Podczas ostatniego posiedzenia z trybuny sejmowej wiceminister MON zapowiedział, że resort rozważa dokonanie zamówień na śmigłowce Black Hawk w PZL Mielec, ale będzie to „nowy kierunek” zamówień. Jak wyjaśniał, rozważane jest kupno wersji medycznych i specjalistycznych do gaszenia pożarów, a nie wersji czysto wojskowych tych maszyn. – Jeśli te zamówienia dojdą do skutku, a wojsko uzna, że zarówno S-70 Firehawk (wersja gaśnicza – przyp. red.), jak i S-70 Medevac są wojsku potrzebne, będziemy poszukiwać sposobów, aby je jak najszybciej pozyskać od PZL Mielec – mówił Bejda.
Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”
– Jakim prawem wiceszef MON mówi o zamówieniach dla innych resortów? I z tej wypowiedzi wynika, że wojsko jeszcze nie wie, jakich maszyn potrzebuje. Gdyby w Mielcu był inny kapitał niż amerykański, jestem pewien, że nie byłoby żadnych problemów z zamówieniami. Przecież już wiele miesięcy temu było wiadomo, że w wersji wojskowej te śmigłowce są potrzebne armii, ale rząd Tuska unieważnił w zeszłym roku przetarg na 32 Black Hawki, które miały trafić do wojsk aeromobilnych. Najwyraźniej chce wyposażyć wojsko w preferowane przez siebie śmigłowce francuskie, które są paliwożerne, awaryjne, a przede wszystkim nie są tak sprawdzone na polu walki jak Black Hawki
– tłumaczy były wiceszef MON, senator PiS Wojciech Skurkiewicz.
Deklaracje pod presją
Generał rezerwy Dariusz Wroński, były szef wojsk aeromobilnych, przypomina, że jeszcze w sierpniu 2026 r. Paweł Bejda jednoznacznie informował w odpowiedzi na interpelację poselską, że MON odstąpiło od planów modernizacji ośmiu eksploatowanych przez Wojska Specjalne maszyn S-70i Black Hawk. Decyzja ta poparta utajnionymi analizami Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wydawała się zamykać temat rządowych zamówień w Mielcu, zwłaszcza po wcześniejszym unieważnieniu gigantycznego przetargu na 32 maszyny wielozadaniowe.
– W polskiej polityce obronnej rzadko kiedy zmiany priorytetów następują tak gwałtownie, wywołując przy tym tyle pytań o długofalową strategię. Sytuacja wokół zamówień na śmigłowce Black Hawk w Polskich Zakładach Lotniczych w Mielcu stała się jaskrawym przykładem chaosu planistycznego, który trudno pogodzić z szumnie zapowiadanymi programami modernizacji technicznymi armii
– mówi „Codziennej” gen. Wroński.
Podkreśla, że od sierpnia narracja MON zmieniła się o 180 st., a zapowiedzi te zbiegły się w czasie z nasilającym się naciskiem ze strony związkowców i lokalnych polityków, którzy głośno alarmowali o ryzyku redukcji zatrudnienia i wygaszania linii produkcyjnych w podkarpackich zakładach (o czym pisaliśmy obszernie w „Codziennej”). – Trudno oprzeć się wrażeniu, że nagła deklaracja o poszukiwaniu „nowych zastosowań” dla Black Hawków to obietnice składane pod presją społeczną i polityczną, a nie wynik chłodnej kalkulacji wojskowej – twierdzi generał.
Inna kultura planowania
Zdaniem gen. Wrońskiego zupełnie inną, dojrzałą kulturę planowania zaprezentowali niedawno nasi nordyccy sojusznicy. Amerykański Departament Stanu zatwierdził wniosek Norwegii, która zdecydowała się na radykalny, ale logiczny krok. Oslo zrezygnowało z planowanego zakupu dziewięciu niezwykle drogich, wysoce wyspecjalizowanych śmigłowców ratownictwa bojowego HH-60W Jolly Green II na rzecz pozyskania aż 21 standardowych maszyn wielozadaniowych UH-60M. Norwegowie precyzyjnie policzyli koszty i uznali, że w realiach arktycznych ważniejsza jest większa liczba sprawnych maszyn transportowych dla armii niż wąska grupa luksusowo wyposażonych „specjalistów”.
– Tam decyzja wynikała z pragmatyzmu i geografii, w Polsce zmiany decyzji zależą od kalendarza politycznego i bieżących protestów
– podkreśla gen. Dariusz Wroński i przeciwstawia ten przykład rozbieżnym działaniom polskiego MON. – Z jednej strony MON twierdzi, że analizuje współczesne pole walki w Ukrainie i rezygnuje z maszyn z Mielca, ponieważ Sztab Generalny przesuwa akcent na śmigłowce ciężkie, morskie i szkolno-bojowe. Z drugiej strony, gdy tylko pojawia się widmo problemów ekonomicznych krajowego zakładu, nagle okazuje się, że wojsko – wspólnie ze Strażą Pożarną i Lasami Państwowymi, mogłoby jednak potrzebować wyspecjalizowanych wariantów S-70 – opowiada generał.
Musimy wiedzieć, czego chcemy
Zdaniem eksperta taki dualizm decyzyjny rodzi fundamentalne pytanie: czy polskie wojsko rzeczywiście wie, czego chce, czy też proces modernizacji technicznej staje się zakładnikiem doraźnego gaszenia pożarów wizerunkowych. – Takim gaszeniem wizerunkowych pożarów było zamówienie na karabiny Grot w Radomiu. Zamówiono jednak dla armii w ciągu kilku lat niewiele ponad 40 tys. sztuk karabinów, a moce produkcyjne tych zakładów to ok. 80 tys. sztuk rocznie – przekonuje Wojciech Skurkiewicz. – Podczas gdy kraje skandynawskie konsekwentnie budują jednolitą i liczną flotę śmigłowcową dopasowaną do realnych potrzeb obronnych, polski podatnik obserwuje kosztowne unieważnienia przetargów, rezygnacje z doposażenia posiadanych maszyn i nagłe, chaotyczne powroty do rozmów handlowych. Stabilny i nowoczesny system obronny nie powstanie na bazie deklaracji rzucanych z sejmowej mównicy w odpowiedzi na kryzys wizerunkowy, wymaga on konsekwencji, której w działaniach MON wciąż brakuje – podkreśla gen. Wroński.
Czytaj więcej w dzisiejszym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie"!