Czy jako ludzie ufamy jeszcze autorytetom?
Nie mamy ich! I to na własne życzenie. To nie jest tak, że autorytety zniknęły. My już nie chcemy ich mieć. Gumujemy je sobie. I to zarówno w przestrzeni społecznej i obywatelskiej, jak i w kwestiach religijnych i etycznych. Bo jeśli ktoś jest dla mnie autorytetem, to muszę mu przyznać rację, a obecnie to ja jako człowiek mam rację. Racja jest tylko po jednej, mojej stronie. Usunęliśmy z naszego życia autorytety. Dzieje się tak już na poziomie szkoły podstawowej czy średniej. Nauczyciel przestał być pedagogiem - wychowawcą, jest już tylko i wyłącznie edukatorem. A jeśli to akceptujemy, to podważamy cały system wychowawczy, bo on zakłada istnienie autorytetów. Ten problem dotyczy całej cywilizacji zachodnio-atlantyckiej...
I w całej Europie usuwamy z przestrzeni publicznej Pana Boga.
Bo inaczej musielibyśmy przyznać, że Bóg ma rację. Zresztą, gdy rezygnujemy z Pana Boga, możemy spokojnie zdewaluować przepisy ruchu życiowego, czyli cały Dekalog.
Np. 8. przykazanie brzmi: "Nie mów fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu". Po prostu: "Nie kłam". Ale dziś kłamstwo w ogóle nie istnieje. Ktoś mówi półprawdę albo się z prawdą rozmija, ale nie kłamie. Możemy pójść jeszcze dalej i wszystkie przykazania rozmyć. A, gdy nie ma podstawowego kręgosłupa, to ja sam dla siebie staję się normą postępowania, odnośnikiem dla tego, czy coś jest prawdą, czy dobrem. Ja… I od tego już krok do uzależnień, bo w pewnym momencie muszę się rozczarować, także samym sobą, a to musi boleć. Każde życiowe rozczarowanie głębsze czy słabsze (także rozczarowanie światem, nieumiejętnością zaspokojenia swoich potrzeb) boli, więc potrzebna jest "pyralgina", czyli środek znieczulający. Alkohol, (który jest oczywiście najbardziej znany), inne środki uzależniające, jest ich ponad miarę. Mamy też uzależniające technologie. Myślę tu o internecie. To też może być poważne uzależnienie. A pandemia stanowi świetne po temu "podglebie". Sieć daje zaspokojenie pragnień rozrywki, potrzeb intymnych, erotycznych, jakichkolwiek. Zachłysnąć można się też światem gier komputerowych, czatów i „polubień”. A to równie niebezpieczne.
Wróćmy do upadku autorytetów. W ostatnim czasie w Polsce mieliśmy ataki na Kościół, popularne stało się bluzganie na księży. Czy to moda?
Nie mam takiego wrażenia, że ataki jakoś się nasiliły, choć nie chcę też to powiedzieć, że ich nie ma. (Mówię to na podstawie mojej parafii, niewielkiej i leżącej na obrzeżach Katowic i słuchając opinii moich kolegów - księży). Mam wrażenie (i to nie dotyczy tylko tego, ale i innych zjawisk społecznych), że następuje multiplikacja informacji medialnych. Oczywiście Kościół, a właściwie to księża i kościelni hierarchowie, stali się adresatem społecznego sprzeciwu, buntu, napięcia. Często jakieś jedno, drugie, trzecie zdarzenie jednostkowe, wielokrotnie informacyjnie, serwisowo powtarzane daje poczucie masowości i nasilenia. Przez powielenie negatywnych informacji mamy wrażenie, że wszystko jest złe, że w ogóle nie ma dobra. Spora część informacji o morderstwach, trzęsieniu ziemi albo o powodziach dotyczy wydarzeń odległych o tysiące kilometrów od nas. A my wrażenie katastroficzności odbieramy tu i teraz. To taka informatyczna multiplikacja.
Myślę, że zwłaszcza w okresie pandemii brakuje nam dobrych informacji związanych choćby z działalnością Kościoła, księży, wzajemną pomocą niesioną pomiędzy ludźmi.
Pandemia jest dodatkowym ciężarem, który oddziałuje na naszą emocjonalność, dlatego że żyjemy w niepokoju, w strachu o własne zdrowie, o życie bliskich, o to, że się zarazimy. Ten niepokój jest spotęgowany sporą niewiedzą. Np. nie wiemy czemu jedna osoba przechodzi zakażenie tak, a druga inaczej, bo nie znamy jeszcze koronawirusa.
Niewiedza powoduje strach. A strach ma wielkie oczy! Co nie znaczy, że trzeba bagatelizować sprawę COVID-19. Tylko, że z powodu zakażeń wirusem, my zwykli ludzie żyjemy w wielkim napięciu, bez przerwy towarzyszy nam lęk. I pojawiają się (w przestrzeni publicznej) pretensje, że czegoś nam brakuje, że ktoś się nie wywiązał z tego, co powinienem i tak dalej. I patrzymy na siebie z podejrzliwością, zazdrością i mocno ze sobą rywalizujemy.
Zmieńmy temat rozmowy. Mamy Wielki Post, który można byłoby przeznaczyć na modlitwę, wyciszenie, wyrzeczenia. Czy umiemy go właściwie wykorzystać?
Wielki Post trwa 40 dni. Nieprzypadkowo. Liczba 40. jest symboliczna i często pojawia się w Starym i Nowym Testamencie. 40. lat chodzili Izraelici po Półwyspie Synaj, żeby wejść do Ziemi Obiecanej, a tak naprawdę mogli tam dotrzeć w kilka tygodni. (40 dni do nawrócenia nawoływał Jonasz. 40 dni na Górze Synaj spędził Mojżesz, czekając na przykazania. Liczb "40" jest w Piśmie bardzo wiele)... Wróćmy do drogi Izraelitów, po co Mojżesz zmusił ich do tak długiej podróży? Żeby nie było już pokolenia ludzi, którzy byli niewolnikami. Żeby do Ziemi Obiecanej weszli ludzie absolutnie wolni, niemający doświadczenia niewoli.
Nam współcześnie tylko się wydaje, że jesteśmy wolni. Ale gdy przyjrzymy się sobie dokładniej zobaczymy, że każdy z nas ma na rękach kajdany niewoli. (Najczęściej myślimy tu o sympatii dla słodyczy). Ja zapytałbym jednak, kiedy ostatni raz tak od serca pomyśleliśmy o naszych zmarłych, (nie przy okazji Wszystkich Świętych, ale doceniając to, co zrobili).
Warto zadać sobie pytanie, co jest moją największą niewolą? Często post ogranicza się do tej szczypty popiołu, którą posypuje nasze głowy kapłan. A szkoda. Rozpoczynając Wielki Post w Środę Popielcową, pytałem, czym te 40 dni będzie się jakoś różniło od pozostałych? Z czego jestem w stanie jako człowiek zrezygnować? Nie z tego, co mnie denerwuje, ale z rzeczy, które mnie cieszą. Jeśli będę chory na cukrzycę i będę rezygnował z cukru, to nie będzie wyrzeczenie. Natomiast jeśli uwielbiam słodycze, żeby pozostać przy słodyczach i powstrzymam się od ich jedzenia, to będzie to coś. To dotyczy też języka. Czy "przecinki" muszą być zawsze w formie wulgaryzmów? Nie jestem przekonany.
Wielki Post wymaga zastanawiania się nad sobą, nie nad innymi... Postawienia pytania: "Kiedy ostatnio, tak naprawdę zastanawiałem się nad sobą?"
Myślę, że ciągle Wielki Post to czas niewykorzystywany i niedoceniany...