Szef PISF o sytuacji w polskim kinie: panował chaos i nepotyzm. Przede mną ogromne wyzwanie

Radosław Śmigulski, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej / fot. Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl, \"Gazety Polskiej\" i \"Gazety Polskiej Codziennie\".

Kontakt z autorem

Magdalena Piejko

Kierowniczka działu „Kultura” w „Gazecie Polskiej”. Związana także z telewizją Republika, gdzie wydaje m.in. program „10.04.2010. FAKTY”.

Kontakt z autorem

- Czekam na profesjonalne filmy, z dopracowanymi, pogłębionymi scenariuszami. Filmy, z których czegoś się dowiem, które zmuszą widzów do myślenia, które mają szansę zaistnienia w obrocie międzynarodowym – mówi Radosław Śmigulski, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w rozmowie z Magdaleną Piejko i Magdaleną Fijołek.

Był Pan na ostatniej gali oscarowej. Czy był Pan zaskoczony tym, że nowatorski, polski „Twój Vincent” wrócił bez statuetki?
Szanse na triumf „Twojego Vincenta” były ograniczone, zwycięski „Coco” reprezentował gigantyczne interesy i wpływy. Trudno nam się mierzyć z takimi wytwórniami jak Pixar i Disney. Mieliśmy nadzieję, że doceniona zostanie w tym przypadku maestria twórcza reżyser Doroty Kobieli. Do ostatnich dni nie udało się niestety uzmysłowić wszystkim członkom Akademii, że ten film był malowany ręcznie. Sama nominacja dla „Twojego Vincenta” potwierdziła jednak, że animacja to nasz silny brand.

Kieruje Pan instytutem już od ponad trzech miesięcy. Początkowo był Pan atakowany przez mainstream i „Gazetę Wyborczą”, wytykano Panu produkcję nieudanego filmu „Kac Wawa”, ale teraz krytycy zamilkli. Czym jest to spowodowane?
Przeprowadziłem mnóstwo rozmów z reprezentantami różnych środowisk, przekonując ich, że będę stawiać przede wszystkim na jakość i różnorodność. To dwa słowa, które przyświecają mi w pracy i które chcę wdrożyć w PISF. Myślę, że udało mi się część z tych osób przekonać.

Wszedł Pan jednak do instytucji, która od lat była swoistym „układem zamkniętym”. Jeżeli będzie chciał Pan go otworzyć, pewnie o akceptację tzw. środowiska będzie trudniej…
Trudno udawać, że nie ma wrażenia pewnego obiegu zamkniętego wśród artystów. To nie tylko moja obserwacja. I nie chodzi tutaj o środowiska, nazwijmy to, o przekonaniach konserwatywnych, ale też o młodych twórców, którzy po pierwszych próbach realizacji swoich filmów uznali, że to nie jest ich system, że muszą sobie radzić w inny sposób. Jeżeli popatrzymy na dane faktyczne, to rzeczywiście jasno widać, że bardzo duża część twórców została wyeliminowana z systemu dotacji publicznych. To stoi w sprzeczności z postulatami wolności twórczej, ale i z interesem społecznym.
 

Co robi PISF, żeby przyciągnąć na przykład debiutantów i osoby spoza mainstreamu?

Średnia wieku debiutanta spadła w ostatnich latach z 50 do 40 (śmiech), to powoli się zmienia. Obradujemy nad ostatecznym kształtem programu mikrobudżetów dla absolwentów szkół filmowych na filmy fabularne i dokumentalne. W programie tym po raz pierwszy absolwenci nie muszą starać sić o patronat tzw. wielkich nazwisk reżyserskich. Co drugi absolwent ma szansę zrealizować debiut w pierwszych dwóch latach po szkole. Zapraszam do PISF wszystkie projekty, firmy i różnorakie inicjatywy. Zapraszam do składania dobrych projektów i weryfikowania swoich możliwości twórczych na podstawie opinii ekspertów w komisjach.
 

Zmodyfikował Pan też listę ekspertów.
Tak, lista ta została znacznie odświeżona i zróżnicowana. W składach znaleźli się reprezentanci różnych zawodów filmowych. Dodatkowo chcemy zróżnicować te składy ideologicznie. To ciekawe rozwiązanie, które pomoże wyselekcjonować najlepsze projekty, które spełniają nie tylko oczekiwania światopoglądowe. Innym novum było to, że powołujemy cały skład komisji, a nie – jak do tej pory – lidera, który dobierał sobie współpracowników. 

Tak zwanych potakiwaczy. 

To pani powiedziała (śmiech). Ale faktycznie było tak, że lider, który był twórcą i producentem, raczej nie dobierał osób, które byłyby w kontrze do niego.

Premier Piotr Gliński przedstawił listę filmów historycznych realizowanych w tym roku, które z rozmachem opowiedzą o polskiej historii. Które z nich są realizowane przez PISF?

Tak, ten niedostatek produkcji historycznych był zauważalny. Obecna sytuacja na świecie pokazuje, że jeżeli sami nie będziemy pisali o sobie, to nasza historia zostanie opowiedziana przez kogoś innego. Chciałbym jasno powiedzieć, że film historyczny ma pokazywać pewną prawdę, ale przede wszystkim – być świetnym dziełem filmowym, a nie propagandą. Wiele środowisk lewicowych przypisuje bowiem filmom historycznym – czy w ogóle postulatom tworzenia tego rodzaju kinematografii – pewną łatkę propagandową. PISF bierze udział w pracach nad wieloma tytułami zaproponowanymi przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mamy też inne pomysły, chodzi o dotacje na film dotyczący armii gen. Andersa, a także na film o Holocauście.

Który z nich zobaczymy najpierw?

Jest oczekiwanie, że już ten pierwszy film będzie tym najlepszym, idealnym. Tak nie musi być. Te nerwowe oczekiwania na idealną artystycznie opowieść o polskiej dumie i chwale polskiej historii są na wyrost. Im dłużej będziemy czekać na ten film, tym te oczekiwania będą, niestety, rosły. Poczekajmy na ostateczne efekty tego, co zobaczymy na ekranie.

Czy będą to koprodukcje polsko-amerykańskie, czyli tzw. hollywoodzkie?

Co do postulatów „hollywoodzkich”, to przede wszystkim musimy być do tego dobrze przygotowani. Do tej pory producenci amerykańscy uważali nasz rynek trochę za „Dziki Zachód”. Jeżeli chodzi o system produkcji, to zatrzymaliśmy się w latach 90. Na świecie produkcja oparta jest na funduszach inwestycyjnych. Do tego dochodzi cały system audytów i wsparcia instytucji bankowych. To dotyczy nie tylko amerykańskich, lecz także europejskich produkcji. Polska w tym systemie jest nieobecna, nie mamy narzędzi, by korzystać z tego systemu. Pracujemy z jedną z agencji rządowych nad uruchomieniem kredytów obrotowych dla producentów. Kolejnym problemem jest brak zachęt podatkowych, co powoduje, że nasz rynek w porównaniu z innymi jest mniej konkurencyjny. Jeżeli producenci z innych krajów mogą liczyć na 20, 30 czy 50 proc. zwrotów kosztów kwalifikowanych, to choć twórcy z zagranicy cenią polskich fachowców i realizację, nie zdecydują się na współpracę. Bez tej zmiany będzie trudno o „hollywoodzkie” produkcje.

Co ma być takim znakiem charakterystycznym PISF, projektem-perełką?

Unikam odpowiedzi na pytania, co mi się podoba, a co nie. Mam świadomość, że każde moje słowo na temat własnych upodobań skończy się lawiną propozycji filmów w danej tematyce. Gdzieś tam w rozmowach towarzyskich sami twórcy podkreślają, że w środowisku – a przynajmniej jego części – panuje ogromny koniunkturalizm w zakresie doboru tematów. Czekam na profesjonalne filmy, z dopracowanymi, pogłębionymi scenariuszami. Filmy, z których czegoś się dowiem, które zmuszą widzów do myślenia, które mają szansę zaistnienia w obrocie międzynarodowym. Mówię nie tylko o dystrybucji kinowej, lecz także telewizyjnej. Teraz te szanse są spore – kanałów telewizyjnych i platform jest wiele, technologia VOD i serwisy dają szansę na obecność polskich produkcji w szerszym odbiorze.

Dużym problemem polskiego kina jest to, że popada w skrajność – jeśli rozrywka, to na tandetnym poziomie...

Nie zgadzam się z tą opinią, skrajności są z natury najbardziej zauważalne, a co do rozrywki uważam, że polskie komedie romantyczne są coraz lepsze w swojej kategorii. Jeżeli widzowie chcą je oglądać, jeżeli są finansowane ze środków prywatnych, jeżeli twórcy mają z tego pracę i pieniądze, to wolę polskie komedie romantyczne niż zagraniczne.

Z drugiej strony polskie kino kojarzy się z ciężkim dramatem psychologicznym, przedstawiającym patologiczną stronę rzeczywistości. Nie mamy na przykład dobrego kina familijnego…

Kino familijne jest drogie w produkcji, a równocześnie trudno o zwrot nakładów finansowych na rynku komercyjnym.

Stany Zjednoczone potrafią przekuć te historie na sukces komercyjny.

Jeśli produkuje się film dla całego świata, to ma to sens, ale nie słyszałem o niemieckim czy francuskim kinie familijnym. To problem ogólnoeuropejski. Udział europejskiego kina w międzynarodowej dystrybucji kinowej jest z roku na rok coraz mniejszy.

To kwestia braku dobrych scenariuszy?
Niedostatek dobrego scenopisarstwa jest zauważalny i stanowi główny problem polskiego kina. Niestety zbyt często scenariusz składa się z jakiegoś ideologicznego story wrzuconego w dialogi
z telenowel.

Nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej dobrze „sprzedała się” na świecie, choć to kolejna z cyklu ciężkich, sztampowych opowieści o polskiej ksenofobii…
Festiwal w Berlinie jest wydarzeniem, po którym oczekuje się krytycznej analizy
poszczególnych społeczeństw. Te filmy, które udało mi się obejrzeć w konkursie, były właśnie takimi produkcjami. Filmy tam pokazywane uderzały w społeczeństwa. Przejaskrawione spojrzenie na dany problem, na daną społeczność, może denerwować i irytować – zwłaszcza że odbieramy to jako wizytówkę na świecie – ale cóż, widocznie takie jest zapotrzebowanie.

Co z wynikami audytu w PISF zleconego jakiś czas temu przez wiceministra Pawła Lewandowskiego? 

Ocena jest negatywna, wręcz porażająca. Instytut opanował chaos, brakowało procedur, analiz, sprawozdań. Panował nepotyzm. Przede mną ogromne wyzwanie menedżerskie.

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Najwyższe drzewo w Polsce to daglezja; rośnie w Beskidach i ma 57 m

daglezja / Sweetaholic

57 m mierzy daglezja zielona, najprawdopodobniej najwyższe drzewo w Polsce. Rośnie w paśmie góry Klimczok w Beskidzie Śląskim – podało Nadleśnictwa Bielsko. Dotychczas za najwyższe uchodziły dwa świerki, które od daglezji są jednak niższe o 5,5 m.

„Wszystko wskazuje na to, że daglezja o 5,5 m wyprzedza dotychczasowych rekordzistów, czyli dwa świerki - z Białowieskiego Parku Narodowego oraz z rezerwatu przyrody Śrubita w Beskidzie Żywieckim" – poinformowała Irena Polok z Nadleśnictwa.

Leśnicy podali, że daglezja zielona rośnie w leśnictwie Biła w otoczeniu niewiele niższych od siebie drzew. Niemal każde drzewo w jej sąsiedztwie przekracza 45 m wysokości, a przynajmniej cztery mieszczą się w przedziale 53-55 m. „Daglezja nie wybija się zatem wyraźnie ponad korony, przez co nie została wcześniej zauważona” – wskazała Polok.

Daglezję „namierzył” leśnik z Nadleśnictwa Bielsko Rafał Kozubek, który wykorzystał dane z lotniczego skaningu laserowego zgromadzone przez Centralny Ośrodek Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej.

„Następnie sprawdził je w terenie przy pomocy dalmierza laserowego. Uzyskał wynik 56,5 m. Aby mieć całkowitą pewność, co do wysokości drzewa, wynik został zweryfikowany przez Piotra Gacha. Pasjonat określił wysokość na 57 m. Pomiarów dokonał przy pomocy dalmierza z dwóch różnych miejsc. Wynik 57 m to +ostrożna średnia+ z kilkudziesięciu pomiarów, z których ok. 90 proc. mieściło się w przedziale pomiędzy 56,5 – 58 m” - poinformowała Irena Polok.

Wiek daglezji szacowany jest na 115 lat. Zdaniem leśników, wykazuje ona dużą żywotność i może jeszcze urosnąć.

Daglezja jest gatunkiem z rodziny sosnowatych. Pochodzi z Ameryki Północnej. W Polsce jest gatunkiem introdukowanym.

Nadleśnictwo Bielsko w południowej części obejmuje m.in. lasy w Beskidzie Śląskim i Małym, rosnące w pobliżu Bielska-Białej. Na jego terenie znajdują się m.in. góry Skrzyczne, Klimczok, Szyndzielnia, Błatnia i Magurka. Północna część składa się z szeregu mniejszych i większych kompleksów leśnych usytuowanych częściowo na terenie równinnym lub pagórkowatym.

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl