Sensacyjne zeznania w sprawie śmierci dziennikarza. "Gawronik rozwalił sobie rękę, bijąc Ziętarę"

/ Twitter.com/printscreen

Poznański gangster Maciej B. ps. Baryła miał powiedzieć współwięźniowi Mirosławowi M., że „Gawronik rozwalił sobie rękę, bijąc Ziętarę” i przyznać, że w tej sprawie zeznawał prawdę. W maju z zeznań wycofał się jednak Baryła, teraz – Mirosław M. Dziś poznański sąd kontynuował proces Aleksandra Gawronika, oskarżonego przez prokuraturę o nakłanianie do porwania, pozbawienia wolności, a następnie zabójstwa reportera "Gazety Poznańskiej" Jarosława Ziętary.

Dziś zeznania w tej sprawie składał Mirosław M. Miał on potwierdzić, że na przełomie listopada i grudnia 2015 r. jego współwięzień, poznański gangster Maciej B. ps. Baryła powiedział mu, iż wie, co się stało z Jarosławem Ziętarą. Miał też przyznać, że w tej sprawie składał prawdziwe zeznania. Według prokuratury Baryła był naocznym świadkiem podżegania do zabójstwa Ziętary. W kwietniu 2016 r. Baryła powiedział jednak przed sądem, że o sprawie Ziętary nic nie wie. Odwołał także wszystkie dotychczasowe zeznania obciążające Gawronika, łącznie z tym, co mówił podczas rejestrowanych przesłuchań oraz w trakcie prezentowanego w sądzie zapisu z eksperymentu procesowego. Stwierdził też, że przy składaniu zeznań obciążających byłego senatora był instruowany m.in. przez prokuratora.

Mirosław M. mówił jednak dziś przed sądem, że o sprawie Ziętary niewiele wie, i ze względu na upływ czasu nie jest w stanie potwierdzić swoich wcześniejszych zeznań, bo „nie chcę nikogo skrzywdzić”. Mówił też, że wiedzę o tej sprawie czerpał też z prasy i książki, i nie jest w stanie teraz określić, które ze szczegółów zna od Baryły, a które z mediów. Prokurator zaznaczył jednak, że większość szczegółów sprawy w jego zeznaniach nie pojawiło się ani w książce, ani w publikacjach medialnych.

Sąd przytoczył w sądzie poprzednie zeznania Mirosława M. Mężczyzna podkreślał w nich, że Baryła w rozmowach stwierdził, że w sprawę Ziętary zamieszani są Gawronik i Świtalski (Mariusz – założyciel Elektromisu), miał też potwierdzić, że zeznawał prawdę.

- W naszych rozmowach Maciej B. przedstawiał Gawronika ze Świtalskim jako kumpli, którzy robią różne interesy, a Ziętara miał być ich przeszkodą w jednym z nich

 – podkreślił.

 - Maciej powiedział, że w tym miejscu, w dawnej siedzibie Elektromisu podczas bicia pana Ziętary Aleksander Gawronik rozwalił sobie na nim rękę. On mówił, że świadkowie tego zdarzenia, a miało ich być trzech, w większości już nie żyją

 – zaznawał Mirosław M.

Jak dodał, z kontekstu wypowiedzi Baryły świadek wywnioskował, że zabójstwa nie dokonała jedna osoba.

Mówił też, po zabójstwie ciało Ziętary miało być przewiezione do posesji nad jeziorem Kiekrz i tam wrzucone do beczki z kwasem.

- Z całokształtu wielu naszych rozmów w cztery oczy z Maciejem, pamiętam, że powiedział, że policja kopała w miejscu gdzie miały się znajdować szczątki dziennikarza Ziętary i dodał, że kopali w dobrym miejscu, ale szczątki zostały przeniesione. W odniesieniu do samych szczątków powiedział, że zostały podzielone i jedna cześć znajduje się pod wodą, a pozostałe pod ziemią (…) padło z jego ust jezioro Kierskie i jezioro Kociołek leżące obok miejscowości Mosina, w niedalekiej odległości od miejsca, gdzie znajduje się posiadłość Mariusza Świtalskiego

 - mówił we wcześniejszych zeznaniach Mirosław M.

Jak tłumaczył, Baryła sugerował, że szczątki Ziętary mają leżeć w

„metrowym mule i są nie do odnalezienia, na głębokości nie większej niż 6 metrów. W mojej ocenie nie może to być jezioro Kierskie, które jest jeziorem piaszczystym, a taki muł posiadają jeziora torfowe, a takowym jest Kociołek. Maciej mówił, że zakopane szczątki znajdują się na terenie Parku Wielkopolskiego”.

W trakcie rozmowy Baryła miał też powiedzieć, że „wszystko, co zeznał do chwili obecnej jest prawdą”.

- Obecnie Maciej powiedział, że się wycofuje z uwagi na niedotrzymanie danego słowa przez prokuratora, który obiecał mu akt łaski

 – dodał.

Baryła miał też mówić, w odniesieniu do Gawronika, że

„ten człowiek dawał mu zarobić wiele forsy, mówił, że on dla niego woził duże kwoty pieniędzy z jego kantorów, innych przedsięwzięć finansowych, ale cytuję, nazywał tego mężczyznę największą k.... na świecie”.

Maciej B. miał też, powiedzieć świadkowi, że jeszcze przed uprowadzeniem dziennikarza kilkukrotnie byli na ul. Kolejowej w Poznaniu przed mieszkaniem Ziętary. Podczas jednej z wizyt mieli sprawdzać sposób poruszania się po drewnianych schodach w taki sposób, aby nie skrzypiały.

Dziś w sądzie przesłuchany miał być także dziennikarz Piotr Najsztub, który jednak nie pojawił się na rozprawie. Dziennikarz miał się tłumaczyć tym, że przez poranny paraliż komunikacyjny w Warszawie nie zdążył na pociąg. Sędzia Joanna Rucińska stwierdziła jednak, że pociąg, którym mógł jechać, aby zdążyć na sprawę i aby nie przeszkodził mu paraliż komunikacyjny odjeżdżał w poniedziałek po godz. 23. i postanowiła nałożyć na dziennikarza karę w wysokości 2 tys. zł za nieusprawiedliwione niestawiennictwo.

W trakcie rozprawy głos zabrał także sam oskarżany, który w wydanych przez siebie oświadczeniach odniósł się m.in. do zeznań Krzysztofa Ł. - jednego z członków działającej na południu kraju tzw. grupy Ala Capone, zajmującej się m.in. zabójstwami na zlecenie. Według niego, kiedy obaj z Gawronikiem przebywali w Areszcie Śledczym w Katowicach, były senator miał opowiedzieć mu o szczegółach sprawy Ziętary, w tym o motywie, przez który dziennikarz, nazywany przez Gawronika w relacjach świadka "pismakiem" i "żydkiem", miał zostać "uciszony".

Gawronik stwierdził dziś w sądzie, że nie przeczy, że go poznał i że z nim rozmawiał, ale - jak wskazał - „rozmawiałem z nim tylko na temat ptaków i psów”. Krzysztof Ł. miał mówić też, że razem z Gawronikiem oglądali w więzieniu film „Pianista”, i to po nim, Gawronik miał stwierdzić, że „nie lubi żydów”. Były senator przypomniał jednak, że światowa premiera tego filmu odbyła się w maju 2002 roku, a Krzysztof Ł. wyjechał z tego więzienia 4 dni przed premierą. „Z tego, co mi wiadomo nie było pokazów przedpremierowych tego filmu w polskich więzieniach” - stwierdził Gawronik. Dodał też, że list, który miał wskazywać na zażyłą znajomość Gawronika z Krzysztofem Ł., pochodzi z okresu, w którym mężczyźni nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. „Nie można korespondować z kimś kogo się poznana dopiero w przyszłości” – stwierdził oskarżony.

We wtorkowej rozprawie uczestniczył autor aktu oskarżenia prok. Piotr Kosmaty, po wielu miesiącach nieobecności na sprawie. Jak mówił, jego przyjazd do Poznania to wypełnianie obowiązków służbowych. Dodał, że został poproszony o wsparcie prok. Elżbiety Potoczek-Bara ze względu na poziom skomplikowania sprawy na tym etapie procesu.

Proces Aleksandra Gawronika rozpoczął się w styczniu 2016 r. Były senator odpowiada z wolnej stopy. Nie przyznaje się do winy. Grozi mu kara wieloletniego więzienia lub dożywocie.

Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Współpracował m.in. z "Gazetą Wyborczą", "Wprost" i "Gazetą Poznańską". 1 września 1992 r. Ziętara wyszedł ze swego mieszkania i tam widziany był po raz ostatni. W 1999 r. został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dnia dzisiejszego nie odnaleziono.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Paryż: 40 tys. osób na "Narodowym Marszu dla Życia". Nie zabrakło Klubów Gazety Polskiej

twitter.com/(screenshoot)

40 tys. osób wzięlo udział w manifestacji, która przeszła ulicami Paryża pod hasłem „Zjednoczeni, by bronić życia”. Oprócz uznania praw człowieka w stanie embrionalnym, uczestnicy domagali się także wsparcia dla matek oraz rozwijania ośrodków służących pomocą dla kobiet ciężarnych.

Wśród manifestantów pojawili się przedstawiciele Klubu Gazety Polskiej Paryż wraz z przewodniczącym Klubu, Andrzejem Wodą. 

Specjalnie dla czytelnikow portalu niezalezna.pl publikujmy relację z tego wydarzenia przygotowaną przez Anitę Zapładkę z KGP w Paryżu.  


"Marsz odbył się dzisiaj, tj. 21 stycznia. Spotkaliśmy się o godz. 14.30 przy Porte Dauphine i maszerowaliśmy aż do Trocadero. Trudno jest nam, jako uczestnikom marszu ocenić, ile tysięcy ludzi brało w nim udział, ale marsz był naprawdę liczny.

Trudno jest nam powiedzieć, czy wspieramy Francuzów, to pewnie przy okazji, ale głównie manifestowaliśmy własne poglądy w obronie życia, które trzeba chronić na każdym etapie jego istnienia.

Już przy wejściu (po obowiązkowym sprawdzeniu toreb i plecaków ze względów bezpieczeństwa) otrzymaliśmy od organizatora plakaty, które - mimo zimna i deszczu - niosło bardzo wiele osób. Głównie była to grafika przedstawiająca dziecko w łonie matki, czemu towarzyszyły różne napisy, takie jak: "To jest moje ciało a nie twój wybór", "Chroń mnie a nie zabijaj"...

#MarchePourLaVie na TT, dosłownie: Marsz dla Życia.

Dzięki flagom i jednolitym pelerynom byliśmy, my Polacy, członkowie Klubu GP Paryż, bardzo rozpoznawalni. Francuzi zaczepiali nas, jako Polaków, niemal non stop. Bili nam brawo, wyznawali, że bardzo im w dzisiejszych czasach brakuje naszego papieża, Jana Pawła II, przy jednej z trybun zostaliśmy na głos wyróżnieni i podziękowano nam, Polakom, za uczestnictwo.

Jednym z największych zaskoczeń był dla nas fakt, jak wielu Francuzów potrafi powiedzieć po polsku (!!!) "Dzień dobry".

Jedna z pań, Francuzek, powiedziała, że niewiele już potrafi powiedzieć po polsku, ale pamięta jeszcze "szczęść Boże". Odpowiedziałam jej, że to nie jest niewiele, to jest bardzo dużo!

Imponującym był udział całych rodzin w tym marszu: matki i ojcowie z dziećmi w wózkach, z dziećmi "na barana" z kilkuletnimi prowadzonymi za rękę. 

Mnie samą zaś wzruszył najbardziej chłopak, bodaj 20-letni, z zespołem Downa. Był sam, spotkałam go zaraz na początku, mókł, więc doradziłam, by założył na głowę kaptur, skoro go ma... Przyszedł wziąć udział w marszu za życiem, za swoim życiem...

Zapadał już zmrok gdy doszliśmy na Trocadero. Marszowi i jego zakończeniu towarzyszyła radość i próby rozgrzewania się tańcem, by się rozgrzać.

Cudowne przeżycie, cudowne i wzmacniające i kolejny raz nie wiem, czy to my wsparliśmy Francuzów czy oni nas. 

Faktem jest, że patrzenie na nich przez pryzmat wypowiedzi francuskich polityków czy mediów jest wielce niesprawiedliwe!"



Widać było ogromne zaangażowanie ludzi, Francuzi jakby się budzili. To optymistyczne

- mówi portalowi niezalezna.pl Andrzej Woda, przewodniczący Klubu Gazety Polskiej w Paryżu.

Co równie ważne, pojawiło się niesamowicie dużo młodych ludzi

- dodaje.

Francuzi nie ukrywali wdzięczności Polakom za wsparcie.

Rozpoznawali nas, mieliśmy na sobie biało-czerwone pelerynki i nieśliśmy klubowe banery, wiele osób podchodziło, aby podziękować za pomoc. Mówili, że "gdyby nie Polska, nie byłoby już Europy". Dziękowaliśmy za tak miłe słowa, ale od razu podkreślaliśmy, że oni także muszą mocniej działać. Przyznawali nam rację

- opowiada nam Andrzej Woda.

Źródło: www.enmarchepourlavie.fr, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl