niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
1 lipca 2016

Piotrowicz odpowiada Sekielskiemu: Nie byłem prokuratorem stanu wojennego

Dodano: 05.12.2013 [18:30]
Piotrowicz odpowiada Sekielskiemu: Nie byłem prokuratorem stanu wojennego - niezalezna.pl
foto: Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska
Wstydzę się, że należałem do PZPR u i nie zachowałem się w tamtym czasie heroicznie. Mogłem odmówić wstąpienia do partii i zostać niedopuszczony do egzaminu prokuratorskiego - mówi w rozmowie z Samuelem Pereira prokurator, poseł Prawa i Sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz. Wywiad ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie".


Dziennikarz TVP w swoim programie poświęcił Panu – jako wiceprzewodniczącemu zespołu smoleńskiego – sporo uwagi. Jak wyglądała pańska rozmowa z Tomaszem Sekielskim?

W sobotę albo w niedzielę zadzwoniła do mnie do domu dziennikarka. Mówiła, że koniecznie chce się ze mną zobaczyć. Powiedziałem jej, że najwcześniej mogę we wtorek. Spytałem czego rozmowa miałaby dotyczyć, na co odpowiedziała mi, że projektu uchwały o prokuraturze. Przysłała mi później przed spotkaniem adres SMS-em, przekonywała, że nie ma sensu w Sejmie, bo w studio TVP lepsze warunki.

Zgodził się pan?
Pojechałem na podany adres na ul. Chocimską (okolice prokuratury okręgowej - przyp. red.) i zdziwiłem się, że nie ma tam żadnego szyldu telewizyjnego. Zadzwoniłem pod wskazane mieszkanie. "Tak tak, proszę jechać windą. Piąte piętro później proszę podejść na szóste" powiedziała mi i wszedłem. Rzeczywiście wyszła po mnie ta pani, wszedłem do studia usiadłem i wtedy wyskoczył Sekielski. Było to dla mnie zaskoczenie, bo nie z nim się umawiałem, wiedziałem czemu służy jego program. Ale do rozmowy doszło. Pierwszy odruch był żeby wyjść, skoro mnie oszukał. Kamery jednak były włączone, on na to czekał. Byłby to dla niego idealny obrazek. Dlatego usiadłem, rozmawialiśmy około godziny i z tego najważniejsze wypowiedzi się nie pojawiły. Gdy skrytykowałem jego rzetelność w trakcie rozmowy, najpierw dalej ją kontynuował, a następnie w sztuczny sposób, teatralnie się oburzył do kamery.

Przejdźmy do treści programu. Sekielski zarzuca, że „należał Pan i udzielał się politycznie w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Wstydzi się Pan przynależności do PZPR‑u?
Są momenty, których się wstydzę. Wstydzę się, że należałem do PZPR‑u i nie zachowałem się w tamtym czasie heroicznie. Nieprawdą jednak jest stwierdzenie, że „udzielałem się w partii”. Jako prokurator nigdy nikogo nie skrzywdziłem. W 1978 r. po skończeniu przeze mnie aplikacji przyjechał prokurator wojewódzki z Tarnowa Stanisław Bieszkiewicz i przeczołgał mnie za to, że jeszcze nie należę do partii. Kazał się zapisać.

I Pan się zapisał.
Zagroził mi, że jeżeli się nie zapiszę, nie zostanę dopuszczony do egzaminu prokuratorskiego. Nie chcę się wybielać, ale długo zastanawiałem się, co wpisać w rubrykę „światopogląd”. W PRL‑u wymagano wpisania „materialistyczny”, a ja nie chciałem zaprzeć się Boga, więc wpisałem „prawidłowy”. Dodatkowo, jeśli chodzi o „udzielanie się”, o którym mówił Sekielski, to raz poproszono mnie w latach 80., żebym napisał referat na 1 maja. Napisałem im tak wywrotowy tekst, że takich próśb więcej do mnie nie kierowano.

Tomasz Sekielski nazywa Pana prokuratorem stanu wojennego oskarżającym opozycjonistów. Jak zaczęła się Pana kariera?
W 1976 r. w październiku rozpocząłem dwuletnią aplikację w prokuraturze. Po aplikacji skierowano mnie do pracy w Prokuraturze Rejonowej w Dębicy, a stamtąd w 1980 r. do działu śledczego w Prokuratury Wojewódzkiej w Krośnie.

Jakie sprawy Pan prowadził?
Przed pracą w Krośnie zajmowałem się pospolitymi przestępstwami, a w Krośnie głównie najpoważniejszymi przestępstwami gospodarczymi i przestępstwami popełnianymi przez milicjantów. Jak wprowadzono stan wojenny, wezwał mnie szef prokuratury wojewódzkiej Kazimierz Haligowski, by zapytać mnie, dlaczego nie podobał mi się stan wojenny?

Skąd to wiedział?
Najprawdopodobniej ktoś na mnie doniósł. Z dwoma kolegami, z którymi pracowałem w jednym pokoju, rozmawiałem o stanie wojennym. Znałem ich od jakiegoś czasu. Rozmawialiśmy też o tym, co nadawało Radio Wolna Europa, i wydawało mi się, że myślą tak jak ja.

Jak wyglądała Pana rozmowa z przełożonym?
Zaczęła się od zarzutu z jego strony, że kwestionuję stan wojenny. Odwołałem się więc do partyjnego przykładu Jerzego Wiatra, który też krytykował stan wojenny, mówiąc o „innych alternatywach” rozwiązania problemu Solidarności. Wtedy prokurator powiedział mi, że mam prowadzić śledztwa w trybie doraźnym. Zdawałem sobie sprawę, że tam będą głównie sprawy polityczne, więc odmówiłem. Powiedziałem, że nie będę ich prowadził, bo nie mogę dać gwarancji prowadzenia śledztw zgodnie z linią partyjną, ponieważ kłóci się to z moim stanowiskiem ws. stanu wojennego. Moje sympatie były po stronie opozycji, której nie miałem zamiaru ścigać.

Jak skończyła się rozmowa?
Na drugi dzień zostałem przeniesiony do Prokuratury Rejonowej w Krośnie. Tam zaczęło się poniewieranie, wyznaczanie mnie do prowadzenia spraw pospolitych. Codzienne dojazdy do pracy po kilkadziesiąt kilometrów – wszystko po to, by utrudnić mi życie. Z Krosna trafiłem do Sanoka i zajmowałem się kradzieżami, później delegowano mnie do Jasła, gdzie zajmowałem się różnymi sprawami pospolitymi. Wśród takich spraw znalazły się akta sprawy Antoniego Pikula.

To sprawa, która pojawiła się w ostatnim programie Sekielskiego.
Zapoznałem się z nią i zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić, żeby nie doprowadzić do oskarżenia Pikula. Poszedłem do szefa prokuratury p. Żmigrodzkiego, który zanim został szefem prokuratury, był wieloletnim komendantem milicji. W prokuraturze wprowadził porządki milicyjne, zachowywał się w sposób despotyczny, niczym furiat. Gdy zapoznałem się ze sprawą, dowiedziałem się, że Pikul jest osadzony w Zakładzie Karnym w Rzeszowie, postanowiłem tam pojechać.

„Prokurator Piotrowicz nie był szczególnie gorliwy, przyniósł mi nawet ubranie do aresztu” – relacjonował Pikul spotkanie z Panem.
Postanowiłem tam pojechać, to było kilkadziesiąt kilometrów od Jasła. Poszedłem do szefa i powiedziałem mu, że w tej sprawie trzeba przeprowadzić czynności dodatkowe, powołać biegłych. On się wściekł, zaczął mówić, że wszystko jest jasne i mam sformułować akt oskarżenia. Ja jednak powiedziałem, że mam obowiązek przedstawić akta podejrzanemu.

Wtedy poznał Pan Stanisława Zająca – późniejszego senatora PiS‑u – który zginął w katastrofie smoleńskiej, obrońcę Antoniego Pikula?
Tak. Pojechaliśmy razem do zakładu karnego. Wspólnie ustalaliśmy, co można w tej sprawie zrobić. Znał moje nastawienie, intencje i już w pierwszej rozmowie omawialiśmy strategię, jak uratować Pikula.

Odnowili Panowie kontakty w 2005 r., gdy postanowił Pan zaangażować się w politykę?
Tak. Kiedy kandydowałem do Senatu, Zając był czynnym politykiem Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby miał mi coś do zarzucenia, jako pierwszy powstrzymywałby władze partii przed wstawieniem mnie na listę. Jednak ani on, ani nikt inny tej czynności nie podjął.

Wracając do postępowania, co Pan mógł zrobić jako prokurator?
Jest taka możliwość: w czynnościach procesowych związanych z zaznajomieniem się z aktami stosuje się praktykę, że podejrzany podpisuje tylko formułkę „po zapoznaniu się z aktami sprawy nie mam nic więcej do dodania, nie składam żadnych wniosków dowodowych”. Ja jednak „w celu wyjaśnienia” przesłuchałem go tak, żeby sprawę umorzyć, dezawuując dotychczasowe zgromadzone przeciwko niemu dowody.

Czy ta taktyka przyniosła skutek?
Oczywiście. Gdy wróciłem, powiedziałem, że nie ma podstaw do sformułowania oskarżenia i trzeba postępowanie umorzyć. Szef się wściekł i złożył skargę na mnie do prokuratora wojewódzkiego Kazimierza Haligowskiego – tego samego, który mnie zdegradował za krytykę stanu wojennego. Ten wezwał mnie, bym się wytłumaczył ze sposobu prowadzenia przeze mnie śledztwa. Po tym spotkaniu nie wykonywałem już w tej sprawie żadnych czynności.

„Mimo braku dowodów Stanisław Piotrowicz w trybie doraźnym przygotował mu [Pikulowi] akt oskarżenia” – mówił Sekielski w programie.
Nie ma mojego podpisu na akcie oskarżenia, jest jedynie przepisane przez maszynistkę moje nazwisko. Na tym dokumencie nie ma żadnej mojej parafki. Mój udział w tej sprawie zakończył się na zaznajomieniu podejrzanego z aktami sprawy.

Była jakakolwiek inna prowadzona przez Pana sprawa stanu wojennego, którą można nazwać polityczną?
Jedna w Krośnie. Podejrzanym o rozpowszechnianie ulotek był nauczyciel Józef Kinel. Pamiętam go, bo został burmistrzem Iwonicza-Zdroju. Poprzez zdezawuowanie pomawiającego go świadka doprowadziłem do umorzenia sprawy. Dodatkowo, gdy przełożony nałożył na niego karę finansową, ja ze względu na to, że miał wielodzietną rodzinę i wiedziałem, że go nie stać na prawnika, sam napisałem mu zażalenie na formalnie moje postanowienie. Od tego czasu, również jako burmistrz, często przychodził do mnie na kawę, radził się w sprawach prawnych.
"Chcesz zabrać głos w ważnej sprawie? Chcesz podzielić się z nami swoją opinią, swoim zdaniem? Wyślij darmowy SMS o treści GPC na 8068 (0 PLN). Wasz głos jest dla nas cenny. Regulamin na www.gpcodziennie.pl/SMS"
POLECANE WIDEO
Opinie użytkowników
Regulamin Forum:
Na forum niezalezna.pl publikujemy opinie użytkowników naszego portalu. Wszystkie posty podlegają moderacji. Bezwzględnie usuwane będą wpisy zawierające groźby karalne i wszelkie prowokacje godzące w Niezależną. Nie publikujemy wpisów wulgarnych, zwalczamy trollowanie. Nie tolerujemy spamu i postów pisanych wyłącznie Caps – Lockami. Ze względu na ograniczoną do 1500 znaków długość komentarzy zastrzegamy sobie prawo do usuwania obszernych artykułów wklejanych w postach w sytuacji, kiedy można wykorzystać link. Wszelkie zastrzeżenia natury regulaminowej prosimy zgłaszać na: pocztę strażnika forum

Niniejszym oświadczam, że wymieniany w tekście "Poszedłem do szefa prokuratury p. Żmigrodzkiego, który zanim został szefem prokuratury, był wieloletnim komendantem milicji. W prokuraturze wprowadził porządki milicyjne, zachowywał się w sposób despotyczny, niczym furiat." nosi prawem kaduka przybrane po wojnie nazwisko "Żmigrodzki". W pobliżu Jasła leży miejscowość "Nowy Żmigród". Musiał ten milicjant operować n tych terenach, stąd to nazwisko. A nazwisko Żmigrodzkich należy do starego rodu szlacheckiego herbu Śreniawa. Rodzina potraciła majątki za udział w Powstaniu Styczniowym. Mój dziad Władysław Żmigrodzki był wojskowym lekarzem, uciekł z sowieckiej niewoli,szedł z armią Hallera i zakładał szpitale,
brał udział w Bitwie Warszawskiej, był ordynatorem szpitala Jana Bożego w Lublinie, żołnierzem AK, jako lekarz odwiedzał więzienie na Zamku Królewskim w Lublinie gdzie ratował chorych, wystawiał fikcyjne zaświadczenia o śmierci, uratował wiele istnień ludzkich na co istnieje dokument podpisany przez wielu świadków. Zmarł w czerwcu 1946 roku, dzięki czemu nie skończył w więzieniu stalinowskim. To jeden z życiorysów członka rodziny Żmigrodzkich. Takich szui jak ten z Jasła nie był i n ie ma w naszej rodzinie.
Dopiero dzisiaj natrafiłam na wywiad z prok. Piotrowiczem i dopiero teraz mogę odnieść się do tego "przypadku". Przed wojną można było zmieniać nazwiska ale nie można było przyjmować nazwisk rodowych. Opowiadała mi babcia jak to przed wojną przyszedł jeden bogacz do dziadka i chciał uzyskać od niego zgodę na przyjęcie nazwiska. Oczywiście dziad się nie zgodził. Po drugiej wojnie Światowej nikt się już nikogo nie pytał. Jest teraz trochę "Żmigrodzkich" "nowych" ale o takiej kreaturze nie słyszałam.

21.03.2016

Pan prokurator PRL-owski Piotrowski nie był zwykłym członkiem PZPR, ale członkiem egzekutywy. To już jest wyższy stopień zaangażowania.
Ale zapewne wkrótce powie, że był Walenrodem w szeregach PZPR.

Przecież był wtyczką PiS i działał na szkodę PZPR.
Dziś może z siebie robić opozycjonistę w PZPR i gadać co chce. Żyją jeszcze ludzie którzy z nim się w tamtych latach spotykali i nie wszyscy mają o nim dobre zdanie. Medal za coś w końcu dostał. Do egzekutywy za nic się nie był wybranym. Gadać bzdury to jego prawo tylko czy ktoś w to uwierzy. A dlaczego doprowadził do umorzenia śledztwa w sprawie molestowania? Bo to był ksiądz?

PS. Dzisiaj nie może awansować żaden były milicjant (decyzja Błaszczykowskiego), żaden oficer WP który służył przed 1089 (decyzja Maciarewicza) a może awansować prokurator z czasów PRL.
Skoro on zajmował się tylko pospolitymi przestępcami to w milicji pewnie też byli tacy co zajmowali się tylko bandytami i gwałcicielami.
W wojsku też byli tacy co tylko budowali mosty drogi rozbrajali miny, gotowali grochówkę lub leczyli ludzi itd. Różni ludzie, różne partie to i różne standardy.

Tak wiem. Służył w WP przed 1989r.

Niektórzy tak piszą, że chyba ich zdaniem można "nie dać się podejść" w TV-studio PRLu-bis, albo że trzeba było wyjść(dopiero by mogli to skręcić!), albo nie przyjąć zaproszenia(NIEOBECNI NIE MAJĄ RACJI).

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl