Szef niemieckiego rządu, przemawiając częściowo po angielsku – co miało być czytelnym sygnałem dla Białego Domu – nakreślił wizję nowej „Realpolitik”. Jej fundamentem nie jest już jednak ścisła współpraca z Waszyngtonem, ale „chłodna kalkulacja” i budowa europejskiej potęgi pod dyktando Berlina. Merz stwierdził wprost, że między Europą a USA powstała „przepaść i głęboki rów”, a wojna kulturowa w Ameryce (czyli ruch MAGA) „nie jest naszą wojną”.
Niemiecka prasa pieje z zachwytu nad „odwagą” kanclerza, który rzekomo „trzeźwo analizuje” sytuację. Tygodnik „Die Zeit” nazywa przemówienie „Europejską Deklaracją Niepodległości”, a „Der Spiegel” donosi z satysfakcją, że Merz „nie zamierza dłużej tolerować wszystkiego, co robi Ameryka”. W praktyce oznacza to, że Niemcy nie wierzą już w możliwość utrzymania dobrych relacji z USA pod rządami obecnej administracji i zamiast szukać porozumienia, wybierają drogę konfrontacji pod hasłem „europejskiej suwerenności”. Kanclerz, odwołując się do Immanuela Kanta, domaga się, żeby Europa wyszła z zawinionej przez siebie niedojrzałości i zapowiada nową politykę wobec USA. „Autokracje mają popleczników, demokracje mają partnerów i sojuszników” – cytuje Merza „Der Spiegel”.
Merz jako anty-Trump
Retoryka Berlina jest wyjątkowo niebezpieczna dla państw wschodniej flanki NATO, w tym Polski. Merz sugeruje, że prezydent USA nie widzi korzyści z sojuszu z Europą, co jest jawną manipulacją mającą uzasadnić niemiecki zwrot. „Handelsblatt” wprost nazywa Merza „Anty-Trumpem” i stawia sprawę jasno: emancypacja od USA uda się tylko wtedy, gdy siła gospodarcza Europy przekształci się w siłę militarną i jedność polityczną. Oznacza to nic innego jak dążenie do federalizacji UE i budowy europejskiej armii, która miałaby zastąpić NATO, a której stery trzymałby Berlin.
Co więcej, kanclerz Niemiec zapowiedział poszukiwanie nowych partnerów, którzy „nie muszą być kryształowymi demokratami”. Jako przykład wskazał Włochy i Giorgię Meloni, co pokazuje, że Berlin w imię budowania swojej strefy wpływów jest w stanie przymknąć oko na swoje dotychczasowe moralizatorstwo. Cel uświęca środki – a celem jest wypchnięcie wpływów amerykańskich z Europy. „Tagesspiegel” zauważa jednak przytomnie, że piętą achillesową tych mocarstwowych rojeń jest stan Bundeswehry. Merz domaga się przywrócenia obowiązkowej służby wojskowej, by uwiarygodnić swoje pretensje do bycia globalnym graczem, co w pacyfistycznym społeczeństwie niemieckim może być trudne do przeforsowania.
Wypowiedzi te padają w newralgicznym momencie. Rok po wizycie wiceprezydenta J.D. Vance’a w Monachium Niemcy zamiast łagodzić napięcia, dolewają oliwy do ognia. Zamiast budować mosty w ramach NATO Merz sugeruje, że USA pod obecnym przywództwem nie pasują do niemieckiej wizji „wartości”. To gra va banque, w której stawką jest bezpieczeństwo całego kontynentu, a zwłaszcza państw graniczących z Rosją, dla których obecność US Army jest jedynym realnym gwarantem pokoju.
Niemiecka buta i atak na Polskę
Najbardziej niepokojące dla nas są jednak fragmenty dotyczące przywództwa w Europie. Merz rości sobie prawo do „przywództwa Niemiec”, a niemieccy komentatorzy bez żenady atakują Polskę. Berthold Kohler na łamach prasy, komentując plany kanclerza, pisze o „nacjonalistach w Polsce”, zastanawiając się, jak przyjmą oni ofertę niemieckiego przywództwa. To klasyczny przykład niemieckiej arogancji – każdy przejaw troski o suwerenność narodową i sojusz z USA jest w Berlinie etykietowany jako „nacjonalizm” i „brak dojrzałości”.
Niemcy, wraz z Francją, chcą narzucić Europie swój dyktat, ignorując głosy sprzeciwu. Komentatorzy zauważają, że duet w centrum UE często podąża w różnych kierunkach, ale łączy ich jedno – chęć ograniczenia wpływów amerykańskich. Merz liczy na to, że „wystarczająco dużo Europejczyków zrozumie, co jest stawką”. W tłumaczeniu na język politycznej praktyki oznacza to presję na państwa członkowskie, by podporządkowały się niemieckiej wizji „strategicznej autonomii”.