W lipcu 2017 r. tuż pod opuszczanym betonowym przęsłem kładki przepłynął statek wycieczkowy. Nic się nikomu nie stało, ale zdarzenie mogło skończyć się tragedią.
58-letni Arkadiusz R. został oskarżony o "sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu wodnym zagrażającej życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach". Grozi mu do ośmiu lat więzienia.
Oskarżony (informatyk z wyższym wykształceniem) nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. W tej sytuacji sąd odczytał to, co Arkadiusz R. mówił podczas śledztwa w prokuraturze.
Twierdził wówczas, że nie zdecydował się na awaryjne zatrzymanie kładki, aby uniknąć katastrofy. "Podczas awaryjnego zastopowania kładki mogłoby dojść do wahnięcia jej przęsła na ok. pół metra, a sama taka operacja zatrzymania trwałaby ok. trzech sekund" – mówił w trakcie dochodzenia operator kładki.
Tłumaczył, że w dniu, kiedy doszło do zdarzenia pogoda była słoneczna, a widoczność była dobra.
"Nie działo się nic szczególnego, nie było żadnej awarii. Zacząłem opuszczać kładkę zgodnie z harmonogramem czasowym. Kiedy kładka była w ruchu zauważyliśmy wraz z asystentem statek Żeglugi Gdańskiej wyłaniający się z zakrętu z kierunku Westerplatte. Natychmiast podjąłem próbę kontaktu radiowego z kapitanem jednostki. Wywoływałem statek ze 2-3 razy, ale nie było odzewu"
– mówił podczas śledztwa Arkadiusz R.
Następnie, według oskarżonego, statek zaczął zwalniać.
Potem Arkadiusz R. polecił swojemu asystentowi dać zbliżającej się do kładki jednostce sygnał czerwoną latarką przez szybę kabiny operatora.
Chodziło o to, żeby statek nie płynął w kierunku kładki, która opadała już od ok. jednej do półtorej minuty. Ok. 100-150 metrów przed kładką statek wyraźnie przyspieszył. Nikt w tym czasie nie dzwonił do mnie na służbowy telefon komórkowy. Dopiero po przepłynięciu pod kładką kapitan tej jednostki zadzwonił do mnie i powiedział, że "nic się nie stało", ja mu odparłem, żeby "więcej tak nie robił". Po tym, jak statek przyspieszył, to już nie wywoływałem go przez radio. Zobaczyłem, w jakim stadium zamykania jest kładka i oceniłem, że statek płynąc z taką prędkością przepłynie pod kładką bez kolizji. Byłem tego pewny. Do pełnego opuszczenia kładki brakowało ok. pięciu metrów w najniższym punkcie
- wyjaśniał w prokuraturze oskarżony.
Do incydentu doszło 25 lipca 2017 r. na Motławie w Gdańsku. W trakcie opuszczania ruchomej kładki dla pieszych przepłynął pod nią statek pasażerski "Danuta".
Jednostka poruszała się w kierunku przystani Zielona Brama.
Jak ustaliła prokuratura, statek poruszał się zbyt szybko, a operator kładki nie podjął próby jej zatrzymania. Jednostka płynęła, mimo że znajdująca się na jej drodze kładka zaczęła się już opuszczać. Tylko szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że betonowe przęsło nie zahaczyło o statek, na pokładzie którego było 139 osób.
W połowie czerwca przed Sądem Rejonowym w Gdańsku rozpoczął się proces Marka W., kapitana statku wycieczkowego, któremu zarzucono to samo przestępstwo, co operatorowi kładki. Mężczyzna nie przyznał się do winy.
Początkowo prokuratura prowadziła jedno dochodzenie, ale m.in. po uzyskaniu opinii biegłego z zakresu żeglugi, wyodrębniono drugie śledztwo. Takie działanie było konieczne, bo ta sama osoba nie może być w jednym postępowaniu zarówno pokrzywdzonym, jak i podejrzanym, a tak byłoby w przypadku kapitana statku. Marek W. pełni ponadto w procesie operatora kładki rolę oskarżyciela posiłkowego.
W procesie Arkadiusza R. przesłuchanych będzie ok. 10 świadków, w tym kilku pasażerów statku, do których udało się dotrzeć prokuraturze.