Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Caracas a sprawa polska. "Gazeta Polska" o powrocie Ameryki z pazurem

Brawurowa operacja w Caracas pokazała nie tylko bezkonkurencyjny potencjał i zabójczą skuteczność amerykańskich sił zbrojnych, kompromitując przy okazji systemy rosyjskie i chińskie. Zademonstrowała też, że Ameryka Trumpa poważnie traktuje swoją rolę na świecie. Tym bardziej że w kolejnych dniach nastąpiły kolejne kroki: zajęcie rosyjskich tankowców, zielone światło dla sankcji pośrednich wymierzonych w Rosję i zapowiedź zwiększenia wydatków obronnych o jedną trzecią. Dla głoszących od lat w Polsce „koniec Ameryki” nastał trudny czas.

Znaczenie akcji ujęcia Nicolása Maduro wykracza daleko poza samą Wenezuelę i pytanie o przyszłość reżimu chavistów. 3 stycznia 2026 roku może okazać się datą graniczną i początkiem nowej epoki, w której zmieni się nie tylko postrzeganie Ameryki przez samą siebie, zmieni się też to, jak Amerykę postrzegają inni: tak sojusznicy, jak i geopolityczni przeciwnicy. Barack Obama powiedział kiedyś o użyciu siły militarnej przez Amerykę: „To, że mamy najlepszy młotek, nie znaczy, że każdy problem jest gwoździem”. Ta zasada w dużej mierze kierowała myśleniem amerykańskich liderów od 2008 roku, od końca drugiej kadencji George’a W. Busha, który został zapamiętany jako ten, który młotka używał zbyt często. Problem tkwi w tym, że gdy młotek jest nieużywany, łatwo wszystkim zapomnieć, że naprawdę jest bezkonkurencyjny. Operacja w Caracas przypomniała każdemu, jak jest naprawdę. Jak zwrócił uwagę sekretarz wojny Pete Hegseth, „wygląda na to, że ta rosyjska obrona przeciwlotnicza nie zadziałała zbyt dobrze, prawda?”. Ameryka przypomniała światu, że ciągle jest jedyną potęgą zdolną do przeprowadzenia takiej operacji. Jedni przyjęli taki stan rzeczy z trwogą, drudzy z satysfakcją, a niektórzy musieli naprędce tworzyć tłumaczenia, dlaczego ich teorie, choć fakty ewidentnie im zaprzeczyły, są ciągle wiarygodne. 

Powrót Ameryki do polskiej debaty

Ta asertywność i skuteczność Ameryki w realizowaniu swoich interesów może też stanowić przydatną korektę do debaty na temat polskiego bezpieczeństwa. Pomimo że polskie społeczeństwo nadal jest jednym z najbardziej proamerykańskich w Europie, w ostatnich latach robiono sporo, by taki stan rzeczy zmienić. „Bycie atlantystą w Polsce jest, z perspektywy obozu rządowego i ich zwolenników medialnych, rodzajem obciachu, przynajmniej chcą taką atmosferę wytworzyć, zwłaszcza od momentu, gdy Harris przegrała wybory z Trumpem” – zauważył w Republice szef BBN, prof. Sławomir Cenckiewicz. Donald Tusk podczas paryskiego spotkania „koalicji chętnych” wyszedł przed szereg, mówiąc w sprawie Grenlandii:

„Żaden członek Paktu Północnoatlantyckiego nie powinien atakować czy grozić innemu członkowi Paktu Północnoatlantyckiego, inaczej NATO traciłoby sens”.

Po spotkaniu premier stwierdził, że kwestia Grenlandii nie była jednak podnoszona. Pierwsza wypowiedź służyła więc tylko temu, by po raz kolejny powtórzyć popularną wśród europejskich liberałów tezę, że Trump „niszczy jedność Zachodu”. Radosław Sikorski, dwa dni po operacji w Caracas, udzielił wywiadu TVP World, nad którą sprawuje nieformalny nadzór od czasu przejęcia mediów publicznych. „Walczyliśmy z Rosją, z powodzeniem, zanim USA w ogóle powstały, więc powinniśmy być w stanie zrobić to dzisiaj” – stwierdził szef MSZ. 

Kto jest naiwnym frajerem

Te słowa mają sens, ale tylko w kontekście politycznego przetrwania Tuska i Sikorskiego, którzy swój los sprzęgli z byciem prymusem w antytrumpowym froncie europejskim. Jest natomiast szalenie niebezpieczna w kontekście polskiego bezpieczeństwa. Jak zauważył prof. Cenckiewicz, pytanie sprowadza się do tego: „Czy chcemy wsiadać do pociągu, w którym jest taka lokomotywa, jaką dają Amerykanie, czy chcemy wsiadać do pociągu, w którym lokomotywy nie ma i nie wiadomo, kto ją wyprodukuje i za ile lat”. Sikorski stwierdza, że gospodarka UE jest dziesięciokrotnie większa od rosyjskiej, a więc „powinniśmy być w stanie”, w teorii, sobie poradzić. „Tyle że lokomotywa nie została jeszcze wyprodukowana i na tym polega problem. Jeśli będą zdolności europejskie – świetnie, tylko kiedy one będą? Nic na horyzoncie nie pokazuje, że one będą w ciągu nawet 30 lat zbudowane. To jest fikcja” – zwrócił uwagę Cenckiewicz. 

Sikorski i Tusk za dużo zainwestowali w opcję antyamerykańską, by teraz się wycofać. Ale użycie amerykańskiego „młotka” w Caracas może polską debatę urealnić. Tym bardziej że mamy w niej coś, co nazywam sojuszem liberalno-geopolitycznym. Jacek Bartosiak nie tylko mówił 17 grudnia 2025 roku, że „Amerykanie wyraźnie przegrywają rywalizację z Wenezuelą, która jest wspierana przez Chiny i przez Rosję”. W tej samej audycji stwierdzał, że „Rosja w czasie wojny rozniesie Polskę w pył”. Od lat przekonywał, że stawianie w polityce bezpieczeństwa na USA jest dziełem wyjątkowo naiwnych frajerów, chcących, także poprzez zakupy sprzętu, „polerować prymat” amerykański. „Po pierwsze i najważniejsze: nie ma już amerykańskiego prymatu, czyli nie ma bezpieczeństwa, którym cieszyliśmy się przez kilkadziesiąt lat” – pisał na X 22 lipca 2025 roku. O ile rządzący w Polsce alternatywę dla USA widzą w iluzji „przebudzenia” Europy, geopolitycy i realiści mówią o „wielowektorowości”. Ale nie trzeba skrobać zbyt mocno, by zobaczyć, że w praktyce główny wektor tej genialnej strategii byłby chiński. 

Półkule i amerykańskie interesy

Wielu powie, że akcja w Wenezueli tylko potwierdza europejskie obawy i histerie, które wybuchły po ogłoszeniu nowej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa. Oto USA, w ramach doktryny Monroe’a z trumpowskim dodatkiem, będą się skupiać na zachodniej półkuli, pozostawiając Europę samej sobie albo może nawet godząc się z rosyjskimi wpływami w tej części świata. Tyle że ta opowieść nie za bardzo trzyma się kupy. Po pierwsze, wiarygodność Ameryki, podobnie jak wiarygodność dolara, jest „wymienna” (fungible – jak mówią Amerykanie). Mówiąc brutalnie, od teorii strategicznych ważniejsze jest to, że rywale USA zobaczyli, że Ameryka jest gotowa użyć młotka i może to zrobić bardzo skutecznie. Po drugie, tej opowieści wprost przeczą fakty. Gdy kilka dni po pojmaniu Maduro Amerykanie dokonywali abordażu na tankowcu pod rosyjską banderą na północnym Atlantyku, który chwilę wcześniej chciał zawinąć do Wenezueli, a do którego ochrony Rosjanie wysłali okręt podwodny, mogliśmy się w praktyce przekonać, że interesy i bezpieczeństwo USA funkcjonują w systemie naczyń połączonych. 

Świadczyła o tym też sama konferencja w Mar-a-Lago w dzień pojmania Maduro. Trump pod koniec został zapytany o Rosję i stwierdził: „Nie jestem zachwycony Putinem”, dodając: „On morduje zbyt wielu ludzi”. Co jednak jeszcze ciekawsze, prezydent powtórzył znaną mantrę, że wojna by nigdy nie wybuchła, gdyby on rządził w Białym Domu, ale po chwili połączył operację w Caracas z sytuacją na Ukrainie. „Oglądałem ostatniej nocy operację, która była tak precyzyjna, tak błyskotliwa” – mówił Trump. „Gdybyśmy mieli takich ludzi jak ten generał [szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – gen. Dan Caine, który także uczestniczył w konferencji] i innych naszych ludzi, ta wojna nie potrwałaby zbyt długo” – powiedział Trump. Warto pamiętać, że według relacji Boba Woodwarda i Lindsaya Grahama w lutym 2022 roku Trump uważał, że USA powinny dokonać wyraźnej demonstracji siły wobec Rosji. Ta retoryka wobec Rosji była widoczna także wśród innych członków administracji, jak choćby w cytowanej już wypowiedzi Pete’a Hegsetha.

Marco Rubio pytany o potępienie amerykańskiej interwencji przez Rosję, stwierdził, że USA niczego innego się nie spodziewały, i życzył Siergiejowi Ławrowowi „wesołych świąt”, dodając, że Rosja ma chyba i tak „ręce pełne roboty” na Ukrainie. Sekretarz stanu podkreślił też, że miernikiem tego, na ile władze Wenezueli dostosowują się do woli USA, będzie to, na ile wpływy rosyjskie zostaną ograniczone w sektorze energetycznym i bezpieczeństwa. 

Budżet wojskowy

Niewiele tu wskazuje na potwierdzenie tezy, która święciła triumfy w polskiej debacie w ostatnim czasie: oto Ameryka się zwija, chce się schować na zachodniej półkuli, za murami „Cytadeli wolności” (określenie, którego używał senator Robert Taft jeszcze w latach 40.). Trump na Truth Social zapowiedział, że jest zwolennikiem tego, by budżet wojskowy USA w 2027 roku został podniesiony aż o 1/3. „Po długich i trudnych negocjacjach z senatorami, kongresmenami, sekretarzami i innymi przedstawicielami politycznymi uznałem, że dla dobra naszego kraju, szczególnie w tych bardzo burzliwych i niebezpiecznych czasach, nasz budżet wojskowy na rok 2027 nie powinien wynosić 1 bilion dolarów, lecz raczej 1,5 biliona dolarów” – napisał na Truth Social. Senator Lindsay Graham, należący raczej do grona antyrosyjskich jastrzębi, który ostatnio często towarzyszy Trumpowi, nawet na pokładzie Air Force One, napisał z kolei, że Trump dał „zielone światło” dla ponadpartyjnego projektu Kongresu nakładającego sankcje pośrednie na kraje kupujące rosyjską ropę. „Ta legislacja da prezydentowi Trumpowi ogromne narzędzia presji wobec krajów, takich jak Chiny, Indie czy Brazylia, do przekonania ich do zaprzestania zakupów taniej rosyjskiej ropy” – napisał Graham. 

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane