- Staram się zawsze rozdzielić rolę ojca, role prywatne od roli prezesa Rady Ministrów – zapewniał na konferencji prasowej Donald Tusk.
Mówiąc te słowa, premier najwyraźniej zapomniał o kilku „szczegółach”, które skrupulatnie zebrali reporterzy „Faktu”. Okazuje się, że najbliższa rodzina Donalda Tuska, wbrew jego medialnym zapewnieniom, korzystała z przywilejów, jakie daje funkcja premiera.
Michał Tusk, syn premiera, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej przyznał otwarcie, że w czasie ślubu korzystał z ochrony BOR. Funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu otwierali przed Michałem Tuskiem i jego małżonką drzwi do katedry, a następnie odprowadzili młodą parę do limuzyny, którą młodzi pojechali na wesele. Michał Tusk przyznaje, że ma telefon do BOR i w każdej chwili może zadzwonić po ochronę.
- Przez pewien czas, szczególnie jak był nasz ślub i jak żona rodziła. Zdarzyło mi się, że musiałem skorzystać z Biura Ochrony Rządu. Mam telefon i mogę zadzwonić – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Michał Tusk.
Z kolei żona Donalda Tuska i jego córka Katarzyna pojechały na zakupy do jednej z warszawskich galerii handlowych, a następnie spędziły trochę czasu w kawiarni. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przez cały czas na podziemnym parkingu czekała rządowa skoda z szoferem.
Innym razem na pomoc premiera mógł liczyć chłopak córki Tuska. Po zabiegu ortopedycznym nogi chłopak został odebrany ze szpitala przez rządowy samochód, a następnie w towarzystwie Katarzyny Tusk udał się do premierowskiej willi przy ul. Parkowej. Następnie razem z Donaldem Tuskiem wszyscy udali się rządowymi limuzynami na lotnisko i wsiedli na pokład embraera, którym polecieli do Trójmiasta. Lot trwał godzinę; „Fakt” przypomina, że godzina lotu emraera kosztuje 36 tys. zł, podczas gdy bilet lotniczy u narodowego przewoźnika można już kupić za ok. 250 zł.
