"W odpowiedzi na prośbę Arabii Saudyjskiej prezydent (Donald Trump) zgodził się na rozmieszczenie sił USA, których działania będą miały charakter obronny i skoncentrują się przede wszystkim na obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej"
- powiedział w piątek wieczorem czasu lokalnego Esper na konferencji prasowej.
Jak dodał, o pomoc wojskową poprosiły Waszyngton także Zjednoczone Emiraty Arabskie.
"Będziemy pracować także nad przyspieszeniem dostaw sprzętu wojskowego do Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, aby zwiększyć zdolności obronne tych państw"
- poinformował szef Pentagonu.
Nie sprecyzował jednak, ilu żołnierzy zostanie wysłanych w rejon Zatoki Perskiej.
Będzie to liczba "umiarkowana", na pewno nie będą to tysiące żołnierzy - powiedział przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA, gen. Joseph Dunford. Dodał, że więcej informacji na ten temat zostanie podanych w przyszłym tygodniu.
To kolejny w tym roku ruch administracji prezydenta Donalda Trumpa wzmacniający amerykańską obecność wojskową na Bliskim Wschodzie. Na początku maja USA skierowały w ten rejon grupę uderzeniową okrętów wojennych z lotniskowcem Abraham Lincoln i eskadrę bombowców B-52 oraz baterie Patriot, zwiększyły tam także liczbę swoich żołnierzy.
Na piątkowej konferencji prasowej Mark Esper powtórzył, że to Iran jest odpowiedzialny za ostatnie ataki z użyciem dronów i pocisków manewrujących na instalacje naftowe w Arabii Saudyjskiej.
Szef Pentagonu zapewnił, że USA nie chcą wojny z Iranem, ale ostrzegł, że mają w zanadrzu także opcje militarne, po które mogą sięgnąć, jeśli będzie to konieczne. Esper wezwał Iran, by odstąpił od swojej "niszczycielskiej i destabilizującej działalności".
Do przeprowadzonych w ubiegłą sobotę ataków na saudyjskie rafinerie oficjalnie przyznali się sprzymierzeni z Iranem jemeńscy rebelianci Huti, ale Waszyngton i Rijad oskarżają o nie Teheran. Irańskie władze temu zaprzeczają.