałtyckich, Polski i Ukrainy oprócz wymiaru wojskowego (treningu procedur, sprawdzenia logistyki, rozwinięcia struktur dowodzenia, testowania reakcji NATO itd.) miały, jak zawsze, bardzo istotny wymiar psychologiczno-propagandowy. Splot okoliczności międzynarodowych sprawił, że ten ich wymiar stał się najistotniejszy.

Często powtarzam, że na politykę należy patrzeć jak na film, a nie jak na fotografię. Jej natura jest dynamiczna – zmienna w czasie, i oceny sprzed kilku dni, tygodni czy miesięcy mogą być zdezaktualizowane dalszym biegiem wydarzeń, szczególnie gdy „historia przyspiesza”.

Dynamika sytuacji geostrategicznej

Nie wiemy, czym miały być manewry „Zapad-17” w momencie, gdy je planowano – przed warszawskim szczytem NATO, przed wyborami w USA, przed wdrożeniem decyzji Sojuszu Północnoatlantyckiego o wzmocnieniu jego wschodniej flanki i pojawieniem się oddziałów sprzymierzonych w państwach bałtyckich i w Polsce. Nie wiemy także, czym mogłyby być te manewry, gdyby wystąpił jakiś nadzwyczajny czynnik detonujący w rodzaju np. konfliktu zbrojnego wokół Korei Płn. angażującego siły USA.

Na szczęście wzmocnienie wschodnich rubieży NATO i powrót do Waszyngtonu woli politycznej powstrzymywania Rosji z jednej strony, oraz wspomniany brak „zapalnika” z drugiej spowodowały, że najistotniejszym elementem manewrów „Zapad-17” stał się ich wymiar psychologiczno-propagandowy.

Czym manewry „Zapad-17” nie były

Demonstrowanie rosyjskiej zdolności do rozwinięcia na Białorusi i w zachodnich obwodach Rosji dużej masy wojsk uderzeniowych nie służyło podbojowi Białorusi. Kraj ten jest i tak pod silną kontrolą rosyjską, a w wymiarze wojskowym kontrola ta jest pełna.

Białoruskie wojska aeromobilne i radioelektroniczne są de facto częścią struktury Sił Zbrojnych FR, a brak naczelnego dowódcy białoruskiego lotnictwa wynika z faktu, że rzeczywiste dowodzenie jego siłami ma w swoim ręku Moskwa.

Można sobie wyobrazić scenariusz, w ramach którego Putin odegrałby na Białorusi teatr imperialny „zwycięskiego wkroczenia wojsk witanych przez rozentuzjazmowaną ludność kwiatami i spełniających odwieczne marzenie o jedności dwóch bratnich ludów tworzących w ramach ruskiego miru jeden naród”, ale byłoby to przedstawienie propagandowe, a nie rzeczywisty instrument zdobywania kontroli nad tym krajem. Moskwa nie musi wojskowo podbijać Białorusi, gdyż i tak nią włada. Celem takiego spektaklu byłby raczej efekt propagandowy, skierowany do rosyjskiej opinii publicznej, a nie kosztowne, a praktycznie zbędne, wzmocnienie i bez tego mocnej rosyjskiej kontroli nad Białorusią.

Manewry „Zapad-17” mogły posłużyć do wzmocnienia infrastruktury wojskowej Rosji na terytorium Białorusi, ale i to, nawet jeśli w jakiejś skali nastąpiło, nie było motywem ani celem całej operacji. Jeszcze w 2003 r. Rosja i Białoruś podpisały „Porozumienie o regionalnym zgrupowaniu wojsk”. Na jego mocy Rosja może rozwijać swoją infrastrukturę militarną na Białorusi bez tak demonstracyjnego i kłującego w oczy kontekstu, jak wielkie manewry wojskowe.

Operacja propagandowa

Manewry „Zapad” zawsze pełniły ważną funkcję w wojnie psychologiczno-propagandowej. Po upadku ZSRS i okresie jelcynowskiej „smuty” Putin w 1999 r. wznowił sowiecką praktykę ich przeprowadzania w rytmie co cztery lata. „Zapad-1999” był przede wszystkim lekarstwem na zbolałą rosyjską duszę, cierpiącą „straszne upokorzenia”, wynikające z ówczesnego rozszerzenia NATO o Polskę, Czechy i Węgry i ze złamania przez uderzenie lotnicze jedynego wówczas rosyjskiego sojusznika w Europie poza obszarem postsowieckim – Serbii Miloševicia, której to akcji Moskwa mogła się tylko bezradnie przyglądać, wykonując co najwyżej groteskowy rajd batalionu zmechanizowanego na Prisztinę. (Batalion ów, dotarłszy na miejsce, musiał się zwrócić do NATO o zaopatrzenie, by nie umrzeć z głodu).

Manewry „Zapad” w latach 2009 i 2013 miały zastraszać sąsiadów i demonstrować militarne odrodzenie Rosji, która w 2008 r. w Gruzji brutalną akcją wojskową złamała, trwający od 1989 r., proces nieustannego poszerzania się demokratycznego Zachodu na postsowiecki Wschód. Manewry „Zapad-17” – bez względu na to, jaki był ich pierwotnie planowany cel – ostatecznie stały się przede wszystkim wielką operacją propagandową, której rezultatem ma być uśpienie Zachodu i zdezawuowanie jego budzicieli, czyli Polski, Rumunii, państw bałtyckich, Ukrainy i Skandynawii. Rosja demonstracyjnie ukazywała od początku bieżącego roku wielką skalę przygotowań logistycznych do rzeczonych manewrów, żonglowała liczbą ćwiczących wojsk i epatowała niechęcią do otwarcia się na zagranicznych obserwatorów.Chciała wytworzyć atmosferę utajonego gromadzenia potężnych oddziałów w wielkiej liczbie, a tym samym wywołać alarmistyczne komentarze mediów i polityków w zaniepokojonych państwach ościennych.

(Najdalej w tym kierunku poszedł – co naturalne – już zbrojnie walczący z Moskwą Kijów, ogłaszając ustami swoich prominentnych polityków, że w ramach manewrów „Zapad-17” trenuje nawet do 200 tys. żołnierzy gotowych do inwazji). Teraz, gdy ćwiczenia zakończyły się bez poważniejszych incydentów międzynarodowych, można oczekiwać drugiej części wystawianego „przedstawienia” pod tytułem: „Ośmieszenie histerycznie reagujących Polaków i Bałtów, zaczadzonych historycznie uwarunkowaną rusofobią”. „Sami widzicie” – objaśni zachodnim Europejczykom głos Moskwy – „Ostrzeżenia przed rosyjskim zagrożeniem to wymysł chorych, zakompleksionych umysłów z Warszawy, Bukaresztu, Tallina, Rygi, Wilna, Kijowa itd. – fanatyków religijnych i/lub nacjonalistów, czczących bandytów, strzelających w plecy żołnierzom Armii Wyzwolicielki, która ocaliła świat od nazistowskiej tyranii. Nie wierzcie ich alarmom. Sami widzicie, że nic się nie stało”.

Alarm, który ma uśpić

Zainspirowany przez Moskwę alarm medialno-polityczny, wywołany na wschodniej flance NATO ćwiczeniami „Zapad-17”, był nagłaśniany po to, by tym bardziej okazał się „fałszywy”. Teraz każde następne ostrzeżenie, płynące z naszego regionu do central NATO i UE w Waszyngtonie i Brukseli, a wskazujące na niecne intencje Kremla, będzie wyszydzane przez rosyjską propagandę jako przejaw „rusofobicznej histerii”. Gdyby Rosja w przyszłości uznała, że splot okoliczności międzynarodowych tworzy dla niej okazję do użycia siły przeciw swoim sąsiadom, napływające od nich sygnały o nadchodzącym zagrożeniu „powinny być” przez „stary” Zachód lekceważone, a wiarygodność wyciągających z nich wnioski o narastaniu groźby rosyjskiej agresji podważana właśnie na bazie niesprawdzenia się „ich proroctw” co do znaczenia ćwiczeń „Zapad-17”. We Francji, Niemczech, Włoszech itd. znajdzie się wielu chętnych do dawania ucha suflowanemu im rosyjskiemu obrazowi świata.

Wielokrotne podnoszenie fałszywego alarmu skutkuje obniżeniem czujności alarmowanych, a w końcu jej zupełnym zanikiem. Niszczy też prestiż alarmującego, a zatem minimalizuje wpływ jego ostrzeżeń na politykę innych. Jeśli to nastąpi, Rosja bezwzględnie to wykorzysta i uderzy.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl