Oficjalnie liczba ofiar piątkowej tragedii na wyspie wzrosła już do 85. Osiem osób zginęło we wcześniejszym zamachu bombowym w Oslo. Ofiar może być jednak więcej, bo poszukiwanych jest wciąż 6 osób. Według policji, "nie ma konkretnych doniesień" o drugim uzbrojonym napastniku na wyspie, lecz wciąż nie można wykluczyć takiej ewentualności. Policja na wyspę dotarła po półtorej godziny.
Do opinii publicznej docierają kolejne relacje świadków dramatu. Na antenie TVN24 swoją historię opowiedział Adrian Pracoń, Norweg polskiego pochodzenia, który został ranny na wyspie Utoya. Pracoń, jak wielu innych, udawał martwego. Przykrył się dla niepoznaki ciałami ofiar szaleńca. Wcześniej zabójca strzelał do niego z odległości ok. 10 metrów, krzyczał, że chłopak musi umrzeć. Sprawca masakry w okrutny sposób dobijał swoje ofiary z bliskiej odległości. Właśnie w taki sposób strzelił w ramię Adriana Praconia, ale ten nie poruszył się i dzięki temu przeżył. W tym czasie morderca zastrzelił 17 osób.
Adrian Pracoń przeszedł już jedną operację ramienia i czeka na kolejną. Opowiadał też, że widział przerażonych, uciekających ludzi. Zabójca strzelał im w plecy, a potem dobijał.
Zamachowiec wzbudził zaufanie młodzieży zgromadzonej na wyspie Utoya. Twierdził, że jest policjantem ochraniającym ich po wcześniejszym zamachu na siedzibę premiera w Oslo. Zdołał zgromadzić w jednym miejscu sporo osób, a następnie bezpardonowo otworzył do nich ogień.
Mimo wcześniejszych deklaracji policji, że zareagowała szybko i sprawnie - fakty wydają się nieco inne. Oddział specjalny norweskiej policji dotarł na wyspę Utoya nie po 30, a po 90 minutach od chwili rozpoczęcia strzelaniny. Policjanci mieli kłopoty ze znalezieniem łodzi i dostępem do helikoptera. Teraz wiadomo, że pierwsza łódź, na którą wsiedli komandosi, okazała się niesprawna. W tym czasie zamachowiec w okrutny sposób mordował młodych ludzi zgromadzonych na wyspie. - Nasza reakcja od momentu kiedy otrzymaliśmy pierwszą informację była szybka. Ale mieliśmy kłopoty z dotarciem na Utoya - przyznał szef norweskiej policji.
Już w sobotę Król Norwegii Harald i królowa Sonja przyjechali do hotelu w pobliżu Oslo, gdzie zakwaterowano ocalałych z tragicznej piątkowej strzelaniny na wyspie Utoya oraz rodziny ofiar.
Obecny był także następca tronu, książę Haakon.
Premier Norwegii Jens Stoltenberg powiedział w sobotę, że nawiązano współpracę z zagranicznymi służbami wywiadowczymi, by ustalić, czy jest jakiś międzynarodowy ślad w piątkowych zamachach, w których mogło zginąć nawet 99 osób.
"Kontaktujemy się ze służbami wywiadowczymi innych krajów" - oświadczył norweski premier po spotkaniu z osobami, które przeżyły strzelaninę na wyspie Utoya. "Dochodzenie trwa" - powiedział Stoltenberg, dodając, że trzeba zbadać, czy "były jakieś międzynarodowe powiązania".
"Aktualne informacje mówią o co najmniej 85 zabitych (na obozie)" - powiedział komendant policji Oystein Maeland. "Nie możemy zagwarantować, że ta liczba się nie zwiększy" - wskazał, dodając, że wiele osób jest ciężko rannych.
Maeland oświadczył, że skala ataku była "katastrofalna".
Wcześniej policja informowała, że na obozie młodych socjaldemokratów na wyspie Utoya, ok. 30 km od Oslo, śmierć poniosło ok. 10 osób; służby zastrzegały, że tragiczny bilans może wzrosnąć. W obozie uczestniczyło kilkaset osób.
Świadkowie relacjonowali, że napastnik w policyjnym mundurze strzelał na oślep do młodych ludzi, którzy usiłowali chronić się, skacząc do wody.
Na wyspie znaleziono także materiały wybuchowe, które nie zostały zdetonowane.
Z kolei atak bombowy w pobliżu budynków rządowych w stolicy spowodował - według dotychczasowych danych - śmierć siedmiu osób. Policja zaapelowała do mieszkańców, by opuścili centrum Oslo. Na ulicach rozlokowani zostali żołnierze.
Premiera Jensa Stoltenberga nie było w chwili zamachu w biurze.
To najkrwawsze ataki w Europie Zachodniej od zamachu bombowego w Madrycie, w których zginęło ok. 190 osób - zwraca uwagę agencja Reutera.
Aby nie zginąć, udawaliśmy martwych - opowiadają w sobotę świadkowie tragedii na norweskiej wyspie Utoya. 32-letni mężczyzna zastrzelił tam w piątek co najmniej 84 osoby, głównie uczestników obozu młodych socjaldemokratów.
Według świadków, napastnik w policyjnym mundurze zachęcał ludzi, by zbliżyli się, a następnie otwierał ogień. Często po oddaniu strzału napastnik zmieniał broń i strzelał po raz drugi w głowę ofiar, by upewnić się, że jego ofiara nie żyje.
21-letnia Dana Berzingi opowiadała, że wiele osób "udawało martwych, by przeżyć". "Straciłem wielu przyjaciół" - mówi Berzingi, która zadzwoniła na policję z telefonu komórkowego zastrzelonego kolegi.
Emilie Bersaas opowiadała telewizji Sky News, że gdy rozpoczęła się strzelanina schroniła się pod łóżkiem w budynku szkolnym.
"W którymś momencie strzelanina miała miejsce bardzo blisko budynku. (...) Ludzie w sąsiedniej sali bardzo głośno krzyczeli" - mówiła. "Leżałam pod łóżkiem przez dwie godziny. Później policja rozbiła okno i weszła do środka" - relacjonowała.
Młodzi ludzie przez telefony komórkowe informowali bliskich o tym, co dzieje się na wyspie. W pewnym momencie w norweskich mediach pojawiły się apele, by nie kontaktować się z osobami przebywającymi na wyspie, ponieważ dźwięk telefonu może zdradzić ich miejsce pobytu.

fot. BRITTA PEDERSEN (PAP/EPA)

fot. MORTEN EDVARDSEN (PAP/EPA)