Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Fedyszak-Radziejowska: Nonsensy wiecznie żywe

Rządzący III RP tracą poparcie i zaczyna się ta sama co zawsze gra w rozbicie i skłócenie opozycji i sprzyjających jej środowisk.

Autor:

Rządzący III RP tracą poparcie i zaczyna się ta sama co zawsze gra w rozbicie i skłócenie opozycji i sprzyjających jej środowisk. Oczywiście tylko tej opozycji, która ma realny program, zespół kompetentnych ludzi i wiarygodność zdobytą pod huraganowym atakiem mediów popierających rządzących. Kierunek ataku jest zawsze taki sam: w niedoskonałą, bo niepowielającą światłych idei Janusza Korwin-Mikkego prawicowość; we współpracę z „upolitycznionym” związkiem zawodowym Solidarność oraz w samą instytucję opozycji, którą trzeba ośmieszyć, zdyskredytować i sprowadzić do parteru.

Już tyle razy, także dzięki „prawicowym” publicystom, udało się lansowanie „prawdziwej prawicy”, z państwem „minimum”, prokuraturą doskonale niezależną, rynkiem wolnym od regulacji zapewniających uczciwą (!) konkurencję i pracownikami na możliwie najbardziej „śmieciowych” umowach. Dlaczego nie próbować raz jeszcze? I tak na łamach prasy pojawiają się komentarze, jak to Piotr Duda z „S” zagraża Jarosławowi Kaczyńskiemu, jak „prawicowa” partia przejmuje „roszczeniowe”, a więc rzecz jasna „socjalistyczne” elementy programu Solidarności etc., itp.

Manipulacja emocjami, czyli związek jako hamulcowy

Socjotechnika manipulowania emocjami liderów jak zwykle służy kreowaniu konfliktów i rozbiciu współpracy potencjalnych sojuszników. Media prorządowe głoszą więc (do czasu!) laudację na cześć związkowego przywódcy, że znakomity, nadzwyczajny i ma polityczne ambicje. Przypomina się, że wygrał wybory w Solidarności pod hasłem odpolitycznienia związku, a teraz go „upolitycznia”. A przecież, głoszą media, NSZZ „Solidarność” zawsze (?!?) traci, gdy „wchodzi do polityki”. Tylko pietruszka, marchew i wczasy, jak w PRL, a wszystko inne to polityka, a ta przynależy do… no właśnie, do kogo? Bo przecież nie do PiS, bo on też tylko politykuje i politykuje bez miary. Może więc do PO, bo rządzi? Nic podobnego, przecież PO „buduje”, a nie „robi politykę”.

Można by powiedzieć – takie tam sobie nonsensy i głupotki, gdyby nie to, że od lat te same nonsensy zamieniają wyborców III RP w konsumentów politycznej reklamy, a demokrację w jej żałosną fasadę.

Dzisiaj, gdy Solidarność działa na rzecz demokratycznych obyczajów i procedur (Komisja Trójstronna, dialog społeczny, konsultacje, presja opinii publicznej, strajki, pikiety i demonstracje) natychmiast wracają oskarżenia o ambicje polityczne. Działacze związkowi ośmielają się mówić o kandydowaniu do sejmu? Skandal, to wolno tylko „ludziom biznesu”, a nie związkowcom…

Jak to się stało, że związek zawodowy, który był kluczowym aktorem zmiany społecznej na rzecz demokracji, wolnego rynku i suwerennego państwa, jest dzisiaj traktowany jak balast i wielki hamulcowy, i to nie tylko przez jego przeciwników, lecz także przez dawnego przywódcę, czyli Lecha Wałęsę?

Samozwańczy, prawicowy ruch katolicki

Czytając książkę pod redakcją Dariusza Gawina „Lekcja Sierpnia. Dziedzictwo Solidarności po 20 latach”, miałam wrażenie, że jej autorzy naprawdę nie zdają sobie sprawy, jak bardzo się mylą, pisząc o pierwszej Solidarności, że była „cudem”, „Kościołem”, „religią”, „utopią społeczeństwa obywatelskiego”, „rewolucją robotniczą”, „ruchem narodowowyzwoleńczym” czy nawet fenomenem isonomii.

Sposób jej definiowania ma bezpośredni wpływ na to, czy znajdziemy dla niej miejsce w dzisiejszym życiu społecznym. Jeśli uznamy, że była rewolucją robotniczą czy ruchem narodowowyzwoleńczym, to w suwerennej i demokratycznej Polsce rzeczywiście nie jest potrzebna. Jako robotnicza rewolucja powinna znaleźć miejsce w muzeum zużytych ideologii, a jako ruch narodowowyzwoleńczy – w Muzeum Historii Polski. Także „cud” Solidarności brzmi jak „cud nad Wisłą”, czyli „coś”, co się nam wydarzyło, czego autorami nie jesteśmy, a więc co nie jest naszym sukcesem.

Solidarność nazywana bywa utopią. A przecież nigdy nie obiecywała ani przebudowy świata, ani idealnej rzeczywistości bez krzywd i problemów. NSZZ „Solidarność” była bardzo pragmatycznym związkiem zawodowym i społecznym ruchem dalekim od utopii, jakkolwiek głęboko ideowym. Okazała się skutecznym narzędziem przywrócenia Polsce wolności. I w tej funkcji jest dzisiaj równie użyteczna jak zawsze.

Dodam, że lewica liberalna bezskutecznie próbuje zawłaszczyć pierwszą Solidarność, używając autorytetu Davida Osta, który w znanej książce „Klęska Solidarności” pisze: Partie i związki zawodowe, które mobilizują pracowników, prezentując kapitalizm i właścicieli jako Innego, wnoszą swój wkład w inkluzywny system demokratyczny, czego nie można powiedzieć o tych, które wskazują na politycznych, etnicznych czy religijnych Innych. Jeśli to wydaje się zbyt skomplikowane, to po chwili wyjaśnia: Jak to się stało, że ruch, który tyle uczynił dla odrodzenia liberalnej demokracji, który na nowo wprowadził pojęcie społeczeństwa obywatelskiego do współczesnego dyskursu politycznego, który rzucił wyzwanie reżimowi komunistycznemu i ostatecznie go obalił, kładąc nacisk na inkluzję, a nie wykluczanie – przemienił się w samozwańczy, prawicowy ruch katolicki, skupiający niespełna jedną dziesiątą liczby członków z 1981 r.? Co więcej, zwrot „S” na prawo przyczynił się do odrodzenia polskiej prawicy.

No proszę, jesteśmy w domu. Oto dlaczego Solidarność wciąż boli – bo nie chce być lewicowa. Jednak nie wszystko stracone, David Ost dodaje, że nadal „liberałowie mogą zorganizować gniew klasowy, nie szkodząc gospodarczej przyszłości kraju”. Zwracam uwagę – „liberałowie”, bo pod takim kryptonimem występuje dzisiaj postkomunistyczna i liberalna lewica.

Całość artykułu Barbary Fedyszak-Radziejowskiej w tygodniku “Gazeta Polska”

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane