Brzechwa dla dzieci… cudzych

Władysław Miernicki; wikipedia/domena publiczna

Kto z nas nie zna perypetii Kaczki Dziwaczki, Samochwały, która stała w kącie, Lenia, co leży na tapczanie, czy historii tego, co się działo na wyspach Bergamutach? Nie mówiąc już o Panu Kleksie i jego Akademii. Dla dzieci bajki Brzechwy to kanon, dla starszych – wspomnienie. Jednak autor twórczości, która rozchodziła się w milionowych nakładach, miał swoje mniej znane, dosyć powikłane życie.

Biografia Mariusza Urbanka „Brzechwa nie dla dzieci" obnaża przed nami postać Jana Brzechwy, a właściwie Jana Lesmana, który przyjął pseudonim, aby odróżnić się od bratanka ojca – Bolesława Leśmiana.
 
Brzechwa to postać wielowymiarowa. Nigdy nie wypierał się swoich żydowskich korzeni, ale ich też nie akcentował. „Nie czuł się związany ani z kulturą, ani z językiem czy religią żydowską" – pisze Urbanek. Brzechwa był żołnierzem Legii Akademickiej, który ruszył odbijać z rąk Ukraińców Lwów. W 1920 r. redagował gazetę frontową dla polskich żołnierzy. Awansował nawet na sierżanta sztabowego. Uwielbiał Józefa Piłsudskiego, któremu poświęcił tom wierszy „Imię wielkości". Miał lewicowe poglądy, kochał kobiety, był cenionym specjalistą od prawa autorskiego. W okresie międzywojennym zdobył sławę i popularność jako autor ciętych satyr, piosenek i rewii.
 
W czasie II wojny światowej pracował jako ogrodnik na Służewcu. Podczas okupacji zakochał się od pierwszego wejrzenia w pięknej Janinie Serockiej, która po wojnie została jego trzecią żoną. Warto zaznaczyć, że Brzechwa podczas Powstania Warszawskiego budował barykady na Powiślu i zagrzewał do walki, publikując wiersze w powstańczej prasie i pisząc teksty do kukiełkowego teatrzyku dla dzieci.
 
Po wojnie postanowił jednak zdecydowanie służyć nowej władzy. Pisał propagandowe wiersze i poematy. Atakował Watykan, gen. Władysława Andersa, amerykańskich imperialistów za zrzucenie stonki, prywatny handel czy emigracyjnych kolegów po piórze. „Przyszłość należy do tych, czyja wola niezłomna. Drogę wskazał nam Stalin – chwała mu wiekopomna" – pisał. Wychwalał propagandowo komunistyczny system, będąc jego beneficjentem. Gdy w więzieniach katowano i zabijano żołnierzy niepodległościowego podziemia, w łódzkim Klubie Pickwicka, którego był literackim dyrektorem, odbywały się bankiety, na których alkohol lał się strumieniami. „Powodziło mu się wspaniale, miał piękną żonę, młode kobiety nazywały go królem życia. Był hojny, słynął z szerokiego gestu" – tak Brzechwę zapamiętał Kazimierz Brandys. Wielu pisarzy jednak wspomina, że po wojnie nie zostawiał ich w potrzebie i pomagał jak mógł.
 
Mimo swojej pozycji w komunizmie nie był bezpieczny. Zaczęto uznawać jego wiersze dla dzieci i „Akademię Pana Kleksa" za niepedagogiczne. UB go inwigilował. Brzechwa był jednak wierny systemowi, choć zmarł w poczuciu niedocenienia jego twórczości – pod koniec życia publikacji odmawiały mu duże wydawnictwa, nie zapoznając się nawet z nadesłanym materiałem.
 
Książka Urbanka, który patrzy na pisarza dosyć przychylnym okiem, do biografii dorzuca jeszcze boje na polityczne argumenty o to, czy Brzechwa byłby obecnie dobrym patronem współczesnych szkół. Dodany został również wywiad z córką pisarza, która z rozbrajającą szczerością na pytanie o to, jakie Brzechwa miał podejście do dzieci, odpowiada: „Do cudzych? Dobre".

Tekst ukazał się w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"
Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

Paryż: 40 tys. osób na "Narodowym Marszu dla Życia". Nie zabrakło Klubów Gazety Polskiej

twitter.com/(screenshoot)

40 tys. osób wzięlo udział w manifestacji, która przeszła ulicami Paryża pod hasłem „Zjednoczeni, by bronić życia”. Oprócz uznania praw człowieka w stanie embrionalnym, uczestnicy domagali się także wsparcia dla matek oraz rozwijania ośrodków służących pomocą dla kobiet ciężarnych.

Wśród manifestantów pojawili się przedstawiciele Klubu Gazety Polskiej Paryż wraz z przewodniczącym Klubu, Andrzejem Wodą. 

Specjalnie dla czytelnikow portalu niezalezna.pl publikujmy relację z tego wydarzenia przygotowaną przez Anitę Zapładkę z KGP w Paryżu.  


"Marsz odbył się dzisiaj, tj. 21 stycznia. Spotkaliśmy się o godz. 14.30 przy Porte Dauphine i maszerowaliśmy aż do Trocadero. Trudno jest nam, jako uczestnikom marszu ocenić, ile tysięcy ludzi brało w nim udział, ale marsz był naprawdę liczny.

Trudno jest nam powiedzieć, czy wspieramy Francuzów, to pewnie przy okazji, ale głównie manifestowaliśmy własne poglądy w obronie życia, które trzeba chronić na każdym etapie jego istnienia.

Już przy wejściu (po obowiązkowym sprawdzeniu toreb i plecaków ze względów bezpieczeństwa) otrzymaliśmy od organizatora plakaty, które - mimo zimna i deszczu - niosło bardzo wiele osób. Głównie była to grafika przedstawiająca dziecko w łonie matki, czemu towarzyszyły różne napisy, takie jak: "To jest moje ciało a nie twój wybór", "Chroń mnie a nie zabijaj"...

#MarchePourLaVie na TT, dosłownie: Marsz dla Życia.

Dzięki flagom i jednolitym pelerynom byliśmy, my Polacy, członkowie Klubu GP Paryż, bardzo rozpoznawalni. Francuzi zaczepiali nas, jako Polaków, niemal non stop. Bili nam brawo, wyznawali, że bardzo im w dzisiejszych czasach brakuje naszego papieża, Jana Pawła II, przy jednej z trybun zostaliśmy na głos wyróżnieni i podziękowano nam, Polakom, za uczestnictwo.

Jednym z największych zaskoczeń był dla nas fakt, jak wielu Francuzów potrafi powiedzieć po polsku (!!!) "Dzień dobry".

Jedna z pań, Francuzek, powiedziała, że niewiele już potrafi powiedzieć po polsku, ale pamięta jeszcze "szczęść Boże". Odpowiedziałam jej, że to nie jest niewiele, to jest bardzo dużo!

Imponującym był udział całych rodzin w tym marszu: matki i ojcowie z dziećmi w wózkach, z dziećmi "na barana" z kilkuletnimi prowadzonymi za rękę. 

Mnie samą zaś wzruszył najbardziej chłopak, bodaj 20-letni, z zespołem Downa. Był sam, spotkałam go zaraz na początku, mókł, więc doradziłam, by założył na głowę kaptur, skoro go ma... Przyszedł wziąć udział w marszu za życiem, za swoim życiem...

Zapadał już zmrok gdy doszliśmy na Trocadero. Marszowi i jego zakończeniu towarzyszyła radość i próby rozgrzewania się tańcem, by się rozgrzać.

Cudowne przeżycie, cudowne i wzmacniające i kolejny raz nie wiem, czy to my wsparliśmy Francuzów czy oni nas. 

Faktem jest, że patrzenie na nich przez pryzmat wypowiedzi francuskich polityków czy mediów jest wielce niesprawiedliwe!"



Widać było ogromne zaangażowanie ludzi, Francuzi jakby się budzili. To optymistyczne

- mówi portalowi niezalezna.pl Andrzej Woda, przewodniczący Klubu Gazety Polskiej w Paryżu.

Co równie ważne, pojawiło się niesamowicie dużo młodych ludzi

- dodaje.

Francuzi nie ukrywali wdzięczności Polakom za wsparcie.

Rozpoznawali nas, mieliśmy na sobie biało-czerwone pelerynki i nieśliśmy klubowe banery, wiele osób podchodziło, aby podziękować za pomoc. Mówili, że "gdyby nie Polska, nie byłoby już Europy". Dziękowaliśmy za tak miłe słowa, ale od razu podkreślaliśmy, że oni także muszą mocniej działać. Przyznawali nam rację

- opowiada nam Andrzej Woda.

Źródło: www.enmarchepourlavie.fr, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl